Eksponat Numer - 1 (dział) - 16 (Numer Eksponatu)

 

Przedwojenny Fotoamator


(Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę)

 

 Retina

Na początku trzeciej klasy gimnazjum „zachorowałem” na prawdziwy aparat fotograficzny. Miałem wprawdzie od dwóch czy trzech lat Kodaka Bebe. Takie bakelitowe pudełko z obiektywem o jasności „11”, stałej migawce (chyba 1/50 sek.), na błony zwijane. Przy dobrym oświetleniu robił nawet całkiem dobre zdjęcia formatu 4,5x6,0 cm. Bez słońca, we wnętrzach i przy sztucznym świetle był praktycznie nieużyteczny. Przy tym jego użytkowanie dość drogo kosztowało. Drogie były filmy (wówczas nazywało się to „błony zwijane”). Odbitki tzw. stykowe wymagały jedynie – kosztującej grosze – specjalnej ramki i można było robić je w domu, ale nie dawało to najlepszych rezultatów, a ponadto były małe, miały wymiar taki sam jak film: 4,5x6,0 cm. Powiększenia były wówczas kosztowne, a ewentualny zakup powiększalnika – to była już poważna inwestycja.

Niektóre moje zdjęcia zrobione tym aparatem były niezłe i pozwalały sądzić, że mam „dryg” do fotografowania. „Zachorowałem” więc na prawdziwy aparat. Po obejrzeniu wystaw wszystkich sklepów odpowiedniej branży w śródmieściu Warszawy, zasięgnięciu opinii u kolegów, którzy ulegli tej samej „chorobie”, lub mieli dostęp do prawdziwego aparatu starszego brata lub ojca, doszedłem do wniosku, że moim ideałem jest małoobrazkowy aparat Kodak Retina.
Po otwarciu pokrywy wysuwał się z jego obudowy mieszek skórzany z obiektywem Tessar (Zeissa) o jasności 3,5 (im mniejsza liczba tym obiektyw „jaśniejszy”). Pozwalał na robienie zdjęć przy wielokrotnie słabszym oświetleniu niż stary Bebe). Migawka o czasach naświetlania od 1 do 1/300 sek. No jednym słowem marzenie. Miał tylko jedną wadę. Kosztował 198 zł. Była to dla mnie suma zawrotna. O kupnie z oszczędności z mojej tygodniówki (nie pamiętam dokładnie ile wynosiła, ale chyba 1,50 lub 2,00 zł) nie można było marzyć, uwzględniając nawet finansowe prezenty gwiazdkowe i imieninowe od Ojca i mego chrzestnego, a czasami i od Stryja (jeżeli nie zapomniał). Były to zazwyczaj dwie lub trzy srebrne pięciozłotówki.
Ojciec pochwalał moje zainteresowanie fotografią, ale stanowczo stwierdził, że nie sfinansuje drogiego aparatu, bo na tego rodzaju sprzęt jestem jeszcze zbyt młody i nie wie, czy nie jest to u mnie słomiany zapał i czy zainteresowanie fotografią nie minie po kilku miesiącach. Na koniec poważnej rozmowy dorzucił żartem „Jeśli ci tak bardzo zależy, to zarób na ten aparat, no na przykład – tak jak ja w twoim wieku - możesz udzielać korepetycji”.
W pierwszej chwili uznałem propozycję za niepoważną. Ale po paru dniach doszedłem do wniosku, że mógłbym udzielać korepetycji z matematyki i z francuskiego. Z matematyką nie miałem nigdy żadnych problemów, a poziom francuskiego w gimnazjum był tak niski, że mimo nienajlepszej znajomości gramatyki, powinienem dać sobie radę – mówiłem przecież płynnie; niemal jak po polsku.
Wiedziałem, że niektórzy koledzy w mojej klasie dają korepetycje. Dowiedziałem się od nich, że w tej sprawie należy zwrócić się do wychowawcy. Musiał on stwierdzić, że kandydat na korepetytora jest zdyscyplinowanym, poważnym, dobrym uczniem i może udzielać korepetycji z wybranych przedmiotów uczniom w niższych klasach.
Zgłosiłem się więc do naszego wychowawcy. Trochę bałem się tej rozmowy, bo „Arbuz” (prof. Lewicki) uczył nas łaciny, a nie był to mój ulubiony przedmiot i na pewno nie byłem w nim prymusem.
„Arbuz” nie miał żadnych zastrzeżeń do matematyki i francuskiego. Był natomiast zdziwiony, że w ogóle chcę dawać korepetycje. Wiedział, że ojciec mój jest znanym w Warszawie lekarzem. Nie zadawał jednak żadnych niedyskretnych pytań. Stwierdził, że musi zapytać matematyka i nauczycielkę francuskiego o opinię. Po kilku dniach otrzymałem zgodę na udzielanie korepetycji.

 

Nie było wówczas ustalonych stawek za korepetycje. Uczniowie gimnazjum otrzymywali zazwyczaj 50 groszy za godzinę. Pierwszym moim uczniem, był wspomniany słabeusz z matematyki. Zgłosił się do mnie powołując się na swego i mojego wychowawcę. Uzgodniliśmy, że ma on poważne braki, więc będziemy spotykać się od zaraz 2 razy w tygodniu po godzinie lub półtorej godziny, a później ewentualnie krócej lub rzadziej. Nie wiedziałem jak z nim rozmawiać o forsie, więc nie mówiliśmy na ten temat wcale.

Pierwsza lekcja odbyła się u niego w domu (mieszkał niedaleko mnie). Zaczęło się od rozmowy z rodzicami. Stosunkowo młodzi, bardzo sympatyczni, traktowali mnie niesłychanie poważnie (miałem wówczas 15 lat). Gdy zapytali mnie ile mają mi płacić za lekcje, przyznałem się, że Janek będzie moim pierwszym uczniem i nie wiem co mam na to odpowiedzieć. Usłyszałem „no to proponuję 1 złoty za szkolną godzinę”. Była to stawka dla ucznia 3 klasy gimnazjum zupełnie fantastyczna, tym bardziej jeszcze, że godziny korepetycji miały z reguły 60 minut, a nie 45 jak godziny lekcyjne w szkole. To było 1,33 zł. za prawdziwą godzinę. Nawet studenci rzadko kiedy otrzymywali wówczas więcej niż 1 zł. za godzinę.
Dopiero po wojnie, gdy kończyłem studia i zarabiałem także korepetycjami (a więc po ok. 10 latach), dowiedziałem się od Ojca, że mój wychowawca zatelefonował do niego z zapytaniem czy wie o tym, że chcę dawać korepetycje i czy nie ma nic przeciw temu. Przekazał mu także kim jest ewentualny uczeń. Ojciec nie miał zastrzeżeń, ale zatelefonował do ojca Jurka, wyjaśnił mu dla czego chcę dawać korepetycje i uzgodnili razem dalszy ciąg mojej belferskiej kariery.
Ciekaw jestem jaki obecny wychowawca 3 klasy gimnazjum wpadłby na taki pomysł jak poczciwy „Arbuz” i czy ojcowie obu zainteresowanych stron mieliby teraz o czym rozmawiać?
Na początku 4 klasy gimnazjum zebrałem z tygodniówki, prezentów i korepetycji prawie 80 zł. Miałem też wcześniejszych oszczędności około 40 zł. Razem dużo, ale do Retiny jeszcze daleko, a na początku roku szkolnego nie było jeszcze chętnych na korepetycje.
Niespodziewanie któregoś wieczoru Ojciec zapytał mnie czy nie przestałem się interesować fotografią. „Oczywiście, że nie, ale nie mogę kupić wymarzonego aparatu brakuje mi jeszcze sporo. Naruszyłem oszczędności przed wakacjami, bo wydałem na dynamo do roweru. Była to niesłychana okazja: szwedzkie dynamo montowane w piaście przedniego koła. jak hamulec bębnowy. Najważniejsze, że nie darło opony (jak wszystkie pozostałe), zapewniało dobre światło nawet przy bardzo wolnej jeździe i zwiększało opór jazdy w niewyczuwalnym stopniu.
Ojciec jednego z kolegów pracował w przedstawicielstwie handlowym firmy, która to cudo produkowała. Kosztowało w komplecie z lampą (o świetle szosowym i miejskim !) drogo, 22 złote, ale w ramach promocji – tylko 12. To i tak ponad dwa razy drożej niż zwykłe dynamo napędzane od opony. Warte jednak było większego wydatku. Miałem je przez blisko dwa lata i nigdy żadnego z nim kłopotu, ani praktycznie żadnej różnicy „w nogach” czy jechało się z wyłączoną lub włączoną lampą, a świeciła znacznie lepiej od zwykłych lamp rowerowych.
Poprzednio miałem przy rowerze lampę karbidową; zwykłe dynamo dobre było w mieście, ale nie nadawało się do dalszych jazd. Karbidówka świeciła znakomicie; było z nią jednak sporo kłopotu przy czyszczeniu i „nabijaniu” karbidem. „Musiałem” więc kupić rewelacyjne dynamo .
Ojciec wysłuchał cierpliwie mojej entuzjastycznej opinii na temat szwedzkiego dynama i ku memu zaskoczeniu wyciągnął z portfela banknot 100 zł i położył przede mną na stole. „Widzę, że ten nieplanowy, ale uzasadniony, wydatek naruszył twoje oszczędności i przekonałem się też, że rzeczywiście zależy ci na tym aparacie fotograficznym – to jak on się nazywa ? – Retina podpowiedziałem – aha Retina. No to go teraz możesz kupić.”
W dzień czy dwa później po zebraniu wszelkich dostępnych informacji i zmobilizowaniu dwóch kolegów najlepszych (według mego rozeznania) speców od fotografii poszliśmy do przedstawicielstwa Kodaka w Warszawie. Mieściło się w budynku Prudentialu (obecny Hotel Warszawa) na parterze od strony ulicy Świętokrzyskiej. W portfelu miałem 210 złotych na aparat, futerał i pierwszy film.
Sklep był nowocześnie i luksusowo urządzony. Do naszej grupki podszedł stosunkowo młody sprzedawca z plakietką z imieniem i nazwiskiem w klapie marynarki. Pamiętam moje zdziwienie, bo uprzednio nigdy nie widziałem takiej plakietki i nie spotkałem nikogo o takim „egzotycznym” imieniu (niestety dziś już nie pamiętam co to było za imię).
„Chciałem kupić aparat fotograficzny Retina; ten za 198 zł” wyrecytowałem i wyciągnąłem z kieszeni prospekt firmowy.
„Zaraz przyniosę” – usłyszeliśmy i po chwili na ladzie leżały dwa niemal identyczne aparaty. „To jest najnowszy model Retiny i kosztuje tyle samo co kosztował poprzedni: 198 zł”, a ten drugi to model poprzedni, który teraz wyprzedajemy po 98 zł.”
„A czym różnią się oba modele ?”
„W nowym przycisk migawki jest na obudowie aparatu, a w starym przy obiektywie; nowy ma licznik sprzężony z przesuwem filmu i zabezpieczenie przed zrobieniem dwóch zdjęć na jednej klatce filmu, a w starym trzeba po każdym zdjęciu nacisnąć dźwignię licznika i dopiero wtedy można przewinąć film. Obiektyw i migawka są identyczne.”
Decyzja zgromadzonych ekspertów była błyskawiczna: „Bierzesz starszy model; te ulepszenia to dobre dla początkujących i snobów.” Wyszedłem ze sklepu z wymarzonym aparatem i 100 złotymi w kieszeni.
Jak się później dowiedziałem wyprzedaż starego modelu po obniżonej cenie wprowadzono po wakacjach. Gdybym więc miał wymaganą sumę przed wakacjami, zapłaciłbym za aparat o 100 złotych drożej.
Zrobiłem Retiną do września 1939 roku kilkanaście filmów, czyli około 500 zdjęć: w domu, w szkole, na wakacjach, na ulicy, domowników, rodziny, kolegów, znajomych. Sporo było naprawdę bardzo dobrych.
Podczas okupacji zrobiłem około 2 tysięcy zdjęć. Większość stanowiły zdjęcia o charakterze dokumentalnym z Warszawy i najbliższych okolic. Budynki, „widoczki” i scenki uliczne; w tym także z ulicznych łapanek i przemarszu przez miasto jednostek niemieckich w połowie czerwca 1941 roku. Te ostatnie robiłem na polecenie moich konspiracyjnych przełożonych. Zgodnie z rozkazem oddawałem filmy niewywołane; na filmie nie mogło być żadnych moich „prywatnych” zdjęć. Przekazano mi podziękowanie i informację, że „większość dobrze wyszła, a niektóre są interesujące”.
Jako ciekawostkę warto tu podać, że podczas okupacji można było oficjalnie kupować filmy i materiały fotograficzne. Zakłady fotograficzne były pod dyskretną kontrolą Gestapo, które niestety znajdowało w nich od czasu do czasu interesujące je zdjęcia i informacje.
Dla potrzeb wojska Niemcy produkowali filmy cieńsze od standartowych, o nazwie „Mimoza”. Nie pamiętam czy była to nazwa firmy, czy raczej rodzaju filmu. Filmy te bez trudności można było kupić w większości zakładów fotograficznych i ... na targu. W typowej kasecie aparatu małoobrazkowego mieści się film standardowy o długości 165 cm. Filmu Mimoza wchodziło ponad dwa metry. Zamiast standardowych 36 klatek można było na nim zrobić (zależnie od rodzaju kasety) 48 do 53 zdjęć.
Tuż przed Powstaniem zrobiłem cały film podczas nalotu sowieckich bombowców. Miasto było oświetlone wieloma flarami zrzuconymi podczas nalotu. Fotografowałem z balkonu wychodzącego na ulicę. Zdążyłem jeszcze wywołać film i zrobić powiększenia. Niesamowicie wyszły jasne flary na tle ruin domów po drugiej stronie Miodowej i zarysy ruin i domów na dalszym planie.
Z całego mego retinowego dorobku zachowało się tylko 5 zdjęć, które miałem w portfelu wychodząc do Powstania oraz klika u rodziny i kolegów...

 

Voigtländer

Na wiosnę 1939 roku zgadałem się z moim kolegą z klasy Jankiem Brumerem, że ma w domu stary, duży aparat fotograficzny, nie używany od wielu już lat. Przyniósł go kiedyś do szkoły, żeby go pokazać. „iInteresuje cię? mogę ci pożyczyć, pobaw się, zobacz czy to się do czegoś nadaje.”
To był fantastyczny, w idealnym stanie, profesjonalny aparat Voigtländer formatu 9x12 cm, na szklane klisze, z bardzo dobrym obiektywem o jasności 5,6, migawką od 1 sekundy do 1/125, samowyzwalaczem, podwójnym wyciągiem czołówki (pozwalało to robić zdjęcia nawet z odległości 1 cm !) oraz przesuwem czołówki w pionie (pozwala to na fotografowanie z bliska np. wysokiego domu tak, aby na zdjęciu się „nie walił”.
Stosowanie szklanych klisz było bardzo kłopotliwe, ale dostępne były cięte błony fotograficzne tzw. „filmpack”. Filmpak wkładało się do kasety nieco grubszej jak dla szklanej kliszy, wyciągało wystający z opakowania pasek papieru, robiło zdjęcie, wyciągało drugi pasek, następne zdjęcie itd. Nie pamiętam już ile arkuszy filmu mieścił Filmpack. Wydaje mi się, że 8 lub 10, ale nie jestem tego pewien. Przed wyjęciem kasety z aparatu trzeba było zasunąć (podobnie jak przy szklanej kliszy) jej pokrywę.
Pierwsze zdjęcia zrobiłem w naszym mieszkaniu przy naturalnym oświetleniu. Zmniejszyłem przesłonę obiektywu określiłem światłomierzem czas naświetlania. Wynosił ponad sekundę w salonie i kilka sekund w dość ciemnym pokoju stołowym. Aparat oczywiście ustawiłem na statywie.
Zdjęcia wyszły fantastycznie (to prawda, że fotografia na ogół „upiększa” wnętrza).
Wielki piec, z ciemno wiśniowych kafli, z kominkiem, w rogu stołowego pokoju, w codziennym półmroku nieciekawy, wyszedł wspaniale: świetnie widoczne ozdobne kafle, na półce nad kominkiem staroświecki zegar z kolumienkami i amorkami bijącymi młotami w kowadło na jego tarczy, doskonale widoczne fotografie rodzinne, po bokach dwa podwójne srebrne lichtarze.
W salonie fotografowanym w kilku ujęciach świetnie wyszły stare stylowe meble, wielkie tremo i wiszące po obu jego stronach obrazy, na przeciwległej ścianie duże stare lustro
w szerokiej ozdobnej ramie, pod nim mój ulubiony fotel obok kinkietu przerobionego z lampy naftowej na elektryczną, trzy okna zasłonięte firankami (zrobionymi na drutach przez Mamę), dwie oszklone szafy biblioteczne między oknami. Na grzbietach dużych książek wyraźnie widoczne tytuły i nazwiska autorów.
Zdjęcia te przyniosłem pewnego dnia do szkoły, żeby pokazać Jankowi co potrafi jego aparat. Nie chciałem ich pokazywać przed lekcjami kolegom, żeby nie robić niepotrzebnego zbiegowiska. Wyciągnąłem je na pierwszej lekcji i podałem siedzącemu za mną Jankowi.
Zanim ten zorientował się o co mi chodzi, zainteresował się moimi manewrami nasz polonista. „Pokaż, co tam podajesz Brumerowi”. Musiałem pokazać, ostatecznie nie mam się czego wstydzić. Następnie odbyła się rozmowa, którą doskonale pamiętam:
„To twoje zdjęcia ?”
„Tak.”
„Gdzie je robiłeś ?”
„W domu.”
„To gdzie mieszkasz, na zamku ?”
„Nie, prawie po sąsiedzku, na ulicy Miodowej pod nr 9.”
„Nie mieszkasz na ulicy tylko przy ulicy. Zdjęcia są dobre, ale temat lekcji jest zupełnie inny. Schowaj je do teczki.”
Ze względu na wymiary i ciężar aparatu i statywu (bez którego praktycznie nie można się było obyć) niemal wszystkie zdjęcia robiłem nim w domu. Obfotografowałem Mamę (bardzo tego nie lubiła, a tym wielkim aparatem trudno było robić zdjęcie znienacka) i Ojca, moją starszą siostrę Danusię podczas wizyty u nas, wszystkie kąty, zrobiłem zdjęcia ruin spalonego domu (Miodowa 8) po drugiej stronie ulicy, oraz widok wzdłuż ulicy Miodowej w stronę Krakowskiego Przedmieścia i Placu Krasińskich. Bawiłem się robieniem zdjęć przy wykorzystaniu podwójnego wyciągu. Miałem naprawdę fantastyczne zdjęcia muchy na koronkowej firance i pająka na pajęczynie. Mucha na fotografii (12x18 cm) była znacznie większa niż w rzeczywistości.
W lutym 1940 roku po śmierci mojej ciotki Marii (siostry Mamy), wuj (Mieczysław von Arndt) prosił mnie, abym zrobił jej zdjęcie w trumnie w mieszkaniu. Zrobiłem kilka zdjęć, cały filmpack, najlepiej jak umiałem. Zgodnie z wolą wuja oddałem mu niewywołane negatywy. Chciał mieć zdjęcia wyłącznie dla siebie. W kilka miesięcy później po śmierci wuja, zobaczyłem je. Były dobrze naświetlone, ostre, ale bardzo niedobre.
Po raz drugi poza domem mój Voigtländer służył w 1943 roku do fotografowania starych dokumentów i obrazów u kogoś ze znajomych czy dalekich krewnych.
Nie umiem w miarę dokładnie ustalić ile zdjęć w sumie nim zrobiłem. Na pewno nie mniej niż 200 i chyba nie więcej niż 300. W ciągu 6 lat to wydaje się niewiele. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że aparat ten nadawał się w zasadzie wyłącznie do zdjęć specjalnego rodzaju, zdjęcia te były dość kosztowne i nieporównanie bardziej pracochłonne niż robione np. Retiną.
Żadne ze zdjęć zrobionych Voigtländer’em niestety nie zachowało się ani w moim portfelu (były zbyt duże, żeby je w nim nosić) ani u rodziny i znajomych.
Oba aparaty: Voigtländer i Retina wraz ze wszystkimi moimi negatywami i zdjęciami podczas Powstania Warszawskiego uległy zniszczeniu wraz z domem, w którym mieszkaliśmy.

 

M.B.

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. Re:
 

 

Powrót