Eksponat Numer - 01 (dział) - 11 (Numer Eksponatu)

 

I. Wakacje 1939


(Zdjęcia - aby powiększyć kliknij na miniaturę)

 

I. Wycieczka w Góry Świętokrzyskie

 

Od około 2 lat z zapałem uprawiałem turystykę rowerową. Miałem solidny rower "Łucznika" dobrze nadający się do tego rodzaju eskapad. Szczególnie dumny byłem z hamulca bębnowego szwedzkiej firmy Husquarna w tylnym kole i szwedzkiego dynama umieszczonego w piaście przedniego koła. Było to wyposażenie nietypowe, zdobyte dzięki temu, że ojciec jednego z bliskich mi kolegów pracował w firmie Kempisty (maszyny do szycia i części rowerowe) i zaproponował mi kupno po obniżonej, promocyjnej cenie, osprzętu wprowadzanego właśnie na polski rynek. Hamulec działał doskonale, a dynamo nie niszczyło opony (jak wszystkie inne) i zapewniało silne światło reflektora nawet przy wolnej jeździe.
Na wycieczki rowerowe jeździłem najczęściej z moim kolegą z gimnazjum Reya Olgierdem, czyli „Đzidkiem”, Wilczewskim. Zajęcia szkolne nie pozwalały nam na dłuższe eskapady; w owym czasie soboty były normalnym dniem pracy i nauki, a w niedziele obowiązkiem każdego ucznia była obecność na nabożeństwie szkolnym w przypisanym do danej szkoły kościele (dla gimnazjum Reya był to kościół Karmelitów, a dla gimnazjum Czackiego - kościół Wizytek. Oba blisko siebie na Krakowskim Przedmieściu).
Pierwszą dłuższą wycieczkę rowerową odbyliśmy z Dzidkiem podczas Zielonych Świątek w 1939 roku. Pojechaliśmy do majątku krewnych Dzidka (niestety nie pamiętam ich nazwiska, ani nazwy majątku), który znajdował się blisko granicy Prus Wschodnich.
Była to wspaniała wyprawa - w jedną stronę nieco ponad 100 km. Gospodarze byli bardzo mili i gościli nas tak, że musieliśmy wrócić pociągiem, żeby zdążyć do szkoły.
Postanowiliśmy wtedy, że podczas wakacji musimy zrobić prawdziwą wycieczkę. Wybraliśmy Góry Świętokrzyskie. Nikt z nas nie znał tego rejonu, a ponadto mieliśmy tam dwie mety: W Kielcach na Karczówce miał być na wakacjach nasz kolega Staszek Kłopotowski (u swego stryja proboszcza w miejscowym kościele), a w Rożnicy, w słynnej szkole rolniczej, pracowała jako nauczycielka kuzynka Dzidka - Hanka (?) Radolińska.
Po zakończeniu roku szkolnego, mimo naszych zabiegów, ciągle coś przeszkadzało w realizacji zaplanowanej wycieczki. Rodzice nasi mieli świadomość zbliżającej się wojny i bali się nas wypuścić z domu. Nie chcieli powiedzieć tego otwarcie, więc wymyślali coraz to nowe przeszkody. Uzgodnili wreszcie, że po prostu nie dadzą nam pieniędzy, tłumacząc to niespodziewanymi kłopotami finansowymi. Trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza po niedawnych prezentach z okazji promocji do liceum, ale bez grosza trudno też wyjechać.

Pewnego pięknego lipcowego dnia wyjechaliśmy na rowerach z Warszawy. Rodzice wymogli jedynie na nas, że co drugi dzień każdy z nas będzie wysyłać kartkę pocztową do domu. W ten sposób codziennie dojdzie do Warszawy informacja o naszych losach. Dotrzymaliśmy warunków tej umowy i nasze kartki, wysyłane niejednokrotnie z zapadłych dziur na wiejskiej poczcie, regularnie dochodziły. Raz tylko, czy dwa razy, po dniu przerwy przyszły jednocześnie dwie kolejne kartki pocztowe.
Ustalona wcześniej trasa wiodła szosą krakowską przez Grójec, Białobrzegi, Radom do Kielc, gdzie mieliśmy spotkać się z naszym kolegą szkolnym Staszkiem Kłopotowskim . Przejeżdżając przez Grójec mieliśmy ochotę skręcić do odległego o kilka tylko kilometrów majątku Odrzywołek i odwiedzić naszego młodszego o rok kolegę Wojtka Grobickiego. Zrezygnowaliśmy jednak wiedząc, że musiałoby to skończyć się co najmniej kilkudniowym pobytem. Byliśmy już mocno spóźnieni w stosunku do naszych planów; więc trzeba było odłożyć wizytę na inną okazję. (Nie przypuszczaliśmy, że okazja taka trafi się za niecałe dwa miesiące. Spotkaliśmy się z Dzidkiem zupełnie przypadkowo w Odrzywołku powracając w końcu września 1939 roku z wojennych wędrówek do Warszawy).
W południe zrobiło się bardzo gorąco. Zrobiliśmy sobie więc mały odpoczynek, zjechawszy w Białobrzegach z szosy nad Pilicę. Zjedliśmy wałówkę zabraną z domu i kupione za grosze wiśnie. Szosa z obu stron obsadzona była drzewami owocowymi, przeważnie wiśniami. Właśnie była pora zbiorów. Co kilkaset metrów stali ogrodnicy, czy może dzierżawcy i oferowali wspaniałe, świeżo zerwane wiśnie w cenie - pamiętam dokładnie - 5 groszy za kilogram. Napełniliśmy duży chlebak (przysposobienia wojskowego) wiśniami. Objedliśmy się straszliwie. Musieliśmy uciąć małą drzemkę, żeby dało się jechać dalej.

Do Radomia zostało jeszcze około 10 kilometrów, gdy rozpętała się burza i zaczęło lać jak z przysłowiowego cebra. Przy szosie nie było widać żadnego domu, ani miejsca, gdzie można byłoby się schować. W ciągu minuty przemokliśmy dokładnie. Przed wojną nie były znane (przynajmniej nigdy nic takiego nie widziałem) pelerynki przeciwdeszczowe dla kolarzy. Mój rower miał błotniki, które trochę chroniły mnie przed ochlapaniem. Dzidek jechał bez błotników i był nie tylko mokry, ale cały dokładnie zabłocony. Nawet twarz miał całą w błotnych "piegach". Brudni, mokrzy, zmęczeni, głodni i zziębnięci wjechaliśmy wreszcie do Radomia. Deszcz właśnie przestał padać; była godzina koło 11-ej wieczorem.
Trudno było szukać o tej porze i w tym stanie taniego noclegu. Podjechaliśmy pod hotel w rynku i budząc niemałą sensację poprosiliśmy o pokój. Zażądano od nas z góry opłaty. Wynosiła - o ile dobrze pamiętam - 6 złotych. Poszliśmy umyć się i przebrać do pokoju, a następnie zeszliśmy do restauracji, gdzie daliśmy pokaz konsumpcji.
Następnego dnia obudziliśmy się dość późno. Był piękny letni dzień. Zrobiliśmy kontrolę naszej kasy i z przerażeniem stwierdziliśmy, że stan jej zmniejszył się o ponad 25%. W tym tempie za trzy dni będziemy bez grosza. Nie mieliśmy w naszych planach noclegów w hotelach, ale poprzedniego dnia naprawdę było nam absolutnie wszystko jedno za jaką cenę, byle sucho i ciepło.
Wyjechaliśmy bez śniadania, w hotelu kosztowałoby to zbyt drogo. Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym miasteczku, czy może większej wsi, kupiliśmy w sklepiku bochen chleba, masło, ser, kawałek kiełbasy i mieliśmy królewskie śniadanie dosłownie za grosze.
Do Kielc mieliśmy z Radomia około 80 kilometrów. Mniej niż przejechaliśmy wczoraj, ale wyjechaliśmy dość późno, no i zaczynały się górki. Nasze rowery nie miały przerzutek i te niewielkie wzniesienia sprawiały nam trochę kłopotu. Postanowiliśmy mocniej naciskać na pedały, aby dojechać do Kielc przed wieczorem i nie szukać Staszka po omacku. Nie pamiętam już dla czego, ale nie udało się nam dojechać do Kielc przed wieczorem. W każdym razie nie mieliśmy żadnych nadzwyczajnych, nieprzewidzianych przeszkód. Pogoda była piękna, wieczór był ciepły. Przestaliśmy się spieszyć. Zdecydowaliśmy się zanocować w najbliższej wsi.
Zanim do niej dojechaliśmy spotkaliśmy na szosie zalanego kompletnie podoficera - jak się później okazało - technicznej służby lotnictwa. Zatrzymał nas, ale w absolutnie przyjacielskim nastroju, opowiadał niesamowicie poplątane historie, w których zupełnie nie można było dojść o co chodzi. Wpadł wręcz w euforię, gdy doszło do niego, że jesteśmy uczniami i spędzamy wakacje na rowerach. Wygłosił, do zdumionych pasażerów przejeżdżającej furmanki, płomienne przemówienie o wspaniałej młodzieży, która dzielnie zwiedza kraj ojczysty i o naszym lotnictwie, w którym służą tak znakomici podoficerowie jak na przykład on sam.
Trochę zwątpił w naszą wspaniałość, gdy stanowczo odmówiliśmy wypicia reszty wódki, która mu została jeszcze w butelce. Pocieszył się (i nas) jednak, że "jak was wezmą do wojska, to i tak zrobią z was ludzi". Powtórzył to kilkakrotnie i po chwili zrobił w tył zwrot (z lekkim tylko zachwianiem) i energicznie pomaszerował polną drogą w bok od szosy.
Spotkanie to trwało w sumie chyba ponad pół godziny. Zrobiło się późno i trzeba było zająć się noclegiem. W tym celu, zgodnie z przepisami i zwyczajami, należało zgłosić się do sołtysa, który kierował amatorów noclegu do jednego z domów we wsi.
Nacisnęliśmy pedały i po kilku minutach ukazały się światła w oknach. Na jednym z pierwszych domów zobaczyliśmy tabliczkę "Sołtys". Weszliśmy i okazało się, że to właśnie sołtys jechał furmanką do której wygłaszał przemówienie nasz niedawny rozmówca. Zostaliśmy przyjęci bardzo gościnnie, poczęstowani kolacją. Po upewnieniu się, że nie palimy papierosów, zaproponowano nam nocleg w stodole na sianie. Rano czekało nas znakomite śniadanie: mleka ile chcąc, znakomity chleb własnego wypieku, jajecznica z ziemniakami. Sołtys nie chciał słyszeć o zapłacie, a jego żona dała nam jeszcze potężną wałówkę na drogę. Trzeba tu dodać, że dom sołtysa był schludny, ale widać było, że gospodarzom się nie przelewa i że raczej z trudem wiążą koniec z końcem.
Byliśmy zaskoczeni gościnnością i chcieliśmy się jakoś zrewanżować. Kupiliśmy więc w wioskowym sklepiku torebkę cukierków, wróciliśmy do sołtysa i daliśmy je dzieciom. Widziałem, że zostało to przyjęte z uznaniem. Jeszcze wiele razy korzystaliśmy podczas tej wędrówki z noclegów we wsiach. Byliśmy zawsze dobrze przyjmowani, zawsze nakarmieni i najczęściej nie chciano od nas przyjąć pieniędzy. Rewanżowaliśmy się cukierkami dla dzieci.
Około południa dojechaliśmy do Kielc. Zostaliśmy bardzo gościnnie przyjęci na plebanii na Karczówce. Pamiętam, że podczas obiadu odbyła się bardzo gorąca dyskusja ze Staszkiem Kłopotowskim i jego stryjem - miejscowym proboszczem. Niestety nie pamiętam już o co w niej chodziło. Zachowałem natomiast w pamięci znakomity obiad i grubą gospodynię księdza, która cały czas dokładała nam na talerze: "bo to przecie niemal zagłodzone w tym mieście kawalery".
Byliśmy na Karczówce dwa lub trzy dni. Dalszy pobyt groził nam zapasieniem. Tylko Staszek mógł spokojnie spędzać tam wakacje. Pomimo intensywnego od paru tygodni tuczenia, był tak samo chudy jak w Warszawie.

Wreszcie dojechaliśmy do Rożnicy, do szkoły rolniczej, w której nauczycielką była kuzynka Dzidka - Hanna Radolińska. Pojechaliśmy "na skróty" polnymi drogami. Mieliśmy oszczędzić kilka kilometrów, ale w rzeczywistości zajęło nam to dużo więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Po pierwsze zmyliliśmy drogę, a ponadto część wybranej trasy była tak piaszczysta, że dużymi odcinkami nie dało się jechać i trzeba było prowadzić rowery. W rezultacie dojechaliśmy do Rożnicy już po ciemku.

O szkole rolniczej w Rożnicy nie wiele mogę opowiedzieć. Wiem tylko, że była to szkoła o bardzo dobrej renomie i długiej tradycji i co nas najbardziej zaskoczyło, bo o tym nie wiedzieliśmy, w czasie wakacji odbywały się tam praktyki (czy może jakieś kursy letnie) i szkoła była pełna młodych dziewcząt. Znakomita większość "ciała pedagogicznego" też była płci pięknej. Stanowiliśmy tam nie lada sensację i myślę, że tok pracy dydaktycznej uległ pewnemu zaburzeniu.
Oprócz nas spędzały tam także wakacje trzy córki jednej z nauczycielek, trzy panny Kramarzówny. Najstarsza była mniej więcej w naszym wieku. Najmłodsza miała chyba 13 lat. Wszystkie były ładne, ale najmłodsza - nie bardzo jeszcze z tego zdawała sobie sprawę - była wyjątkowo ładna.
Bardzo miło przeleciał tydzień, czy może 10 dni, w Rożnicy i trzeba było wracać do Warszawy. Wymieniliśmy adresy i telefony m.in. z pannami K. i z plecakami wypchanymi solidną wałówką wsiedliśmy na rowery. Następnego dnia byliśmy w Warszawie. Oczywiście wszystkie planowane spotkania i randki diabli wzięli. W pięć tygodni później wybuchła wojna.
Najmłodszą pannę K. spotkałem przypadkiem w tramwaju w Warszawie podczas okupacji, była to zima z 1942 na 43. Pamiętam nawet, że było to w Alejach Jerozolimskich na odcinku pomiędzy Nowym Światem i Marszałkowską. Poznaliśmy się od razu i pamiętam, że ona po serdecznym powitaniu, zmieszała się, urywała rozmowę i chyba wysiadła wcześniej niż zamierzała. Mimo, że nie robiła najmniejszej aluzji, zorientowałem się, że jest w Warszawie "służbowo” i - czego spodziewałem się znając to środowisko - jest bardzo mocno zaangażowana w konspiracyjną robotę. Dowiedziałem się jedynie, że mieszka z siostrą w Krakowie, ale adresu mi nie podała. Po wojnie moje przypuszczenia potwierdziły się; ale nie spotkaliśmy się jednak już nigdy.

 

MB

 

II. Konny spacer


 
Na sierpień pojechałem do Poniatowa. Ze względu na bardzo już napiętą sytuację, Rodzice chcieli, żebym był niezbyt daleko od Warszawy. Poniatów koło Jabłonny był oddalony od Warszawy o ok. 35 km. Od biedy można było wrócić piechotą.
Był to majątek Grocholskich, arystokratycznej rodziny z Podola, która utraciła wszystkie swe posiadłości i dobra na Ukrainie (majątek Pietniczany koło Winnicy). Po pierwszej wojnie światowej kupili resztki zaniedbanego majątku Poniatów koło Jabłonny. Kiedyś była to podobno rodowa posiadłość Poniatowskich. Nie pamiętam skąd moi Rodzice znali Grocholskich. Chyba była to znajomość dziadka Sobolewskiego, a może jeszcze dawniejsza. Nie pamiętam.
Dwór i budynki gospodarcze były nieco zaniedbane; ogród w stanie na wpół dzikim. Właściciel - Zdzisław Grocholski był wielkim oryginałem. Bardzo wysoki, szczupły, przystojny. Chodził zawsze ubrany w strój myśliwski - sportowa, zielona kurtka, bryczesy, skarpetki do kolan i sznurowane trzewiki. Miał jedno oko szklane - stracił oko przy przygotowywaniu amunicji myśliwskiej. Był małomówny, choć czasami dawał się naciągnąć na wspomnienia. Opowiadał bardzo interesująco, a miał o czym.
Niesłychanie sympatyczna była jego żona (z domu Sołtan) - chodząca dobroć. Prowadziła dom, opiekowała się chorymi w okolicy, zajmowała się chłopskimi dziećmi. Bardzo ją lubiłem; chyba ze wzajemnością.
Grocholscy mieli (o ile dobrze pamiętam) dziesięcioro dzieci. Podczas wakacji zjechały tam dorosłe już córki Marysia (zginęła podczas okupacji) i Helena, a stale mieszkali synowie Adaś - rok ode mnie starszy -, Tadeusz - w moim wieku - (obaj zostali rozstrzelani przez Niemców w Poniatowie podczas Powstania Warszawskiego), Jarema - młodszy o 2 - 3 lata oraz najmłodszy - Henryk, który miał wówczas 4 lub 5 lat.
Lato 1939 roku spędzała także w Poniatowie bratowa pani Grocholskiej, żona majora Sołtana, szefa sztabu brygady kawalerii, dowodzonej przez pułkownika (późniejszego generała) Andersa, wraz ze swą córką Enią.
Szczególnie utkwiły mi w pamięci wieczory, gdy po kolacji zbierali się wszyscy domownicy w olbrzymim salonie i starsi opowiadali różne historie rodzinne z Podola, z czasów konfederacji barskiej, powstań styczniowego i listopadowego, rewolucji bolszewickiej oraz wojny 1920 roku. Spotkania te kończyły się zawsze jednakowo: Pan albo pani Grocholska siadali do fortepianu i rozpoczynały się chóralne śpiewy polskich piosenek ludowych, wojskowych, dumek ukraińskich. Cała rodzina miała znakomity słuch i dobre głosy.
Przed południem włóczyłem się - najczęściej sam, bo chłopcy Grocholscy mieli inne zainteresowania - po polach i licznych w tej okolicy zagajnikach z dubeltówką na ramieniu. Nie lubiłem wielkich polowań, z nagonką. Polowałem przeważnie na dzikie króliki, których w okolicy była istna plaga. Nie jeden raz zapewniłem mięso na obiad dla dość licznych domowników. Strzelałem też do jastrzębi, dzikich gołębi oraz srok, których bardzo wiele gnieździło się w zagajnikach.
Od pierwszego kontaktu z bronią byłem dobrym strzelcem. W Poniatowie strzelałem już naprawdę dobrze tak, że pan Grocholski pozwolił mi korzystać ze swej dubeltówki - bardzo dobrej "dwunastki" firmy FN. Lubiłem popisywać się dalekimi strzałami do dzikich gołębi w locie oraz strzelaniem do srok w gęstych zagajnikach sosnowych "na głos", gdy ptak jest zupełnie niewidoczny za gęstymi gałęziami.
W Poniatowie nie było dobrych koni pod wierzch i zorganizowanie konnej przejażdżki było dość skomplikowane. Kilkakrotnie eskapady takie dochodziły jednak do skutku; zwykle tylko w dwa konie.
Pod koniec wakacji przyjechali z wizytą do Poniatowa sąsiedzi; dorośli bryczką
i młodzież konno. Dorośli poszli zaraz do gabinetu pana domu. Młodzież po przywitaniu
z gospodarzami zaproponowała mały spacer po okolicy. Dołączyliśmy do nich razem z Enią Sołtan, która jeździła konno tak jakby się na koniu urodziła. Była córką oficera kawalerii, wychowaną w pułku.
Enię znałem od roku i podobała mi się coraz bardziej. Nie była szczególnie piękna ani zgrabna, miała jednak interesującą urodę, dziki temperament no i lepiej ode mnie jeździła konno, a prawie równie dobrze strzelała z floweru, z dubeltówki i ze starego Nagana pana Grocholskiego, który z trudem utrzymywałem w jednym ręku.
Byliśmy w jednym wieku, ale Enia robiła wrażenie znacznie starszej ode mnie i traktowała mnie jak ... młodszego brata.
Na wycieczkę konną, o której wspomniałem ubrałem się w nowe bryczesy i długie buty - prezent od Ojca za "małą maturę". Dotychczas jeździłem w pożyczonych spodniach (chyba Adasia), gdyż szkoda było mi moich eleganckich z jasnej gabardyny. Jeździłem bowiem na starym, niezbyt doczyszczonym siodle, koń też na ogół nie był tak wyczyszczony jak powinien. Enię oburzało to ogromnie, choć przez uprzejmość dla gospodarzy starała się tego nie okazywać. Nie zawsze się to jej udawało.
Goście przyjechali na świetnych koniach, byli elegancko ubrani, więc trzeba było trzymać fason. Jeden z nich - starszy ode mnie, miał chyba z osiemnaście lat - zaczął bardzo wyraźnie asystować Eni. Usiłowałem mu w tym przeszkodzić, ale Enia nie zwracała na mnie uwagi. Wyraźnie bawiło ją nadskakiwanie tego fircyka.
Po kilku bezowocnych próbach zmiany tej sytuacji postanowiłem "zemścić się". Wśród gości były dwie panie: młoda mężatka i dziewczyna nieco starsza ode mnie. Podjechałem do niej, na co jej dotychczasowy kompan natychmiast oddalił się - zdaje się z westchnieniem ulgi.
Zaczęliśmy rozmawiać. Panna okazała się całkiem sympatyczna, na koniu trzymała się bardzo dobrze. Jej dwaj starsi bracia zostali poprzedniego dnia zmobilizowani. Pojęcia nie miałem, że sytuacja tak się zaostrzyła, że w kraju jest mobilizacja. Bardzo się o nich martwiła. Twierdziła, że wojna wybuchnie lada dzień. Nie bardzo to wciąż docierało do mnie.
Przejeżdżaliśmy przez piaszczyste wydmy, jakich wiele w okolicach Jabłonny. Przy zjeździe z małego, ale stromego, wzniesienia przesunął się popręg jej siodła. Zeskoczyłem z konia, pomogłem dociągnąć. Trwało to chwilę, bo koniowi wyraźnie zabieg ten nie odpowiadał. W tym momencie nadjechała na skraj wydmy Enia. Zawołała mnie. Po głosie poznałem, że jest wściekła.
Tonem nie znoszącym sprzeciwu zaproponowała (zażądała ?), żebym zamienił się z nią na konia. Propozycja ta bardzo mnie zdziwiła, bo jej koń był zdecydowanie lepszy od mojego i niejednokrotnie mówiła, że choć się nie umywa do koni pułkowych, to jednak lubi na nim jeździć.
Skróciłem strzemiona przy moim siodle i podprowadziłem do niej konia. Oddała mi wodze swojego, poczekała aż dopasuję strzemiona dla siebie, wskoczyła na siodło i ruszyła z miejsca galopem krzycząc: jedziemy na łąkę za tą łachą, zrobimy tam wyścigi. Zaskoczyła mnie ta propozycja, gdyż jej koń (a obecnie mój) był znacznie lepszy i w wyścigu nie miała żadnych szans.
Pogalopowałem za nią myśląc jak tu delikatnie wstrzymać konia, tak aby nie było tego widać i żeby dać jej jakąś szansę. Bez tego muszę wygrać i to co najmniej o kilka długości.
Przez pole przepływał mały strumyczek - miejscami dość głęboki, ale tak wąski, że bez trudności można było go przeskoczyć. Enia skierowała swego konia w stronę, gdzie rozlewał się w łachę szeroką na 20 - 30 metrów i głębokości dosłownie po kostki. Dojechawszy do łachy Enia zwolniła, wjechała stępa w środek tego bajora i wyraźnie czekała na mnie.
Ja również zwolniłem nie chcąc jej ochlapać, wjechałem stępa i gdy ściągnąłem wodze, zanim zdołałem się zorientować co się dzieje, mój dzielny koń położył się i zaczął się tarzać w wodzie. Dobrze, że zdążyłem wyjąć nogi ze strzemion.
Woda w tym miejscu była bardzo płytka, ale wystarczyło jej żebym dokładnie zamoczył nowe bryczesy, żeby nalało mi się do butów i żeby gruntownie zamoczyć czaprak i siodło.
Enia zrobiła zmartwioną minę i z ubolewaniem stwierdziła: „Zapomniałam zupełnie, że ten koń jak poczuje wodę, to zawsze się kładzie; nie wolno dopuścić, żeby się zatrzymał. Trzeba było przejechać galopem”.
Do domu wróciłem mokry i wściekły. Pani Grocholska zauważyła mój brak humoru i zagadywała mnie kilkakrotnie przy kolacji. Do kolacji oczywiście przebrałem się i nie było żadnych śladów mojej przygody.
Wieczorem pani Grocholska "niechcący" spotkała mnie na korytarzu i poprosiła do gabinetu pana Grocholskiego. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała w sposób jeszcze bardziej sympatyczny niż zwykle: nie złość się na Enię, zrobiła ci kawał trochę w stylu kawaleryjskim, ale jest jej teraz bardzo głupio i przed chwilą przyznała się, że nie mogła dłużej znieść jak nadskakujesz pannie X. Patrzyłem na nią z miną chyba niezbyt mądrą, bo usłyszałem: „no, na co czekasz, Enia chce cię przeprosić, jest na ganku. Ona cię naprawdę lubi, ja zresztą także”. Ku jej chyba wielkiemu zdziwieniu, ucałowałem ją w oba policzki i wybiegłem na ganek.
Z otwartych okien salonu słychać było fortepian. To pani domu grała młodzieży do tańca. Trzeba wracać, usłyszałem, nie wypada żeby nas tak długo nie było. Weszliśmy do salonu przy ostatnich taktach walca "Na stokach Mandżurii" (bardzo lubiła to grać). Uśmiechnęła się do mnie, pogroziła palcem Eni i niepostrzeżenie ze starego walca zrobił się boston (walc angielski). Wiem, że nie lubiła tego rytmu, ale wiedziała, że ja go bardzo lubię i że z Enią świetnie nam się tańczy właśnie walca angielskiego.
Następnego dnia zaczęto organizować w Poniatowie polowe lotnisko dla eskadry myśliwskiej. W parę dni później przynaglony telegramem od Rodziców wróciłem pociągiem do Warszawy. Późno wieczór przyjechałem z dworca Gdańskiego taksówką przez zaciemnione miasto do domu na Miodową. Nazajutrz rozpoczęła się wojna.

 

MB

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. -

 

----- Original Message -----

Sent: Monday, August 20, 2007 8:26 AM


 

Szanowni Państwo

 

Bardzo zaciekawiła mi opowieść Konny spacer http://www.narodowa.pl/Pamietniki/11/eksponat.htm, chętnie bym porozmawiał z osobą która jest autorem tej opowieści, może ma jakieś zdjęcia bądź więcej wspomnień?

Pozdrawiam

Krzysztof Klimaszewski

 

Powrót