Eksponat Numer - 01 (dział) - 08 (Numer Eksponatu)

 

Moje Przedwojenne Szkoły


(Zdjęcia - aby powiększyć kliknij na miniaturę)

 

Szkoła im. Mikołaja Reya

 

Naukę w prawdziwej szkole rozpocząłem od V klasy szkoły powszechnej (obecnie – podstawowej). Pierwsze cztery klasy przerabiałem w domu z Rodzicami i dochodzącymii nauczycielami. W końcu roku szkolnego 1932/33 zdałem „poważny” egzamin z zakresu 4 klas szkoły powszechnej i od września rozpocząłem normalną naukę w klasie piątej w szkole powszechnej przy gimnazjum i liceum im. Mikołaja Reya, w Warszawie przy placu Małachowskiego. Była to szkoła prowadzona przez gminę kościoła augsburgsko-ewangelickiego i uchodziła w Warszawie za jedną z lepszych szkół męskich. Słynęła z bardzo dobrego zespołu nauczycieli oraz sympatycznej atmosfery.

 

Wbrew pozorom jej uczniowie, to nie tylko synowie rodzin ewangelickich. Przeważały dzieci z t.zw. dobrych rodzin, ale przekrój społeczny był dość szeroki. W naszej klasie - a chyba była to klasa pod tym względem typowa - większość uczniów stanowili katolicy. Zostawaliśmy więc w klasie na lekcji religii; dość duża grupa ewangelików przechodziła do innej klasy. Prawosławni (w naszej klasie był jeden) oraz żydzi (trzech) - o ile pamiętam - mieli lekcje religii poza szkołą.

 

Z nauczycieli pamiętam wychowawcę Koelichena, nauczyciela języka polskiego - prof. Klosa (został później nauczycielem akademickim w Uniwersytecie Warszawskim), biologii - Szaniawskiego, matematyki - Jakobiego i WF - Lokajskiego, słynnego sportowca, olimpijczyka (zginął w Powstaniu Warszawskim).

 

Z kolegów utkwili mi w pamięci przede wszystkim moi przyjaciele: Stefan Szeffel (stracił nogę w Powstaniu, po wojnie zginął na polowaniu od wybuchu granatu znalezionego przez chłopca z nagonki), Olgierd Wilczewski (rozstrzelany w czasie okupacji), Staszek Kłopotowski (zmarł w obozie koncentracyjnym), Wojtek Brzozowski z klasy równoległej (w wywiadzie AK, stracił nogę w Powstaniu, po wojnie pracownik naukowy Politechniki Gdańskiej a następnie profesor Instytutu Jądrowego w Świerku, zmarł przed kilku laty); a także – w klasie równoległej - Stanisław Gebethner - z klasy równoległej (obecnie emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego), Tadeusz Brygiewicz, Roman Kulczycki, Andrzej Urbański, Rosjanin Borodin (rysował piórkiem doskonałe karykatury) i Niemiec Horst Ludwig (podobno zginął jako oficer Wehrmachtu).

 

Szkołę tą wspominam z przyjemnością. Panowała w niej dobra atmosfera koleżeńskości i przyjaźni. Z nauką nie miałem specjalnych kłopotów. Było więc całkiem nieźle.

 

O stosunkach panujących w tej szkole może świadczyć historia, znana mi w szczegółach. Do równoległej klasy uczęszczał syn ministra wojny Kasprzyckiego. Kasprzycki mieszkał pod Warszawą, chyba w Konstancinie, i synka do szkoły przywoził i odwoził kierowca, lub adiutant pana ministra.

 

Do Konstancina kursowała wówczas t.zw. "ciuchcia"; jechało się nią do Warszawy około godziny. Końcowy przystanek miała przy ulicy Belwederskiej, mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś znajduje się ambasada rosyjska. Dojazd stamtąd do szkoły na placu Małachowskiego, to był spory - na owe czasy - kawałek drogi. Nic też dziwnego, że młody Kasprzycki był dowożony i odwożony ze szkoły samochodem.

 

Przed wojną samochód osobowy był w Polsce obiektem luksusowym i żaden z pozostałych uczniów nie przyjeżdżał do szkoły samochodem, mimo, że w całej szkole (powszechnej, gimnazjum i liceum) co najmniej kilkunastu uczniów to synowie bardzo zamożnych rodzin warszawskich.

 

Dyrektor szkoły uznał za stosowne poprosić tatusia-ministra na rozmowę. Pan minister przyjął zaproszenie. Obaj panowie stwierdzili, że dojeżdżanie z Konstancina ciuchcią nie ma sensu, jednak, aby nie naruszać zwyczajów szkoły, synek będzie dowożony samochodem do ministerstwa spraw wojskowych, a stamtąd - do szkoły środkami miejskiej komunikacji. Trzeba podkreślić, że umowa ta była dotrzymywana.

 

Mówiono w szkole, że wcześniej podobne rozmowy i z podobnym skutkiem odbyły się pomiędzy panem dyrektorem i jeszcze kilkoma innymi tatusiami.

 

Szkoła Reya miała, jak większość szkół warszawskich, swoje osiedle szkolne - Rejówkę w miejscowości Kąty pod Piasecznem. Jeździliśmy tam 2 razy do roku na cały tydzień. Przez cztery dni przed południem były 4 godziny lekcji - codziennie innego przedmiotu; w pozostałe dni (sobota była dniem roboczym) oraz po południu - zajęcia sportowe, gry i zabawy.

 

Na piętrze znajdowały się dwie, czy trzy sypialnie dla uczniów oraz pokoje nauczycieli. Na dole była jadalnia, klasa szkolna i duża świetlica. W suterenie kuchnia i warsztat.

 

W pamięci utkwiła mi sentencja samego imć pana Mikołaja Reya wypalona na desce wiszącej obok kominka: "Komu zimno bardzo chwali kiedy się w kominie pali", a także rysunek dwóch oślich głów z maleńkim podpisem "a teraz jest nas trzech". Wszyscy przybywający do Rejówki po raz pierwszy byli obowiązkowo proszeni o odczytanie tego napisu. Niektórzy byli jednak przez starszych kolegów uprzedzeni i czytali "a teraz jest was trzech" ku zgorszeniu otoczenia.

 

W zimie nowicjusze byli jeszcze nabierani na nadzwyczajną leguminę serwowaną wyłącznie dla nich. Starzy bywalcy opowiadali cuda o tym nadzwyczajnym przysmaku, a co bardziej łakomi nie mogli się go doczekać. Rozczarowanie następowało, gdy okazywało się, że był to czysty, puszysty śnieg polany sokiem wiśniowym lub malinowym.

 

W sumie byłem w Rejówce chyba 8 razy. Zawsze z niecierpliwością oczekiwałem, podobnie jak niemal wszyscy koledzy, na wyjazd i wracałem z miłymi wspomnieniami, a przede wszystkim wypoczęty, mimo dość intensywnych zajęć fizycznych. Bardzo dobre wyniki dawały także zajęcia szkolne, najczęściej wykorzystywane na powtórzenie trudniejszych fragmentów materiału. Cztery kolejne godziny lekcyjne, poświęcone syntetycznemu omówieniu wybranych tematów z jednego przedmiotu, dobrze porządkowały wiadomości i sprzyjały ich utrwaleniu. Czas ten bywał także poświęcony na nadgonienie zaległości powstałych z przyczyn niezależnych od szkoły (np. przerwa w lekcjach spowodowana bardzo silnymi mrozami).

 

Ostatni raz byłem w Rejówce późną wiosną 1937 roku, nie przewidując, że pobyt ten będzie miał tak poważne dla mnie skutki.

 

Było to na początku czerwca. Pamiętam, że była piękna słoneczna pogoda. Wybraliśmy się wczesnym popołudniem z wychowawcą i instruktorem WF na zwiedzanie ruin zamku w Czersku. Pojechaliśmy do Góry Kalwarii kolejką, do zamku w Czersku szliśmy na piechotę. Przyjemny spacer: 3 - 4 kilometry w ciepły wiosenny dzień.

 

Całą drogę powrotną, około 15 kilometrów, mieliśmy przejść na piechotę w ramach "nocnego marszu". W Górze Kalwarii miał na nas czekać wóz konny z Rejówki, który przyjechał tam po odbiór kilku worków cementu potrzebnych do jakiegoś drobnego remontu. Miał także podwieźć ewentualnych maruderów, dla których opisana eskapada okazałaby się ponad siły.

 

Wracaliśmy z Czerska około szóstej popołudniu, może nieco później. Pogoda zaczęła się psuć i złapała nas krótka, ale bardzo gwałtowna burza. Przeczekaliśmy ją w Czersku, w stodołach gościnnych gospodarzy (poczęstowali nas znakomitymi owocami) i mocno już zmęczeni dotarliśmy do Góry Kalwarii, gdy było już zupełnie ciemno.

 

Nie bardzo wiem z jakiego powodu, mimo zmęczenia, część z nas wpadła w t.zw. "cielęcy zachwyt". W czternastym roku życia to się zdarza.

 

W miasteczku było ciemno, ulice puste, a w rynsztokach ogromne kałuże po wieczornej ulewie. Obok nas jechał wóz z cementem. Doszliśmy do wniosku, że koniecznie musimy zrobić jakiś dobry kawał. Ktoś zauważył, że jeden z worków jest pęknięty i spod przykrywającej go brezentowej płachty wysypało się trochę cementu. Ktoś cement ten zmieszał z wodą z kałuży; wreszcie ktoś wpadł na "genialny" pomysł, aby pozatykać nim otwory na klucz w kłódkach, na które były pozamykane sklepy na głównej ulicy. Na ulicy było ciemno, wóz jechał z tyłu za maszerującymi uczniakami i nikt nie zwrócił uwagi na tych trzech czy czterech maruderów idących po obu stronach ulicy za wozem i bardzo sumiennie zalepiających cementem kilka kłódek.

 

Warto tu przypomnieć, że przed wojną w Górze Kalwarii rezydował słynny na całą Polskę (a podobno nie tylko na Polskę) rabin i niemal wszystkie sklepy były własnością Żydów. Nas narodowość właścicieli zupełnie nie interesowała. Nie zastanawialiśmy się nad tym. Myślę, że przebieg zdarzeń byłby identyczny, gdyby były to sklepy np. chińskie lub góralskie.

 

Na drugi dzień kilku sklepów przy głównej ulicy rano nie otwarto. Kłódki trzeba było przepiłować. Nikt nie przypuszczał, że był to wyczyn rozbrykanych uczniów z II klasy gimnazjum.

 

Dość długo udało się zachować tajemnicę i chyba nigdy oficjalnie nie została ona ujawniona. Po prostu kilku uczniów, a wśród nich i ja, od nowego roku szkolnego przeniosło się do innych szkół. Cicho, spokojnie, bez rozgłosu i oficjalnie z różnych przyczyn rodzinnych. Rozmowy z rodzicami odbyły się dyskretnie. Ja miałem zostać przeniesiony do gimnazjum państwowego im. Tadeusza Czackiego, które mieściło się o parę kroków od naszego domu, na końcu ulicy Kapucyńskiej. Były jednak jakieś trudności formalne i nie udało się załatwić przeniesienia w ciągu dwóch czy trzech tygodni, jakie zostały do wakacji.

 

Gimnazjum im. Gen. Sowińskiego

 

Nowy rok szkolny 1937/38 rozpocząłem w I gimnazjum miejskim im. Gen. Sowińskiego na Woli. Tam musiano mnie przyjąć, bo ojciec mój formalnie był pracownikiem miejskim,, pracował w szpitalu im. Dzieciątka Jezus. Uczęszczałem tam tylko przez 3 miesiące. W grudniu byłem już uczniem gimnazjum Czackiego.

 

Wspomnień z gimnazjum miejskiego nie mam praktycznie żadnych. Byłem tam tak krótko, że zanim zdążyłem się zaaklimatyzować, już mnie tam nie było. Pamiętam tylko, że po gimnazjum Reja, pierwszy kontakt z nową szkoła, to był dla mnie prawdziwy szok. Nie dlatego, że zmienili się koledzy ze środowiska zamożnego (na ogół) mieszczaństwa na środowisko robotnicze i drobnych urzędników, ale z powodu całkowicie odmiennego podejścia nauczycieli. U Reja szanowano i rozwijano indywidualność ucznia. Tu znalazłem się w wielkiej fabryce, której zadaniem była masowa edukacja.

 

Nie zdążyłem się z nikim zaprzyjaźnić, nie pamiętam żadnego z nauczycieli, z wyjątkiem nauczycielki języka francuskiego. Bardzo niewielu uczniów tej szkoły uczyło się języka francuskiego. Dla tego też, pomimo połączenia "francuzów" z dwóch, czy nawet może trzech klas równoległych, była nas nieduża grupa.

 

Język francuski znałem biegle z domu (gorzej było z ortografią). Mówiłem płynnie, językiem literackim, a nie szkolno-czytankowym, miałem dobry akcent i duży zasób słów. Bardzo prędko przekonałem się, że nasza dzielna nauczycielka zna regułki gramatyczne, recytuje biegle wszystkie wyjątki od tych reguł, ale mówi nienadzwyczajne i do tego z kiepskim akcentem. Po pewnym czasie, nabrawszy pewności siebie, zacząłem wymyślać własne zwroty i wyjaśniać, że przecież w Paryżu na "rive gauche" (lewym brzegu Sekwany) tak właśnie się mówi.

 

Niestety nikt nie mógł tego docenić, gdyż koledzy przeważnie nie bardzo rozumieli o czym była mowa, a co pilniejsi podchodzili do mnie na przerwie, aby zapisać nowe zwroty! Nie mogłem im odmówić, ani przyznać się do całej tej hecy, bo za mało ich znałem i nie wiedziałem jak na to zareagują.

 

Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego

 

W grudniu 1937, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia znalazłem się w gimnazjum Czackiego. Do szkoły szedłem teraz 5 minut, a biegiem można było dotrzeć w 2 minuty. Po kłopotliwych dojazdach tramwajem na Wolę była to wielka ulga. Dziś odległość z ulicy Miodowej na Młynarską wydaje się niewielka. Wówczas była to cała wyprawa; jechało się, w tłoku tramwajem przez wąskie uliczki, "bez końca".

 

U Czackiego odetchnąłem. Panowała tam zupełnie inna atmosfera, znacznie bliższa szkoły Reja. Bardzo prędko zaaklimatyzowałem się i nawiązałem przyjaźnie. Większość kolegów stanowili synowie urzędników i rzemieślników, a także robotników. Do mojej klasy chodził np. Jurek Soiński (został aresztowany na początku okupacji przy próbie przejścia przez zieloną granicę na Węgry, zginął w Oświęcimiu) syn starszego majstra z fabryki uzbrojenia na Forcie Bema, z którym bardzo prędko zaprzyjaźniłem się. Bywaliśmy często u siebie.

 

Wychowawcą naszej klasy był łacinnik prof. Lechicki, sympatyczny grubas, zaciągający z lwowska, o przezwisku Arbuz. Lubiliśmy go, a także jego stałe powiedzonko: "Cała klasa chodzi po klasie i nie zwraca uwagi na moje uwagi, a jak wezwę rodziców, to żadne względy uwzględniane nie będą". Mówił to w tak śmieszny sposób, że często dokazywaliśmy na jego lekcji tylko po to, aby - niby zdenerwowany - wypowiedział swoje powiedzonko; po czym robiło się absolutnie cicho. Poczciwy Arbuz udawał, że jest tak strasznie zdenerwowany, że nie może poprawnie sklecić zdania, a my udawaliśmy, że po tak strasznej groźbie ledwo śmiemy oddychać.

 

Matematykę wykładał profesor Sobolewska. Nigdy nie miałem z tym przedmiotem kłopotów, a w dodatku tak się złożyło, że w gimnazjum miejskim program realizowany był nieco szybciej i u Czackiego miałem wyprzedzenie w stosunku do kolegów o prawie miesiąc. Dlatego też zdziwiłem się, gdy Sobolewski witając nowego ucznia stwierdził, że daje mi 4 tygodnie czasu na przystosowanie się do poziomu gimnazjum państwowego.

 

W dniu moich urodzin 16 stycznia - pamiętam to doskonale - wyrwał mnie do tablicy i zapytał o dowód twierdzenia Talesa. Pytanie było dziecinnie łatwe, dowód przeprowadziłem na tablicy w parę minut bezbłędnie i dostałem za niezbyt staranny rysunek, dwóję, pierwszą i jedyną w życiu z matematyki. W lutym była klasówka, z której dostałem 4+. Dowiedziałem się przy tym, że jednak jak wziąłem się do roboty, to udało mi się dostosować do wymagań państwowego gimnazjum. Od tej pory żyliśmy z profesorem Sobolewskim w zgodzie.

 

W okresie okupacji, po lekcji matematyki na t.zw. kompletach odbywających się w naszym mieszkaniu, w rozmowie z Mamą prof. Sobolewski dowiedział się, że jej nazwisko panieńskie jest Sobolewska. Nie doszukali się jednak żadnych wspólnych koligacji, jedynie wspólnego herbu Ślepowron. Przyznał się wtedy, że każdy nowy uczeń przychodzący z innej szkoły zawsze dostawał u niego pierwszą ocenę niedostateczną, żeby wiedział co to jest państwowe gimnazjum Czackiego.

 

Z kolegów pamiętam najlepiej moich przyjaciół: Zbyszka Przestępskiego (był ze mną w jednej drużynie w Powstaniu Warszawskim i zginął 2 sierpnia pod Boernerowem), Wacka Koca (bratanka pułkownika Koca, twórcy OZON-u , zmarł przed kilku laty), Stanisława Likiernika (syn oficera kontrwywiadu na Niemcy, mieszka we Francji), Aleksandra Tyrawskiego (zginął w Powstaniu na Żoliborzu), Olka Pietrasińskiego (zmarł przed kilku laty).

 

Z nauką - jak dawniej - nie było specjalnych kłopotów, z wyjątkiem może łaciny. Na koniec czwartej klasy gimnazjum w czerwcu 1939 roku poczciwy Arbuz postawił mi jednak z tego przedmiotu czwórkę, na która na pewno nie w pełni zasługiwałem. Musiałem dać mu słowo honoru, że na pewno pójdę do liceum matematyczno-fizycznego, gdzie nie ma łaciny i nie przyniosę mu wstydu. Dzięki tej właśnie ocenie nie musiałem zdawać tzw. małej matury i do liceum zostałem przyjęty bez egzaminu, mając ze wszystkich pozostałych przedmiotów oceny dobre, a z matematyki i fizyki, oraz francuskiego - bardzo dobre. Jednak już po zakończeniu roku szkolnego nad moją dalszą nauką u Czackiego zawisły groźne chmury. Ojciec w przystępie dobrego humoru żartował później, że uratowała mnie ... wojna. Ale to jest już zupełnie inna historia.

 

MB

 

(fragmenty WSPOMNIEŃ Z OKRESU PRZEDWOJENNEGO, WOJENNEGO I PIERWSZYCH LAT POWOJENNYCH)

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. - data - do:

Treść:

 

Powrót