Eksponat Numer - 01 (dział) - 03 (Numer Eksponatu)

Mój dom rodzinny w Zborowie (aby powiększyć kliknij na miniaturę)

 

 

 

"MANEWRY" - Z PAMIĘTNIKA MASI 1937/1945

 

Mój dom rodzinny w Zborowie (odległym o 12 km od Kalisza szosą na Turek, lub "latówką" na Kokanin) to otoczony parkiem, wsparty na czterech kolumnach klasycystyczny dwór polski.
Było to rok lub dwa przed wojną. Miałam 11 lat. Zaczęły się wakacje. Nauczycielka, nasza ukochana panna Maria wyjechała na urlop , a Francuska "do dzieci" (tj. do mnie i do młodszego o dwa lata brata) jeszcze nie przybyła. Tego pamiętnego letniego dnia rodzice wyjechali na zjazd rodzinny w Jarantowie , do Radońskich. Mój młodszy brat Witek został pod moja opieką - czułam się bardzo dorosła.
W jakiś czas po wyjeździe rodziców pod dwór zajechało konno dwóch żołnierzy. Chcieli widzieć się z ojcem. Jak się okazało nazajutrz miały rozpocząć się w okolicy manewry 29 pułku piechoty. Żołnierzy wysłano żeby zapytali czy (tak jak dwa lata wcześniej) pułk może liczyć na gościnę i noclegi w Zborowie. Ojca nie było. Uznałam, że mogę go reprezentować. Bez wahania podjęłam decyzję. Oświadczyłam, że oczekuję pułku
Gdy jeźdźcy zniknęli w alei jodłowej prowadzącej do wschodniej bramy parku zaczęłam działać. Trzeba było przygotować dla żołnierzy i oficerów noclegi i kolację. O tej porze był w Kaliszu nasz mleczarek, który codziennie odwoził "resorką" do miasta mleko, owoce, szparagi i inne warzywa, a w kaliskich sklepach załatawiał "na książkę zborowską" zlecone mu sprawunki. Zatelefonowałam do Herbricha (najlepszej kaliskiej masarni) i zostawiłam dla mleczarka dyspozycje zakupowe, uzgodnionych wcześniej z kucharzem mięs i wędlin na kolację ( w tym oczywiście moich ulubionych parówek). Telefon do Mayera (najlepszej kaliskiej cukierni) załatwił torty i ciastka (w tym moje ulubione ptysie). Na deser po kolacji musiały być lody kawowe, ale te najlepiej robił nasz kucharz.
I co dalej? Byłam sama, ale wiedziałam, na kogo mogę liczyć. Był u nas " na dożywociu" stary Wawrzyn, były kamerdyner dziadka. Znał się na wszystkim - na etykiecie, na liberiach, odpowiednich do danego menu winach i odpowiednich do danych win kieliszkach, właściwych sztućcach i zastawie na daną okazję. Straszył mnie wprawdzie, co to będzie jak wrócą rodzice, ale uznał, że nie może odmówić mi pomocy. Reprezentowałam dom, w którym służył tyle lat i był traktowany jak członek rodziny - czuł się odpowiedzialny. Wydał bieliznę pościelową dla oficerów do gościnnych pokoi dworu i zlecił przygotowanie miejsc do spania w stodołach dla żołnierzy. Stoły na kolację dla nich zlecił rozstawić w parku koło oficyny, gdzie mieściła się dworska kuchnia. Na moją prośbę sam wybrał wina na kolację dla oficerów. Dla nich ustawiono wielki stół w sali jadalnej. Po nakryciu i ustawieniu zastawy sama udekorowałam go kwiatami. Wszystko było gotowe. Byłam szczęśliwa. Rzuciłam się Wawrzyńcowi na szyję.
Musiałam teraz pomyśleć o sobie, to jest ubrać się na kolację. Odnalazłam w sypialni mamy gazowe pończochy. Były według mnie odpowiednie do czarnych lakierków "na guziczki" i do granatowej aksamitnej sukienki z koronkowym kołnierzykiem. Podobałam się sobie i czułabym się zupełnie pewnie gdyby nie myśl, że może mnie wykpić przy oficerach mój młodszy brat. Trzeba było temu zaradzić. Postanowiłam go przekupić. Obiecałam , że jeśli nie będzie się ujawniać i pozostanie w swoim pokoju na górze zaproszę mu do towarzystwa jego ulubionego kolegę, Adasia, syna rządcy. Dostaną do pokoju kolację i podwójne porcje lodów. Na dodatek obiecałam Witkowi rzecz której mi bardzo zazdrościł. Było to maleńkie radio szwajcarskie, w Polsce wówczas niespotykane, prezent, który otrzymałam na gwiazdkę od przyjaciela ojca, polskiego ambasadora w Szwajcarii. Po zaniesieniu chłopcom do pokoju wszystkich ciekawych gier, żeby się nie nudzili, zamknęłam drzwi na klucz. Teraz mogłam się czuć bezpieczna. Przestałam się bać.
Gdy zjawili się oficerowie, powitałam ich przed domem. Ponieważ dzień był piękny zaproponowałam spacer. Jak czynili to zawsze moi rodzice, gdy ktoś przybywał do Zborowa po raz pierwszy pokazałam gościom otaczający park, piękny szpaler grabowy, stare platany, aleje jodłową i kasztanową i inne piękne zakątki parku. Na koniec zaprowadziłam oficerów do naszego krytego gontem XVIII wiecznego kościółka filialnego, w którym byłam chrzczona.
Wawrzyn uderzając w gong dał znać, że kolacja gotowa. Jak przystało pani domu i jedynej w tym gronie "kobiecie" usiadłam na pierwszym miejscu, u szczytu stołu. Mając w pamięci tematy, które dorośli poruszali w rozmowie (podczas gdy nam dzieciom siedzącym na końcu stołu, w ogóle odzywać się nie było wolno) bawiłam swoich gości konwersacją o tegorocznych urodzajach, stosowanych nawozach i ulubionych koniach ojca. Siedzący obok mnie, po prawej stronie porucznik zdawał się być mną zachwycony. Czułam się szczęśliwa i doceniona. .. Porucznik zabawiał mnie opowiadając o urokach i trudach żołnierskiego życia. Po raz pierwszy zakochałam się.
Oficerowie wznosili toasty na moją cześć. Wawrzyn w odświętnej liberii dolewał im wina, a i ja by móc rewanżować się toastem dostałam na dno kieliszka trochę madery. Z portretów na ścianach patrzyli na mnie moi przodkowie Garczyńscy oraz wywieziony po powstaniu styczniowym pradziadek Radoński, ojciec mojej ukochanej babci. Kawowe lody, podane na deser, okazały się jak zawsze doskonałe. Kolacja dobiegała końca. Zamierzałam właśnie zaprosić oficerów do salonu, gdzie czekały już na nich rozstawione stoliki do brydża i kawa, gdy pojawili się Rodzice.
Mama , widząc zastawiony stół i roześmianą córkę wśród oficerów chciała natychmiast odesłać mnie na górę nie dając szansy na żadne wyjaśnienia. Zatrzymał mnie jednak ojciec. Drżącym głosem tłumaczyłam, że nie umiałam odmówić prośbie o gościnę i że starałam się pod nieobecność rodziców jakoś ich zastąpić. Ojciec nie ukrywał dumy z córki, ale nie zmieniło to stanowiska mamy, która wobec późnej pory odesłała mnie do łóżka.
Podczas gdy rodzice serdecznie witali teraz oficerów, zdetronizowana "pani domu" znów stała się małą dziewczynką jak Alicja w krainie czarów. Z płaczem szłam wolno po schodach, gdy dogonił mnie mój porucznik. Obiecał, że rano zapuka do drzwi mego pokoju, by mnie obudzić i zabrać na manewry. Całą noc nie zmrużyłam oka.
O świcie, gdy cały dom spał, wyjechałam konno z pułkiem na manewry. Jadłam grochówkę z polowej kuchni, wydawałam żołnierzom komendy. Wiedziałam co mnie czeka po powrocie, ale warto było.
Były to moje pierwsze i jak się okazało, ostatnie w życiu manewry. Na pożegnanie ofiarowałam "mojemu" porucznikowi Kozalowi obrazek Matki Boskiej z dedykacją "Na pamiątkę wspólnych manewrów - Masia Garczyńska"

Wybuchła wojna. Przewaliła się burza historii. Kalisz uznano za "Urdeutsche Stadt" a jego okolicę włączono do Wartegau. W naszym dworze osiedlili się Niemcy. Rodziców wraz ze mną i bratem wysiedlono do Generalnej Guberni. Żegnał nas stary Wawrzyn.
"Wyzwolenie" nie wróciło nam rodzinnego domu, po którego stracie nigdy już nie czułam się bezpieczna.
W 1945 roku znalazłam się w Kaliszu. Któregoś dnia szłam koło pięknego miejskiego teatru, Alejami niegdyś imienia Józefiny, potem Aleksandy Piłsudskiej, a wtedy już chyba Lenina czy Stalina. Naprzeciwko mnie szedł oficer w andersowskim mundurze. Wielu takich wracało wtedy do kraju. Oficer zatrzymał się "Czy pani Maria Garczyńska ze Zborowa ?" " Tak " - odpowiedziałam zdziwiona. "Więc zapraszam panią na lody! Poznaje mnie pani? Porucznik Kozal" Oczywiście zamówiłam kawowe. Nie były tak dobre jak tamte. Mój towarzysz wyciągnął z kieszeni munduru kalendarzyk. Wyjął z niego obrazek Matki Boskiej z moją dedykacją "Na pamiątkę wspólnych manewrów...." i powiedział - "Miałem go przy sobie całą wojnę".

 
Maria Garczyńska-Borkowska

 

Przesłała do GA.PY - córka Ewa

 

Nareszcie przyszła Gwiazdka.

 

W domu ruch i bieganina. Dzieci czekają....kręcą się. Po obiedzie, które jest właściwie śniadaniem, ubieramy choinkę. Do dziś nie lubię małych, kwiaciarnianych choinek ani też stylowych srebrno - białych cacek.
Choinka w naszym domu sięgała sufitu i była bajecznie kolorowa. Ogromne pudło zabawek, składanych z roku na rok uzupełniało się tegorocznymi łańcuchami, pajacem, dzbanuszkiem – przeróżnymi wytworami dziecinnej wyobraźni. Wśród pachnących lasem gałęzi ukrywały się orzechy, czerwone jabłuszka i piernikowe lukrowe serca.
W mieniących się tęczowo bańkach odbijały się światła świec.
Po choince ubierało się dzieci.
Z białą sztywną kokardą we włosach snułam się z Witkiem od okna do okna w oczekiwaniu pierwszej gwiazdy.
Pamiętam zawsze gdy nadchodziło coś na co długo czekałam, gdy było już tuż tuż, zdawało mi się to niemożliwe. Szczypałam się by się przekonać czy to nie sen.
Ale to nie był sen.
Staliśmy przy biało nakrytym stole.
Przy łamaniu się opłatkiem Mama zawsze płakała, a Ojciec wygłaszał do nas małą mówkę, która miała być budująca, ale której nie kończył, bo go nudziła. Ojciec nie lubił, by go pouczano – sam też pouczać nie umiał. Gdy kiedykolwiek miał mnie za coś skarać (bo przecież Ojciec też się musi „przykładać”) – był tak zażenowany, że było mi go żal i mówiłam za niego wszystko co miał powiedzieć, że niby się domyślam i że już nie będę.
Ojciec klepał mnie dobrotliwie po ramieniu i z ulgą wycofywał się. Kochany, niepedagogiczny ojciec – byliśmy tak do siebie podobni.
Po wigilii zalegała niepokojąca cisza.
Nawet gdy już wiedziałam, że „Gwiazdor: to nieprawda – czułam lekki ucisk koło serca, gdy wchodził z długa brodą, w kożuchu, z workiem na plecach.
I w danej chwili na pewno w niego wierzyłam.
Najpiękniejsze zabawki nie były warte tego momentu pogranicza fantazji z prawdą.
Nie zmuszajcie dzieci do przekraczania tej granicy, że niby już za duże, jesteście niezręczni, a dzieci są delikatne. Wasza gorliwość może zburzyć więcej niż wiarę w Gwazdora, wiarę w marzenie, w bezinteresowne Piękno, w coś, czego pozbawieni będą bardzo ubodzy, choćbyście ich najbardziej obdarowali.


Dni są mroźne, zimowe.
Na szybach zamarznięty świat.
Feerie świąteczne.
Całe dnie spędzamy na dworze.
Zziajani, zaśnieżeni – z czerwonymi uszami i nosami
W podwórzu – w tzw. „dołku” leży staw kaczy, na który zjeżdża się sankami z górki.
Niosą po lodzie aż na drugi brzeg.
Z powrotem I znowu.
Roznosi nas radość ruchu, powietrza.
Lepimy brzuchate bałwany, staczamy śnieżne bitwy.
Jesteśmy tak szczęśliwi.
Panna Maria wyjechała na ferie.
Tęsknimy trochę, a trochę używamy.
Bezkrólewie.
Listonosz przynosi karki od niej, ilustracje ostatniej lektury.
Dostaję Zagłobę, obcinającego włosy Helenie, a Witek Ursusa unoszącego z areny Lidię.
Listonosz odchodzi machając nam ręką.
Od wsi słychać krzyki : „Herody”
Idą zwartą grupą z groteskowa Śmiercią na przedzie.
Boję się, boję się tak strasznie, że nie pomaga świadomość, że to przebierańcy, że znam tych chłopców.
Witek pędzi im naprzeciw, a ja biegnę do domu, do domu!
Czuję ich krzyki za sobą, brzęk diabelskiego łańcucha, świat kosy.
Wpadam na ganek.
Łomocę, walę w drzwi.
Nareszcie. Wpadam ośnieżona , mokra, nie słysząc krzyków.
Pędzę do Babci.
Jak co roku, gdy wszyscy oglądają przedstawienie, gdy namawiają i tłumaczą mi (tak jakbym nie wiedziała) – że to przebierańcy – tylko babcia nie namawia mnie. I dziś nie pyta. Spokojnie podchodzi do drzwi. Zamyka na klucz. Uśmiecha się.
„Zagramy w garibaldkę”
Patrzę na strużki wody spływające z mych ośnieżonych butów.
„Basiu, ja wiem, że to...ale ja...nie mogę.”
Za oknem cicho, pada śnieg, w pokoju jest ciepło i bezpiecznie.
W sieni umiera Herod.
 
Maria Garczyńska-Borkowska

 

Przesłała do GA.PY - córka Ewa

 

Wspomnienie Mamy o prababci Radońskiej, czyli krótka historia polskiej rodziny.

 

Babcia była tęga, miała chore nogi i chodziła wolno o lasce. Ale nie była babunią, nie miała w sobie nic z babuni. Babunie są drobne, pochylone. Była typem polskiej matrony, bez fałszywego gestu. Była nią naprawdę.
Portret jej ojca, z długa czarną brodą wisiał w jadalnym. Był powstańcem 63 roku. Zesłano go na Sybir.
Żona, piękna, wiotka prababcia z portretu zostawiła dzieci swej matce i podążyła za mężem.
Będąc słabego zdrowia zmarła na suchoty.
Babcia mówiła, że ojciec wróciwszy z zesłania nie śmiał się nigdy. Chodził zawsze w szalu, który nosiła jego żona na Syberii.
To opowiadanie działało na moją dziecinna wyobraźnię. Nie mogłam pojąć, że moja własna, tak dobrze znana kochana Babcia, tak blisko otarła się o historię znaną mi tylko z książek.
To miało duży wpływ na mój stosunek do niej.
To było uczucie dziecinne, ale bardzo głębokie.
Babcia chodziła w długich sukniach, a ciemne, tylko lekko szpakowate mimo wieku włosy spinała w węzeł.
Przy tym wszystkim była taka prosta, taka swoja.
Jej prawdomówność była sławna i nikt nie ważył się przy niej na najmniejszą przesadę, nie mówiąc już o kłamstwie.
Pamiętam jak dziś, jak swemu pewnemu siebie wytwornemu bratankowi „wysypała” prawdę w oczy, gdy chwalił się jakąś snobistyczną „koneksją”.
„Nie dostrzegałeś go jakoś – rzekła wśród ogólnej ciszy – gdy nie znaczył tak wiele”

Trudno było jej zaimponować.
Miała wielkie serce i jasny, prosty umysł, nie znoszący krętactw. Kochała nas bardzo i wśród starych pożółkłych fotografii pełno było naszych, podpisanych jej wysokim, klasztornym pismem „Masia i Witold”.
Chodziłam z nią często na grób dziadka , który umarł przed naszym urodzeniem. Kochali się podobno bardzo i gdy siadała na ławeczce koło grobu, nie wiedziałam, czy się modli, czy tęskni, czy rozmawia z nim. To nie było jakieś „chodzenie na grób”, to były odwiedziny.
Potrafiła się tez szczerze i serdecznie śmiać, a na jej jasnej twarzy wykwitały wtedy prawie panieńskie rumieńce.
Czytała bardzo wiele i gdy trudno było jej chodzić, mówiła z wielką pogoda ducha: „Najważniejsze, że mam Was koło siebie i że Was wszystkich widzę. I mogę czytać, to największa radość starości. Chyba największym kalectwem jest ślepota.”
Los nie oszczędził jej i tego.
W czasie okupacji, gdy wyrzucono nas do Warszawy – straciła wzrok.
Nie mogąc dość szybko schodzić do piwnicy w czasie nalotów, a nie chcąc nikogo narażać, zażądała umieszczenia jej pod Warszawą. Dojeżdżaliśmy tam, by ja odwiedzić.
Witała mnie zawsze z taką radością. Mówiła – „Jak ślicznie wyglądasz! Ja to widzę naprawdę”
I wiem, że widziała, bo kochała mnie bardzo.
Na wieść o wybuchu Powstania, w rozpaczy o nas i o los spraw, o których nie umiała mówić, ale które nauczyła nas kochać, umarła nagle na serce.
Wiadomość ta dotarła do nas już po Powstaniu i choć zdołałam się otrzaskać ze śmiercią ludzi młodych i pełnych życia, śmierć ta wstrząsnęła mną, czułam wprost jej samotność.
Odeszła. Człowiek, którego bardzo kochałam będąc dzieckiem i któremu nie dane mi było nic oddać, prócz miłości.
 

Maria Garczyńska-Borkowska

 

Przesłała do GA.PY - córka Ewa

 

Wspomnienie o doktorze Grzmilasie.

 

Grzmilas był to stary żydowski felczer. Przyjeżdżał do nas gdy chorowaliśmy. Wnosił z sobą spokój i jakąś staro zakonną filozofię. Jadał oddzielnie, z nakrytą głową – chyba tylko jajka, na które pozwalała mu u „gojów” jego religia.
Był dla mnie wcieleniem mędrca ze Starego Testamentu.
Miał tyle godności, wszyscy szanowali jego zwyczaje. Nikt nie ośmieliłby się zaproponować mu czegoś, czego by nie mógł przyjąć. To też gdy jakiś żydowski kupiec wcinał u nas wieprzowe kotlety czekałam ze zgrozą kiedy Jehowa zamieni go w słup soli.
Stary Grzmilas zapytany kiedyś przez mego małego brata, czy przyjdzie do niego Święty Mikołaj odpowiedział „ Nu, on musi przyjść – jak Ty w niego wierzysz”.
On nie mógł inaczej powiedzieć.
„ Ja u państwa – mówił – mogę być tym czym jestem – państwo uszanują, ja też. Ja tu lubię przyjeżdżać. Ja się nie dziwię, państwo się nie dziwią. Jesteśmy ludzie”.
Było w tym coś wielkiego, a zarazem upokarzającego, że on nie wszędzie mógł tak „lubić przyjeżdżać”.
Był dobry i mądry i woleliśmy jego wizyty niż pachnącego, młodego doktora, który żartował z nami, ale nie martwił się tak jak Grzmilas naszą chorobą, ani nie cieszył się tak naszym wyzdrowieniem.
Grzmilas miał córkę, którą kochał nad życie i która mu umarła przed samą wojną.
Osiwiał, pochylił się po jej śmierci, a mojej matce, która ściskała go ze łzami w oczach powiedział : „ Pani jest dobra kobieta, ale co Pani może mi pomóc. Mnie już nikt nie pomoże”
Nie wiem co stało się z Grzmilasem w czasie wojny. Czy przeżył, czy zginął. Może dziękował Jehowie, że zabrał do siebie wcześniej jego piękną Różę, że oszczędził jej strasznej drogi ojca...
Może podziwiał jego mądrość i kajał się za chwile ludzkiego żalu?
Nie mogliśmy mu i wtedy pomóc, choć nam pomagał tak często i choć nas tak wiele nauczył.
 

Maria Garczyńska-Borkowska

 

Przesłała do GA.PY - córka Ewa

 

"GŁOŚNE KSIĄŻEK CZYTANIE"


Długie jesienne wieczory.
Rysowaliśmy, robiliśmy zabawki na choinkę, a Pani Maria czytała. Nigdy nie zapomnę tych wieczorów.
Czytanie głośne, a zwłaszcza czytanie dzieciom jest dużą sztuką. Panna Maria czytała namiętnie, sugestywnie tonując głos. Była niezrównana aktorką. Nie można jej było nie słuchać. Czytała nam książki trudne, właściwie za poważne. Nie znosiła książek, jak mówiła, ogłupiających, zdziecinniających karykaturalnie świat. Wybierała zawsze te, które rozwijają w czas pasje – podróżnicze, historyczne – ciekawe.
Oceniając słusznie , że książka napisana dla dziecka, która bez przyjemności czyta dorosły i dziecka nie zdobędzie.

Książki, prócz tych, które dostawaliśmy w prezencie, kupowaliśmy sobie sami za zaoszczędzone pieniądze. Przy okazji wyjazdu do miasta, szło się na plac Ratuszowy, do księgarni pana Jasińskiego. Do dziś pamiętam nastrój jaki ogarniał mnie po wejściu do środka. Z dwoma, czy trzema złotymi w ręku byłam najbardziej niezdecydowanym klientem,. Bo czy można się było zdecydować? Kolorowe okładki, tytuły niosące obietnice wielkich wzruszeń, tajemnic....
Wraz z wiekiem i oczytaniem znałam już autorów i szukałam sama ich nazwisk na kolorowych okładkach, tak jak małym dzieciom przemawiają w książce obrazki, a potem tytuły, dziecko umiejące czytać powinno już znać ważniejszych autorów. Zbieraliśmy więc do biblioteki Makuszyńskiego, książki pełne uśmiechu i głębokiego człowieczeństwa. Przyborowskiego – zbliżającego historię, Buyno-Arentową z jej pasjonującym „Zielonym szaleństwem”, książki pirackie i „indiańskie”, raczej dla chłopców, może i „Anię”: Montgomery, którą teraz kompletuję dla mojej Ewy nie mogąc doczekać kiedy podrośnie.
Gdy idę z dziećmi do księgarni, by kupić jakąś dawno wybraną książkę – pozwalam im oglądać, cieszyć się wszystkimi książkami – to tak prawie jakby je miały na krótko.
Wśród książek była jedna, która zginęła, albo też była pożyczona tylko, dość, że nie mogliśmy jej skończyć – „W spalonym domu” czy „dworze” – może w ogóle inaczej? Pamiętam, że niemożność skończenia tej książki, była jakimś okropnym przeżyciem i do dziś jeszcze tęsknię za nią – może właśnie dlatego, że stała się symbolem czegoś niedopowiedzianego, czegoś na co się czeka, może nie tylko w dzieciństwie.

Zmęczona jestem, niecierpliwa czasem, a przecież powinnam wiedzieć, że moje dzieci właśnie teraz przezywają to niepowtarzalne, co będą zawsze, źle czy dobrze pamiętać.
Dom swego dzieciństwa.
Zabawki na choinkę, klejenie wieczorami, łańcuchy, wydłużające się w nieskończoność, wydmuszki z jaj, z których powstawały śmieszne pajace i pieroty.
Duży stół pełen kolorowego papieru, wielki słój klajstru o nożyczki, których szukał się przysłowiowym uderzeniem w stół.
Choinka to nie tylko Wigilia – to cała jesień przygotowań, złoceń, klejeń, wyszywanek dla Mamy, chowanych skrzętnie w szufladzie. Od tego czasu lubię długie jesienne wieczory, tak smętnie na ogół przez wszystkich witane.
W moim starym domu jesień to były polana na kominku, to były Andrzejki, kiedy lało się wosk.
Czego nie widziało się w tych niekształtnych, zlepionych plackach?.... Były tam i konie w pędzie i jakieś zamki przedziwne i naszyjniki, było tam całe „nieznane” do którego tak wychyla się dziecko.
A puszczanie baniek mydlanych ze świeżej, tegorocznej słomy – baniek kolorowych i tak krótko żyjących.
Wieczory mojego dzieciństwa.
Czy kiedykolwiek w dzień czuło się tak dobrze, że ma się dom? Gdy trzeszczały stare podłogi, gdy okiennice stękały i skrzypiały, a duży klosz naftowej lampy rzucał krąg światła na najbliższy świat, pozostawiając kąty w cieniu – jak bezpiecznie, jak dobrze było w domu.
Jak dotykalnie czuło się jego opiekę.
Gdy ktoś zajeżdżał – wnosił do sieni wilgoć i mrok, pachniał deszczem, liśćmi i dworem, póki dom nie rozebrał go, nie ogrzał.
Pachniał żurek ze słoninką, kartofle w mundurach, a ojciec mówił: „Chyba spadnie śnieg” I spadał. Nocą. Rano budził nas biały – cały świat się skrył.
 

Maria Garczyńska-Borkowska

 

Przesłała do GA.PY - córka Ewa

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. -

----- Original Message -----
From: "Magda" <
mada_sz@poczta.fm>
To: <narodowa@narodowa.pl>
Sent: Monday, June 08, 2009 10:16 PM

Subject: Radońscy
 

Witam :)
Od bez mała dwóch lat zajmuję się tematyką Radońskich i dworu w Jarantowie, który był ich siedzibą. Ostatnim czasem natrafiłam właśnie na tą wyśmienitą Pani stronę ze wspomnieniami niezwykle interesująca jest opowieść o zsyłce na Syberię Teodora Radońskigo długo poszukiwałam jakichkolwiek śladów na ten temat ( ponieważ zarys tej historii znam z opowieści mojego dziadka, który pracował we dworze w Jarantowie). ponieważ piszę pracę magisterską na temat "Funkcje dworu w Jarantowie od 1776 do czasów współczesnych". Może zna Pani jakieś historie szczególnie związane z Jarantowem, albo może jakieś dokumenty, zdjęcia cokolwiek. Będę bardzo wdzięczna za jakiekolwiek informacje. Mam nadzieję że ten mail dotrze do Pani bo nie wiem czy on jest dobry...

Pozdrawiam

Magdalena Szymańska

 

Powrót