Eksponat Numer - 1 (dział) - 17 (Numer Eksponatu)

 

W poszukiwaniu składnicy meldunkowej.


 

Wrzesień 1939 Składnica meldunkowa

 

Nie podejmuje się opisać przebiegu działań wojennych, okupacji i Powstania Warszawskiego. Nie na moje to siły. Będą to raczej pojedyncze obrazki z czasów wojny i okupacji, których nie potrafię już ułożyć w chronologiczną i logiczną całość.
Pierwszego września obudziła mnie Mama. Nie mogłem przez chwilę zrozumieć co się dzieje i po co to wczesne budzenie, przecież jeszcze nie idę dziś do szkoły. Początek roku szkolnego został przed kilku dniami oficjalnie przesunięty. Jeszcze wczoraj tak wspaniałe wakacje, a dziś wojna? Mówiło się wprawdzie o możliwości wojny od dobrych kilku miesięcy, ale poważnie o tym nie myślałem.
Wyskoczyłem wreszcie z łóżka, ubrałem się w mundur przysposobienia wojskowego i pobiegłem do szkoły. Wiedziałem o przesunięciu rozpoczęcia roku szkolnego, ale miałem nadzieję, że spotkam kogoś z kolegów i dowiem się, co mam robić. Spotkałem, ale z młodszych klas, którzy nie byli jeszcze w przysposobieniu wojskowym (PW). Dyrektora, ani żadnego z "ważniejszych" nauczycieli nie było w szkole. Wiedziałem, że nasz hufiec PW miał jakieś zadania wyznaczone na wypadek wojny, ale jakie, tego nam dokładnie nie powiedzieli.
Koło południa wróciłem do domu. Ojca nie było, poszedł do szpitala do pracy. Gosposia przyniosła "z ulicy" kupę plotek zarówno o naszych rzekomych sukcesach, jak i o strasznych nalotach, rannych, zabitych, pożarach, ruinach itd. W domu słychać było od czasu do czasu dalekie detonacje bomb oraz odgłosy przeciwlotniczych dział i karabinów maszynowych.
Po obiedzie poszedłem jeszcze raz do szkoły. Tym razem udało mi się uzyskać od kolegi z klasy maturalnej informację, że nasz hufiec PW obsługuje w charakterze gońców Centralną Składnicę Meldunkową, która mieściła się w Głównym Urzędzie Telegraficznym przy ulicy Nowogrodzkiej róg Poznańskiej. Wyciągnąłem rower i natychmiast tam pojechałem.
Na miejscu okazało się, że moi koledzy, którzy byli w Warszawie w końcu sierpnia, pełnią tu służbę już od kilku dni. Legitymowano mnie długo i szczegółowo sprawdzano dane z kartoteki hufca, wreszcie wciągnęli mnie na listę. Miałem objąć dyżur drugiego września na drugiej (popołudniowej) zmianie. Wróciłem do domu jadąc przez ulice, niby tak dobrze mi znane, a tak całkowicie inne niż przed wakacjami.
Następnego dnia zgłosiłem się na dyżur na Nowogrodzką. Składnica meldunkowa mieściła się w schronie, chyba dwa piętra pod ziemią. Przy aparatach telefonicznych siedzieli żołnierze i cywilne telefonistki ze słuchawkami na głowach. Stanowisk takich było ze trzydzieści, oddzielonych od siebie przegrodami z dykty, aby sąsiedzi sobie nie przeszkadzali. Poszczególne stanowiska miały bezpośrednie połączenia z obserwatorami rozmieszczonymi na terenie całego kraju, którzy tą drogą meldowali o zaobserwowanych przelotach nieprzyjacielskich samolotów. Na tej podstawie podejmowano w dowództwie obrony przeciwlotniczej decyzje o ogłaszaniu alarmów lotniczych, a także o podrywaniu naszych jednostek myśliwskich.
Nie wiem czy sala, w której pracowałem była jedyną, czy też oprócz "mojej" były jeszcze inne. Do moich obowiązków należało przenoszenie meldunków spisywanych przez telefonistów (tki) do działu operacyjnego, mieszczącego się w sąsiednich pomieszczeniach. Czasami przenosiłem także jakieś polecenia do określonych stanowisk telefonicznych.
Zajęcie było raczej nudne, choć biegania było dość sporo. Oprócz naszego hufca PW, Centralę Meldunkową obsługiwał także hufiec żeński, chyba z gimnazjum im. Królowej Jadwigi.
Zdążyłem być na czterech dyżurach - od 2-go do 6-go września. Bardzo szybko zorientowałem się, że sytuacja wojskowa pogarsza się z każdym dniem. Coraz więcej stanowisk telefonicznych nie otrzymywało żadnych meldunków, a zdarzało się także, że w słuchawkach odzywały się głosy niemieckie. Mieliśmy coraz mniej roboty, ale i nastrój był coraz gorszy.
W dniu 7 września wypadł mi dyżur na nocnej zmianie. Gdy przyjechałem na rowerze na Nowogrodzką, zastałem tam nieznaną mi jednostkę wojsk łączności. Centrali Meldunkowej już tam nie było. Nie bez trudności dowiedziałem się, że przed wieczorem ewakuowano ją do Lublina.
Nikogo z moich przełożonych z PW ani z Centrali nie znalazłem. Jakiś oficer z kwaterującego tam nowego oddziału na moje rozpaczliwe pytanie, co mam teraz robić, niecierpliwie wypytał mnie kim jestem, co tu robiłem i na zakończenie stwierdził: teoretycznie powinieneś gonić swoją Centralę, ale wątpię, by ci się to udało. Tu także możesz być potrzebny.
Zrozpaczony, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić, pojechałem na rowerze do domu. Nie było to łatwe zadanie: w prawie zupełnych ciemnościach, przez ulice zapchane wojskiem, uciekinierami i rozbitkami.

 

W poszukiwaniu Składnicy Meldunkowej

 

W domu naszym panowało zamieszanie. Dowiedziałem się, że pułkownik Umiastowski ogłosił przez radio apel władz wojskowych, aby mężczyźni od 16-ego roku życia (nie pamiętam do którego) opuścili miasto i kierowali się na wschód. Zastałem w domu wujostwa Rzewnickich. Ciotka była śmiertelnie przerażona, wuj częściowo sparaliżowany, nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego co się wokół niego dzieje.
Spakowaliśmy trochę najpotrzebniejszych rzeczy i wyruszyliśmy wszyscy z domu. Pozostała tylko nasza gosposia Marynia, która tonem nie znoszącym sprzeciwu, stwierdziła, że się nigdzie z domu nie ruszy.
Była noc. Na moście Kierbedzia i na ulicach Pragi panował niesamowity tłok. Nie pamiętam jak to się stało, że odłączyliśmy się wraz z Ojcem i Wujem od Mamy, Siostry i Ciotki. Pamiętam, że udało mi się umieścić obu starszych panów (Ojciec miał 59 lat, Wuj był o około 10 lat starszy) na jakiejś furce, obok której jechałem, a raczej usiłowałem jechać na rowerze.
Nad ranem dojechaliśmy do Otwocka, gdzie udało się nam zakwaterować w dość przyzwoitej willi. Przeczekałem tam cały następny dzień. Jazda dniem była bardzo niebezpieczna z powodu stałych nalotów niemieckich na szosę lubelską, główny szlak ewakuacji.
W dzień siedzieliśmy z Ojcem i Wujem na trawie w ogrodzie "naszej" willi. Był ciepły, słoneczny dzień. Wuj zdjął marynarkę i położył się na niej. Siedząc obok niego zauważyłem, że coś błyszczy się w trawie. Sięgnąłem - złota dwudziestodolarówka, obok druga, trzecia i czwarta. Wysypały się z kieszeni marynarki Wuja. Pozostało ich w kieszeni jeszcze kilka. Był to "żelazny", a raczej "złoty" zapas na czarną godzinę, który zapobiegliwa Ciotka dała Wujowi, nie przewidując rozkładania marynarki na trawie.
Zebrałem monety i podałem je Wujowi. Schował je do kieszeni, zupełnie nie zdając sobie sprawy z ich wartości i niestosowności trzymania luzem w kieszeni marynarki. Jak się później dowiedziałem, zgubił je wszystkie, albo mu je ktoś ukradł; nie było to trudne.
Po południu ustaliliśmy z Ojcem po długiej naradzie, że nasza wspólna wędrówka nie ma sensu. Wuj praktycznie mógł tylko jechać, był przecież częściowo sparaliżowany i choć chodził dość prędko, to jednak nie trzymał się zbyt pewnie na nogach, a co najgorsze jego reakcje były często nieprzewidywalne i niekiedy na poziomie kilkuletniego dziecka. Nie można go było zostawić samego, więc Ojciec został z nim..
Pożegnałem się z nimi, wsiadłem na rower i pojechałem w kierunku szosy lubelskiej. Było już późne popołudnie, zachodziło słońce. Nie ujechałem daleko. Zatrzymało mnie trzech żołnierzy i machając jakimś papierkiem skonfiskowali rower "dla wojska". Byli bez broni i chyba po wódce. Nie ulega wątpliwości, że była to kradzież, ale ich było trzech, a ja jeden ... i do tego jak na złość nikogo w pobliżu.

 

Bez bagażu

 

Pomaszerowałem dalej sam. Byłem bez bagażu, miałem ze sobą tylko mały plecak i przy pasku wojskową manierkę. W nocy było chłodno, szło mi się lekko, ale kilometry przybywały bardzo wolno, a do Lublina było ich jeszcze około 140. Na szosie ruch był duży, przeważały oddziały wojska, uciekinierów też było sporo, ale nie tak dużo jak w ciągu dnia.
Po dwóch, trzech godzinach marszu natknąłem się na kolumnę samochodów wojskowych, która akurat utknęła w korku. Oficerowie, klnąc jak szewcy, usiłowali go rozładować, ale nie było to łatwe. W pewnej chwili jeden z nich zawołał do mnie: "hej junak (oficjalna forma zwracania się w przysposobieniu wojskowym), co się gapisz, pomóż wyprowadzić te furmanki; przez rów i na pole!".
Pomogłem. Po tym, nie pytając o pozwolenie wskoczyłem na skrzynię jednego z nowiutkich ciężarowych Polskich Fiatów 621. Żaden z żołnierzy nie protestował. Oficerowie siedzieli w szoferkach i w jadącym na przedzie łaziku.
W ten sposób udało mi się do rana przejechać koło 60 km. Minęliśmy zbombardowany
i spalony Garwolin i chyba jeszcze bardziej zniszczone Ryki. Zobaczyłem wtedy z bliska jak wygląda wojna. Do dziś pamiętam charakterystyczny zapach spalonych domów.
O świcie kolumna wojskowa zjechała z szosy w lewo w las. Mieli się tam zatrzymać na postój. Zjadłem śniadanie z żołnierzami, dostałem sutą wałówkę na dalszą drogę i pożegnawszy ich pomaszerowałem dalej sam. Oficer, który zainteresował się moją skromną osobą i któremu wyjaśniłem powód mojej wędrówki do Lublina, powiedział, że nie wie jeszcze dokąd będą dalej jechać; właśnie czekają na rozkazy, ale jest niemal pewien, że nie będzie to Lublin.
Wróciłem na szosę lubelską w nadziei, że trafi mi się tam następna okazja do podjechania w kierunku Lublina. Nie było jednak amatorów na jeszcze jednego pasażera. Zaczęły się za to naloty niemieckich samolotów. Nie umiem określić ile razy uciekałem ile sił w nogach w pole, jak najdalej od bombardowanej i ostrzeliwanej szosy. Wydaje mi się, że chyba więcej kilometrów przebiegłem w bok od szosy, niż przeszedłem wzdłuż niej.
Po czwartym, czy piątym kolejnym nalocie - a było wciąż jeszcze przed południem - gdy podmuch wybuchu bomby zerwał mi czapkę z głowy, a dokoła leżeli ludzie i konie porozrywane na strzępy, doszedłem do wniosku, że dalszy marsz główną szosą nie ma sensu. Jest zbyt powolny i niebezpieczny. Odbiłem pierwszą polną drogą w prawo, przeszedłem ze trzy kilometry w kierunku Wisły i znów skręciłem w lewo w wiejską drogę, w kierunku Lublina.
Droga była piaszczysta, ale był na niej minimalny ruch i do wieczora nie było na nią ani jednego nalotu - bo niby i po co?
Po południu, zmęczony i głodny, skręciłem do widocznych z drogi zabudowań dworskich. Dwór był niewielki, dość ubogi i niemal pusty. Zastałem na ganku panią w wieku trudnym do określenia, o ile dobrze pamiętam, kuzynkę nieobecnych gospodarzy. Zapytałem ją czy mogę kupić coś do jedzenia. W odpowiedzi wprowadziła mnie do kuchni i poczęstowała wspaniałym wiejskim obiadem. Pamiętam do dziś, że był to żur z kartoflami i pieczona kura.
Jadłem, aż mi się uszy trzęsły. Moja gospodyni siedziała obok mnie na kuchennej ławce, patrzyła na mnie i płakała. Nic nie mówiła, tylko płakała. Przy kuchni pochlipywała dla towarzystwa mała wiejska dziewczynka. W miarę jak ustępował głód czułem, że ja także mam ochotę się rozpłakać. Zmęczenie było jednak silniejsze, oparłem głowę na ręce na stole i natychmiast zasnąłem.
Obudziłem się dość prędko, chyba po mniej więcej godzinie, bo było jeszcze widno. Byłem strasznie ścierpnięty, bo nie była to najwygodniejsza pozycja do spania. Gdy wpół przytomny rozejrzałem się dookoła, zobaczyłem gospodynię siedzącą w tym samym, co poprzednio, miejscu i wciąż z chusteczką przy oczach.
Wypytała mnie o moje dotychczasowe wojenne losy. Przy okazji okazało się, że mamy oczywiście wspólnych znajomych. Chciała mnie koniecznie zatrzymać. Twierdziła, że szukanie mojego oddziału nie ma sensu, że go na pewno nie odnajdę, że jestem za młody, aby brać udział w wojnie, że ten folwark (niestety nie pamiętam jego nazwy) znajduje się na uboczu, z dala od głównych dróg i będzie tu zupełny spokój i że mogę u niej zaczekać na koniec (oczywiście prędki i zwycięski) wojny, że dwór jest biedny, ale przecież zawsze jest gdzie spać i co jeść, a i ubranie na zimę też się znajdzie.
Dotychczas małomówna, teraz mówiła szybko i bez przerwy, jakby potok jej argumentów miał ochronić mnie od niebezpieczeństw dalszej wędrówki w nieznane i skłonić do pozostania. Wreszcie, gdy zrozumiała, że jednak nie zostanę i pójdę dalej, pobiegła do spiżarni po żywność dla mnie na drogę. Wiedziałem już, że z żywnością są coraz większe kłopoty, więc choć chciałem jak najprędzej iść dalej, gdyż czułem, że mięknę pod wpływem potoku jej argumentów, to jednak zdecydowałem poczekać na obiecaną wałówkę. Po dobrej chwili wyszła, niosąc turystyczny plecak wypchany tak, że z trudem dopinaliśmy razem paski: Masz tu zmianę bielizny, skarpety, sweter, a tu pieczony kurczak, masło, tu chleb itd. itd.
Byłem zażenowany tą serdecznością i zarazem zły. Do tej pory nie miałem większego bagażu i to znakomicie ułatwiało mi poruszanie się we wszelkich sytuacjach. Zdawałem sobie jednak sprawę, że wszystko, co dostałem, na pewno mi się przyda.
Żegnany potokami łez i obcałowywany, wreszcie wyruszyłem. Nie pamiętam ani nazwy majątku, ani nazwiska właścicieli czy gospodyni, zacierają mi się rysy jej twarzy i figury, a jednocześnie tak dobrze ją pamiętam ...
Okazało się, że opinia o położeniu mająteczku z dala od głównych szlaków była uzasadniona. Maszerując wiejską drogą byłem przekonany, że idę w przybliżeniu równolegle do szosy lubelskiej. W rzeczywistości oddaliłem się od niej znacznie. Miało to jednak tę dobrą stronę, że okoliczne wsie nie były oblężone przez uciekinierów i nie było problemu ze znalezieniem noclegu w stodole, czy kupnem mleka na kolację.
Wędrowałem cały wieczór, aż do północy. Przespałem się w stodole i o świcie ruszyłem dalej. Koło południa nogi odmówiły mi posłuszeństwa. We wsi wszedłem do najbliższego gospodarstwa i zapytałem gospodarza, czy mogę napić się wody ze studni. Oczywiście pozwolił. Napiłem się, rozebrałem, umyłem zimną studzienną wodą. Miałem właśnie sięgać do plecaka do swych potężnych zapasów. gdy gospodyni wyniosła duży gliniany garnek zsiadłego mleka i michę ziemniaków ze skwarkami. Zjadłem, podziękowałem i usłyszałem w odpowiedzi: "na zdrowie synku, na zdrowie".
Odpoczywałem w tym gospodarstwie chyba ze dwie godziny. Przeczekałem najgorszy upał i ruszyłem w stronę Lublina. Miałem jeszcze do przejścia ponad 50 km. Dwa dni marszu. Przy wyjściu ze wsi zatrzymał mnie podoficer żandarmerii, wylegitymował (miałem jak cała młodzież niepracująca jedynie legitymację szkolną). Bardzo mu nie podobało się moje nie polskie nazwisko.
Wypytywał mnie kilkakrotnie kim jestem, skąd się tu wziąłem, dokąd idę itd. W końcu, zastanawiając się długo, oddał mi legitymację, zajrzał do plecaka i machnął ręką: możesz iść.
Dopiero po dobrej chwili zacząłem się zastanawiać, co mógł robić samotny żandarm we wsi położonej na uboczu, gdzie nie było żadnych oddziałów wojskowych. Facet wydał mi się mocno podejrzany.
Do zmierzchu przeszedłem nie więcej niż 10 - 12 km. Postanowiłem tę noc przespać. Nie bardzo miałem siłę iść dalej. Gościnni chłopi proponowali mi nocleg w chałupie. Wolałem jednak w stajni. Mniejszy zaduch i przyjemniejszy.
Następnego dnia od rana miałem szczęście. Z sąsiedniego gospodarstwa jechał gospodarz parokonnym wozem po swego syna, żołnierza, który został ranny podczas nalotu na szosę lubelską i leżał w przydrożnym punkcie opatrunkowym. Ktoś życzliwy zawiadomił ojca. Zabrałem się z nim.
Jechaliśmy ostro, konie były dobre, na wozie tylko my dwaj, jakieś koce i trochę prowiantu; boczne, polne drogi dość twarde. Mój przewoźnik zatrzymał się we wsi przed szosą, gdzie miał na niego czekać ranny syn.

 

Lublin - Kowel

 

Koło południa znalazłem się znów na szosie lubelskiej, około 15 km przed Lublinem. Znów ten sam, znany widok: tłumy uchodźców na wozach, pieszo, na rowerach, rzadko w samochodzie. Sporo żołnierzy, od czasu do czasu jakiś zwarty oddział wojska. Włączyłem się w ten tłum i usiłowałem maszerować w stronę Lublina
Szosa lubelska była tu jeszcze bardziej zatłoczona niż na odcinku, na którym pożegnałem ją dwa dni temu. Mieliśmy kilka alarmów lotniczych - na szczęście fałszywych. Trudno opisać co się podczas nich działo, zwłaszcza, że teren wzdłuż szosy był zabudowany małymi podmiejskimi domkami, budami i przegrodzony licznymi płotami
Podejrzewam, że fałszywe alarmy wywoływał ktoś celowo. Szosa wówczas pustoszała
i można było poruszać się na niej niemal bez przeszkód. Niemal, gdyż pozostawały mimo wszystko wozy, wózki, często porzucone toboły itp.
Po dwóch takich alarmach nie dałem się nabrać na trzeci, również fałszywy. Przeszedłem wówczas chyba około kilometra w dość luksusowych warunkach, zanim szosa znów się zapełniła. Nie uciekłem z szosy także podczas kolejnego alarmu. Tym razem był to alarm prawdziwy. Miałem jednak szczęście, samoloty nie rzucały bomb, lecz ostrzeliwały pola obok drogi. Przeczekałem nalot leżąc w rowie, schowany za grubym drzewem. Słyszałem dalekie wybuchy bomb, ale ich nie widziałem.
Wolałem nie czekać aż następna fala samolotów dotrze tu z bombami. Skręciłem w najbliższą polną drogę i odszedłem od szosy co najmniej o kilometr. Przez miedzę i polne dróżki szedłem trochę na przełaj do widocznego już na horyzoncie Lublina.
Byłem już niedaleko miasta, gdy zaczął się silny nalot na Lublin. Trwał z krótkimi przerwami chyba koło godziny. Lotnicy ostrzeliwali także wiejskie zabudowania i kępy drzew na przedpolu miasta. Bomby spadły jednak tylko na miasto i na szosę.
Znajdowałem się wówczas na polnej drodze pomiędzy rzadko rozrzuconymi, biednymi podmiejskimi domkami, z których część była jeszcze w budowie. Jeden z nisko lecących samolotów ostrzelał te domki, na szczęście bez skutku.
Za chwilę widać było klucz bombowców nadlatujących od strony miasta. Widocznie już po spełnieniu zadania. W rowie, niedaleko mnie, leżał starszy mężczyzna z dwojgiem małych dzieci. Zobaczywszy nadlatujące samoloty wyskoczył wraz z nimi z rowu i schował się do leżących nieopodal betonowych kręgów studziennych. Pobiegłem w tym samym kierunku i "zająłem" jeden z sąsiednich kręgów. Z samolotów spadła jedna, jedyna bomba i to na gołe pole. Nie mam pojęcia w co celowali, bo w pobliżu miejsca wybuchu nie było dosłownie nic i ani żywej duszy.
Bomba, niezbyt dużego kalibru, wybuchła dość daleko ode mnie; chyba ze 100 metrów, a może i dalej; ale dokładnie w osi "mojego" kręgu betonowego. Echo wewnątrz niego było strasznie silne. Uczułem gwałtowne uderzenie w uszy i miałem wrażenie, że otrzymałem w głowę cios solidną maczugą. Przeżyłem już wybuchy bomb znacznie bliższe i większego kalibru, ale bez takiego skutku.
Wyszedłem z betonowego kręgu zataczając się jak pijany. Byłem zdziwiony i przestraszony. Widziałem dokładnie wybuch i zanim fala ciśnienia doszła do mnie zorientowałem się, że była to bomba niewielkiego kalibru.
Po dobrej chwili dopiero doszedłem jako tako do siebie i podszedłem do moich sąsiadów, gramolących się z ich kryjówki. Z przerażeniem stwierdziłem, że nic nie słyszę. Zarówno stary jak i dzieci coś mówili; widziałem, że poruszają ustami, a ja słyszałem tylko szum i bełkot. Nic nie rozumiałem. Na szczęście minęło to po kilku minutach. Ból uszu czułem jednak długo. Przypominał mi się jeszcze wiele razy przy różnych okazjach. Podobny szok przeżyłem podczas Powstania Warszawskiego. Wtedy był to wybuch pocisku z granatnika tuż za zakrętem rowu łącznikowego. Zakręt ten ochronił mnie przed odłamkami, ale fala uderzeniowa zrobiła swoje.
Było popołudnie. Nad Lublinem snuły się dymy pożarów. Zastanawiałem się czy iść zaraz, czy poczekać do nocy. Postanowiłem czekać, ale po godzinie nie mogłem znieść bezczynności, zarzuciłem plecak (nieco już lżejszy, bo żywność ubywała szybko) i poszedłem w kierunku miasta.
Droga była dłuższa niż przypuszczałem i w mieście znalazłem się już o zmierzchu. Wszędzie widać było ślady bombardowań. Niektóre domy, a raczej ich resztki, jeszcze się dopalały.
Nie bez trudu znalazłem komendę miasta. O mojej składnicy meldunkowej nic nie wiedzieli. Nie potrafili mi udzielić żadnej informacji; nawet czy jednostka taka w ogóle przez Lublin przejeżdżała. Nie mieli zresztą czasu na rozmowy. Co najmniej kilkudziesięciu oficerów usiłowało także zdobyć jakieś informacje. Junakiem PW nie chcieli zawracać sobie głowy. Wściekły i zrozpaczony usiadłem na murku, resztce ogrodzenia skweru czy ogrodu, wyciągnąłem chleb z plecaka, posmarowałem smalcem z zapasów dworskich i zacząłem jeść.

Wyszliśmy z Lublina w nocy. Mieliśmy trochę szczęścia. Złapaliśmy zmotoryzowaną jednostkę artylerii przeciwlotniczej. Udało nam się dojechać do Piasków Luterskich. Niedaleko, ale zawsze.
Jazda na podwoziu armaty p-lot, trzymając jej lufę pod pachą, nie była najwygodniejsza, ale w naszych warunkach był to luksus i nadzwyczajna okazja. W Piaskach bateria p-lot zjechała z szosy, obsługa zaczęła okopywać działa obok mostu na rozwidleniu szos (na Chełm i Krasnystaw).
"Moi" lotnicy doszli do wniosku, że swej jednostki nie dogonią, bo nawet nie wiedzą gdzie jej szukać. Zameldowali się u dowódcy baterii, który ich z radością przygarnął.
Nie bardzo wiedziałem, co teraz robić. Moja znajomość z dwoma młodymi oficerami trwała zaledwie kilkanaście godzin, ale bardzo się z nimi zżyłem, byli mili, sympatyczni i życzliwi. Traktowali mnie, szesnastoletniego chłopaka, jak kolegę i zupełnie nie dawali odczuć różnicy lat i stopni wojskowych. Chętnie zostałbym razem z nimi, ale wciąż uważałem, że za wszelką cenę muszę dotrzeć do mojej centrali meldunkowej. Muszę więc dalej jej szukać.
Rozwidniło się zupełnie, był następny piękny, pogodny dzień. Zobaczyłem na szosie drogowskaz: Krasnystaw 24 km. W tym momencie olśnienie: przecież wuj Mietek - mój chrzestny - zamienił się z aptekarzem z Izbicy koło Krasnegostawu. Oddał mu swą starą i doskonale prosperującą aptekę "Pod Orłem" w Warszawie w zamian za jego prowincjonalną. Do tej niezwykłej zamiany doprowadziła Ciotka (siostra Mamy). Wuj na stare lata stał się nałogowym alkoholikiem. Ciotka strasznie się tego wstydziła, ukrywała przed rodziną ii znajomymi i jako najlepsze wyjście uznała wyjazd na "zapadłą" prowincję.
Wujostwo przyjęli mnie z niedowierzaniem, że to naprawdę ja, ale bardzo serdecznie. Wreszcie mogłem się wykąpać, zjadłem normalną kolację i spałem po raz pierwszy od dobrych kilku dni w normalnym łóżku i czystej pościeli.
Następnego dnia po sutym śniadaniu, w czystej bieliźnie, z pokaźnym zapasem żywności w plecaku oraz garścią srebrnych monet po 5 i 10 złotych, otrzymanych od wujostwa, powędrowałem w stronę Chełma Lubelskiego.
Zupełnie nie pamiętam wędrówki z Izbicy przez Chełm do Kowla. Było to w sumie około 120 km. Musiałem sporą część drogi podjechać i to raczej samochodem niż wozem konnym. W pamięci nie pozostały z tego żadne ślady. Naloty niemieckie musiały być też rzadsze i mniej dokuczliwe, gdyż także ich sobie nie przypominam. Nigdzie po drodze nie znalazłem żadnych śladów po centrali meldunkowej.
 

M.B.

W tył zwrot (koniec poszukiwań Składnicy Meldunkowej)


 

W Kowlu znalazłem się 16 września, późnym wieczorem. Pamiętam, że nocowałem w budynku, chyba szkolnym, w dość znośnych warunkach. Nazajutrz rano z wystawionego w oknie radia dowiedziałem się o wkroczeniu wojsk radzieckich.
Większość ludzi nie chciała w to uwierzyć. Uważali, że to jeszcze jeden chwyt propagandy niemieckiej. W przerwie pomiędzy komunikatami radiowymi (chyba ze Lwowa) dorwałem się do odbiornika i pozwolono mi pokręcić jego gałkami. Złapałem jakąś stację rumuńską. Na zakończenie dziennika podano skrót wiadomości po francusku. Nie było niestety żadnych wątpliwości.
Uciekinierzy i wojskowi zastanawiali się głośno, co teraz mają zrobić. Dla mnie sprawa była jasna - jak najdalej od bolszewików. Rodzice moi przeżyli w Rosji rewolucję i ledwo z życiem wrócili do kraju. Ojciec brał udział jako lekarz w kampanii 20-go roku. Miałem dostatecznie dużo informacji, na co mogę liczyć pod czerwonym okupantem. Ile sił w nogach ruszyłem z powrotem. Zebrała się spontanicznie grupka kilkunastu młodych ludzi, którzy doszli do takiego samego wniosku. Przeważali studenci i maturzyści, którzy podobnie jak ja szukali dotychczas swoich jednostek. Byłem wśród nich najmłodszy. Po drodze przyłączały się wciąż pojedyncze osoby, które podobnie jak my, nie miały wątpliwości co do kierunku marszu.
Żałowaliśmy wszyscy, że 17-ty września zastał nas tak daleko od granicy rumuńskiej. Byliśmy absolutnie pewni ostatecznego wyniku wojny i uważaliśmy, że naszym obowiązkiem jest dalsza walka.
Walka z Niemcami jeszcze trwała. Wiedzieliśmy, że Warszawa się broni. Uznaliśmy więc za konieczne dostać się jak najszybciej do Stolicy, jeżeli nie mamy możliwości przedostania się do Rumunii i dalej do Francji. Francja, według ogólnie panujących opinii, w najbliższym czasie rozbije w puch armię hitlerowskich Niemiec.
Dobrze się stało, że wędrowaliśmy w grupie i do tego uzbrojonej. Niemal wszyscy mieliśmy karabiny porzucone przez żołnierzy. sporo amunicji i granaty ręczne. Był nawet jeden karabin snajperski z lunetą.
W okolicznych wsiach chłopi ukraińscy - dotychczas na ogół tylko niezbyt życzliwi -
teraz wykazywali jawną wrogość. Widok zdyscyplinowanej, uzbrojonej grupy, częściowo w mundurach wojskowych, częściowo w cywilnych ubraniach, o której nie wiadomo było kogo reprezentuje, skutecznie tłumił nieprzyjazne gesty. Kilkakrotnie do nas strzelano, ale zawsze z daleka i chyba raczej po to, aby nam odeszła ochota do wejścia do wsi, niż żeby sprowokować ewentualną walkę.
Nocowaliśmy w stogach siana na polach, zawsze wystawiając solidne posterunki. Wartę pełnił z nami pies przybłęda, bardzo sympatyczny kundel i co ważniejsze - bardzo czujny. Był to chyba najlepszy ze wszystkich naszych wartowników. Z żywnością nie było kłopotów. Mieliśmy sporo konserw wojskowych, a w polskich wsiach częstowano nas mlekiem, ziemniakami i chlebem, a zdarzały się także jajka i ser. Wsi polskich było w miarę zbliżania się do Lublina coraz więcej. Miejscowi chłopi wskazywali jak omijać wsie ukraińskie i ... niemieckie, bo i takie, zamieszkałe przez kolonistów niemieckich, trafiały się w tej okolicy.
Szliśmy bardzo prędko, na szczęście byłem dobrym piechurem. Kilka razy udało się nam podjechać na chłopskich wozach; później prosiliśmy o podwody; na ogół z dobrym skutkiem.
Na trzeci lub czwarty dzień marszu powrotnego znaleźliśmy się w miejscowości Piaski. Zatrzymał nas tam patrol Lubelskiego Batalionu Ochotniczego i doprowadził do dowództwa. Uraczono nas tam wielce patriotycznym przemówieniem (na szczęście krótkim), po którym niemal wszyscy z naszej grupy zgłosili chęć przyłączenia się do tego batalionu. Otrzymałem płaszcz wojskowy - bardzo się przydał, bo noce zaczynały być już chłodne - oraz ładownicę. Amunicję karabinową dotychczas nosiłem w kieszeniach i chlebaku. Wywołało to okrzyk grozy zawodowego plutonowego, który się nami zajął.
W kilka godzin później batalion walczył już z Niemcami. Walka była krótka i zmusiliśmy dużą kolumnę zmotoryzowanej piechoty do odwrotu. Na polu zostawili kilkunastu zabitych, których nie zdołali zebrać oraz rozbite i spalone samochody, Wzięliśmy także jeńców, zdobyliśmy sporo broni i amunicji.
Jak wynikało z zeznań jeńców, Niemcy nie wiedzieli o istnieniu naszego batalionu i byli przekonani, że w okolicy nie ma już regularnych oddziałów polskich. Nasz niespodziewany atak z flanki, a następnie od czoła, był dla nich całkowitym zaskoczeniem.
Batalion był doskonale uzbrojony, głównie w zebraną porzuconą broń; w tym i ckemy, granatniki, a nawet jedno lekkie działko przeciwlotnicze. Mieliśmy także dużo amunicji. Samochody niemieckiej kolumny dostały się w huraganowy ogień. Widok niemieckiego oddziału wjeżdżającego w przypadkową (chyba) zasadzkę podziałał na nas jak narkotyk. Żołnierze zachowywali się jak na ćwiczeniach. Była to naprawdę wielka satysfakcja widzieć, jak "niezwyciężona armia" dostaje pokazowe lanie, jak ucieka w popłochu lub podnosi ręce do góry.
Dowódca batalionu zarządził pościg za nieprzyjacielem, ale Niemcy odskoczyli od nas
i zorganizowali obronę. Nie było sensu atakować w zapadających ciemnościach znacznie silniejszego przeciwnika. Tym bardziej, że nie wiedzieliśmy nic (lub niewiele) o ewentualnych posiłkach, które mogli otrzymać.
Zmieniliśmy więc kierunek marszu. Szliśmy chyba na północ. Po drodze nasza szpica natknęła się na jednostkę artylerii niemieckiej. A więc byliśmy na tyłach Niemców. Kolumna samochodów i ciągników z działami "nocowała" na szosie, oczywiście otoczona gęsto rozstawionymi posterunkami. Musieli nie czuć się zbyt pewnie, gdyż nie ryzykowali noclegu we wsi.
Udało nam się podejść dość blisko. Otworzyliśmy gwałtowny ogień, a następnie z głośnym "hurra" ruszyliśmy do ataku. Nie doszliśmy jednak do szosy. Ubezpieczenie, dobrze okopane, zaryglowało ogniem karabinów maszynowych przedpole naszego ataku tak skutecznie, że dowódca dał sygnał do odwrotu.
Atak ten kosztował nas około kilkunastu zabitych i sporo rannych. Podobno straty Niemców były też poważne. Zdążyliśmy zdrowo postrzelać większość pojazdów kolumny na szosie, a jedno z gniazd karabinów maszynowych zostało zdobyte. Niestety nie mieliśmy dostatecznego rozpoznania przed atakiem i nie wiedzieliśmy, gdzie są pozostałe gniazda.
Obeszliśmy dużym łukiem ostrzelaną kolumnę i zaszyliśmy się w gęstym lesie. Zarządzono postój. Byliśmy bardzo zmęczeni, ranni wymagali opatrzenia. Było już zupełnie wid-no. W ciągu ranka kilkakrotnie przelatywał nad naszym obozowiskiem samolot wywiadowczy "Storch". Latał tak wolno i tak nisko, że bez najmniejszej trudności można było go strącić. Byliśmy przecież znakomicie uzbrojeni, w zdobytą poprzedniego dnia broń niemiecką.
Mieliśmy jednak absolutny zakaz otwierania ognia bez rozkazu, zakaz palenia ognisk, a także wychodzenia na otwarte polany w lesie. Jak nam powiedzieli dowódcy plutonów na odprawie, chodzi o to, aby dotrzeć z pomocą walczącej wciąż Warszawie, a nie zestrzelić jeden samolot rozpoznawczy, lub ustrzelić paru Niemców z patrolu.
Po południu zwinęliśmy nasz biwak i ruszyliśmy dalej; nie mam pojęcia, w którym kierunku. Dość prędko natknęliśmy się na patrole niemieckie. Wyraźnie nas szukały. Odskoczyliśmy w głąb lasu. Po zapadnięciu zmroku usiłowaliśmy wyminąć Niemców. Niestety nie udało się. Byliśmy otoczeni. Dostaliśmy się w gęsty, nękający ogień granatników; wszystkie leśne dukty były ostrzeliwane z broni maszynowej. Mieliśmy dość poważne straty. Sytuacja stawała się beznadziejna, zwłaszcza, że do świtu było coraz bliżej.
Dowódca batalionu uznał, że dalsza walka nie ma sensu i wysłał parlamentariuszy do Niemców. Rano większość żołnierzy złożyła broń i poszła do niewoli. Dowódca - kapitan Pawłowski (lub Piotrowski) - podobno popełnił samobójstwo.
Ja nie miałem ochoty na kapitulację. Gdy do mojego plutonu dotarł rozkaz o zaprzestaniu walki, jednocześnie zezwalający pojedynczym żołnierzom na próbę indywidualnego wyjścia z okrążenia, nie zastanawiałem się ani chwili. Zapytałem, kto jeszcze próbuje wydostać się na własną rękę i ze zdumieniem zobaczyłem, że z dużej grupy żołnierzy, dotychczas zdyscyplinowanych i bardzo dobrze walczących, wyszło zaledwie kilku. Później dołączył jeszcze jeden czy dwóch. Reszta była zupełnie apatyczna i zrozpaczona.
Najstarszy stopniem z naszej grupki - starszy sierżant - zapytał: kto zna tę okolicę? Nikt. Wobec tego przechodzimy dwójkami, każda dwójka w innym kierunku i cześć; zobaczymy się na defiladzie w Berlinie.
Mnie przypadł w charakterze towarzysza żołnierz czynnej służby z Kieleckiego. Bardzo prędko okazało się, że chodziło mu nie tyle o dalszą walkę z Niemcami, co możliwie szybki powrót do domu. "Bo to rozumiesz, ziemniaki trzeba wykopać, a kobieta sama w domu z dzieciakiem..."

 

Samotny marsz

 

Byłem szczerze oburzony taką postawą i gdy mój towarzysz zgubił się (nie wiem czy nie celowo) po drodze, nie usiłowałem go nawet szukać. Poszedłem dalej sam. Nie miałem pojęcia gdzie jestem; nie miałem mapy. W kieszeni bluzy PW miałem kalendarzyk szkolny z małą mapką Polski; nie na wiele mogła mi się przydać. Dobrze, że chociaż miałem przy sobie zwykły harcerski kompas.
Las stawał się coraz rzadszy. Niemców, którzy podobno otaczali nas ze wszystkich stron, nie było widać, ani słychać. Po przejściu kilku kilometrów uznałem, że samotna wędrówka nocą, po zupełnie nieznanej okolicy, nie ma sensu. Mogę nadziać się na Niemców niespodziewanie, a oni nie będą się cackać z pojedynczym żołnierzem. Mogę też trafić na niedobitki naszych oddziałów, które w nocy mogą także różnie reagować.
Wybrałem sobie na polu niewielki stóg siana i zagrzebałem się w nim. Otuliłem się płaszczem i natychmiast zasnąłem. Gdy obudziłem się, było jeszcze ciemno, ale na pobliskiej drodze słychać było ruch wozów i ciche rozmowy ludzi. Wyjrzałem ostrożnie: trudno było dokładnie określić, co dzieje się na tej drodze. Po chwili usłyszałem głosy dziecinne. To duża grupa uciekinierów wędrowała w pobliżu. Wysunąłem głowę z siana i cicho zagwizdałem raz, po chwili jeszcze kilka razy. Wędrowcy zatrzymali się niezdecydowanie, rozmowy ucichły, zamilkły także dzieci.
Wygrzebałem się ze stogu i podszedłem do wozu, ostatniego z grupy pięciu czy sześciu. Na wozie resztki ubogiego dobytku, kilkoro dzieci, kobieta i mężczyzna. Byli wyraźnie przestraszeni. "Panie wojskowy, uciekajcie od nas. Niemcy wyłapują pojedynczych żołnierzy i małe grupki, które nie dostały się do niewoli i podobno rozstrzeliwują. Przy okazji także i cywilów. Nie chce im się sprawdzać dokumentów i doprowadzać pojedynczych jeńców do punktów koncentracji".
Uciekinierzy byli przekonani, że w pobliżu jest więcej żołnierzy, a ja zostałem wysłany na rozpoznanie. Po chwili wyjaśniło się, że jestem sam. Kobieta na wozie zaczęła chlipać pod nosem i żałować mnie, że takiego jeszcze dzieciaka Niemcy zaraz rozstrzelają. Podeszli uciekinierzy z pozostałych wozów. Żałowali mnie szczerze, ale prosili, abym jak najprędzej odłączył od nich. Otrzymałem niezbyt precyzyjne informacje o najbliższej okolicy i oddziałach niemieckich.
Kolumna wozów odjechała, a ja zostałem niezdecydowany, czy wrócić do mego stogu siana, czy też iść do wspomnianej przez uciekinierów gajówki, gdzie jakoby miał odpoczywać mały oddział naszego wojska. Zaczynało lekko szarzeć. Zdecydowałem się iść we wskazanym kierunku, szukać gajówki. Poszedłem na przełaj przez pola. Gajówka miała stać na skraju majaczącego na horyzoncie lasu. Po pół godzinie zrobiło się zupełnie jasno, a drogę zagrodził mi mały strumyk. Mały, ale jednak zbyt szeroki, aby go przeskoczyć. Jego brzegi były śliskie i grząskie, świt był bardzo chłodny. Nie miałem ochoty przechodzić go w bród. Postanowiłem poszukać węższego miejsca, możliwego do przeskoczenia. Szedłem już dłuższy czas wzdłuż wijącego się strumyka i wciąż nie natrafiałem na odpowiednie miejsce do przeskoczenia. Natomiast w jednym z zakoli w krzakach znalazłem zanurzone w wodzie bańki z mlekiem. Przezorny gospodarz chłodził w ten sposób mleko z rannego udoju i chronił je przed niepożądanymi amatorami. Nie przewidział tylko, że ja będę tędy wędrować. Wyciągnąłem jedną z baniek, napiłem się doskonałego, świeżego mleka.. Wyciągnąłem resztki chleba z kieszeni, zjadłem je, ponownie napiłem się "na zapas". Wylałem wodę z manierki i nalałem do niej mleka. Idąc dalej wzdłuż strumyka znalazłem niedaleko kładkę, która umożliwiła mi przejście na jego drugą stronę.
Po mniej więcej godzinie niezbyt spiesznego marszu przez pola zobaczyłem samotne, niewielkie gospodarstwo. Była to, jak się okazało, gajówka, której szukałem. Wprawdzie stała nie na skraju lasu, ale w dość dużej od niego odległości, a w niej zamiast oddziału wojska - tylko trzech żołnierzy i ... trzy wozy uciekinierów. Tych samych, których spotkałem w nocy. Rozdzielili się z pozostałymi z powodów, których już nie pamiętam, i okrężną drogą dotarli do gajówki.

 

Gajówka

 

Żołnierze pochodzili z różnych oddziałów i stron Polski, ale wszyscy byli "z cenzusem" (po maturze) i dogadałem się z nimi natychmiast. Byli dość dobrze zorientowani w lokalnej sytuacji i nie mieli najmniejszej ochoty dostać się do niewoli niemieckiej. Rozumowali logicznie, że w Polsce są jeszcze ośrodki oporu: Warszawa, Hel i kilka innych. Naszym obowiązkiem jest dotrzeć do któregoś z nich, a jeżeli to się nie uda, to dołączyć do oddziału partyzanckiego lub stworzyć taki oddział i dokuczając maksymalnie Niemcom doczekać ofensywy alianckiej, która musi przecież ruszyć najdalej na wiosnę, a raczej jeszcze przed mrozami.
Stary gajowy namawiał nas do zakopania broni, przebrania się "po cywilnemu" i dołączenia do uciekinierów. Nie mogliśmy się zdecydować na oddanie broni. Niekończące się dyskusje przerwał gajowy: przyniósł puszkę smaru do broni, szmaty i brezentową płachtę. Rozebraliśmy karabiny, oczyściliśmy je, napakowaliśmy do luf smar "na sztywno", wysmarowaliśmy zamki i amunicję. Zawinęliśmy wszystko w natłuszczone szmaty i płachtę brezentową. Znalazła się jeszcze stara drewniana skrzynia, w której zmieścił się cały ten ładunek oraz smoła dachowa, którą wymalowaliśmy skrzynię z zewnątrz i wewnątrz. Nie wiem, czy zrobiliśmy wszystko fachowo, ale na pewno z sercem...
Skrzynię zawieźliśmy linijką gajowego do wskazanej przez niego szkółki leśnej. Wykopaliśmy głęboki dół w jej najsuchszej (tak nam się przynajmniej zdawało) części, opuściliśmy skrzynię do wykopanego dołu, przykryliśmy ją jeszcze kawałkiem papy i starannie zasypaliśmy. Któryś z nas zaproponował, aby w tym miejscu postawić krzyż, aby mały wzgórek udawał samotną mogiłę. Doszliśmy jednak do wniosku, że lepiej będzie zatrzeć wszelkie ślady.
Zabieraliśmy się właśnie do powrotu, gdy od strony gajówki usłyszeliśmy warkot silników. Na ucieczkę lub schowanie się w lesie było już za późno. Byliśmy rozebrani do pasa (dzień był dość ciepły, a pracowaliśmy ostro), nie widać było naszych żołnierskich mundurów. Rozeszliśmy się po szkółce z łopatami i zanim Niemcy dojechali krętą i piaszczystą drogą, okopywaliśmy zawzięcie młode drzewka. Była to inicjatywa sympatycznego blondyna z Łodzi - typowego miejskiego cwaniaka. Jak się później okazało nikt z nas nie miał pojęcia, na czym to okopywanie miało polegać.
Jeden z samochodów terenowych podjechał do skraju szkółki. Uzgodniliśmy wcześniej, że w takiej sytuacji ja, jako najmłodszy, będę usiłował się dogadać. Poszedłem więc w kierunku niespodziewanych gości. Trzej Niemcy trzymali automaty w pogotowiu, a czwarty najczystszą polszczyzną zapytał mnie kim jestem i co tu robię. Zbaraniałem całkowicie i przez chwilę nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Przygotowałem sobie uprzednio kilka zdań po niemiecku. Język ten znałem dość pobieżnie: rozumiałem dużo, z mówieniem były kłopoty. Odpowiedziałem, że jestem uciekinierem spod Warszawy, że zgubiłem się z rodzicami i że pracuję tu za jedzenie u gajowego.
Moi nowi kumple dziobali łopatami ziemię nieco dalej, a koń od linijki uwiązany do palika na pobliskiej łące spokojnie skubał trawę. Nasze ubrania - wojskowe płaszcze, kurtki i koszule, leżały gdzieś między drzewkami szkółki. Niemiec coś powiedział do swych towarzyszy; schowali automaty. Jeden z nich sięgnął do wnętrza wozu i rzucił w naszą stronę puszkę konserw (polskich !). Krzyknął przy tym do mnie: masz uciekinierze, tych konserw nie musisz odpracowywać.
Samochód odjechał. Udawaliśmy pracę w szkółce jeszcze przez dłuższy czas, aż wszystkie samochody wyjechały z gajówki i zniknęły na horyzoncie. Wróciłem do gajówki linijką i przywiozłem ubrania kolegów. Ich właściciele wrócili piechotą, gdy dałem im umówiony znak, że Niemców już nie ma.
Okazało się, że mieliśmy do czynienia z jednostką Wehrmachtu, w której służyli przeważnie Bawarczycy i Austriacy, a mówiący biegle po polsku - był Czechem. Według opinii gajowego i jego żony, zachowywali się zupełnie poprawnie.
Z moimi nowymi towarzyszami dyskutowaliśmy potem gorąco, czy można w ogóle mówić o porządnych Niemcach. Nie doszliśmy do konkretnych wniosków. Przeszkodził temu solidny obiad, jaki postawiła na stole żona gajowego. Zaraz po obiedzie wyruszyliśmy w drogę do Warszawy. Marsz był bardzo męczący, było gorąco i zrobiło się duszno, zbierało się na burzę.
Napotykaliśmy coraz to nowe grupki żołnierzy bez broni, usiłujących przedostać się do swych rodzinnych stron, gromady cywilów z bambetlami i dziećmi, a także podejrzane typy, wyglądające na zwykłych bandziorów. Wszyscy raczyli nas niesamowitymi wiadomościami, "absolutnie pewnymi", choć wzajemnie sprzecznymi. Niepokojąco powtarzała się jednak informacja, że teren do Wisły mają zająć Bolszewicy. Mimo zmęczenia postanowiliśmy, ile sił w nogach, iść w jej kierunku. Ilość uciekinierów na wiejskiej, bocznej drodze stale się zwiększała. Kolumny wozów konnych i tłumy pieszych widać było także na innych drogach.
Następnego dnia bardzo wczesnym rankiem, po całonocnym marszu, dotarliśmy do jakiejś szosy. Tłum gęstniał. Po chwili nie można było już iść dalej. Okazało się, że Niemcy urządzili tu punkt kontrolny i sprawdzają papiery; zatrzymują żołnierzy i oficerów. Na wycofanie się było już za późno. Niemieccy żandarmi i żołnierze kręcili się po zagrodach, widać ich było także na polach za domami wsi.
Kontrola była dość pobieżna, ale Niemcy zatrzymywali wszystkich mundurowych. Tym razem żałowałem, że jestem w mundurze PW. Zrezygnowany przysiadłem na wozie, na którym siedziało już kilku żołnierzy i cywilów i czekałem na swoją kolejkę. Kontrolę przeprowadzała żandarmeria polowa z charakterystycznymi blachami na mundurach.
Żołnierzom kazali przejść na bok, na pole, gdzie siedziała już spora ich grupa; cywilom kazali iść dalej. Ze mną nie wiedzieli co zrobić. Nie znali widocznie munduru PW; legitymację szkolną obracali na wszystkie strony usiłując dojść, o co w niej chodzi. Dziwiło ich moje niemieckie nazwisko i to, że jedyny w tej dużej grupie ludzi mogłem się z nimi bez większych trudności porozumieć. Pytali po kilka razy, kim jestem i co tu robię. Odpowiedziałem, że jestem uczniem, uciekałem jak wszyscy. Po chwili podszedł do nas oficer, zapytał ile mam lat, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że 16-cie. Popatrzył na legitymację szkolną, gdzie była data urodzenia 1923 r. A w którym miesiącu jesteś urodzony? Nie wiem co mnie podkusiło, ale odpowiedziałem 16 grudnia, zamiast 16 stycznia. Oficer roześmiał się i powiedział: "no to nie masz jeszcze 16-tu lat; nie dodawaj sobie powagi. My z dziećmi nie wojujemy, idź do domu".
Odpowiedź ta zaskoczyła mnie zupełnie, byłem przekonany, że wezmą mnie do obozu jeńców. Oficer śmiejąc się odszedł, a ja stałem obok wozu, na którym leżał mój plecak i patrzyłem na tłum jeńców na polu, wśród których byli gdzieś moi najnowsi towarzysze.
Ocknąłem się, gdy żandarm oddawał mi moją szkolną legitymację i wypełniony druczek, z którego wynikało, że zostałem zwolniony z obozu jeńców i mam prawo udać się do miejsca stałego zamieszkania. Huknął na mnie, żebym szedł i nie tamował ruchu. Wskoczyłem na wóz po plecak. „To twój wóz?” usłyszałem. Nie namyślając się odpowiedziałem tak, ojca. Żandarm kazał mi zejść z wozu. Stwierdził, że takie piękne konie przydadzą się armii niemieckiej i wskazał na stojącą obok furkę zaprzęgniętą w dwa małe koniki. Bierz ten wóz i ciesz się, że nie będziesz szedł piechotą.
Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Odwiązałem lejce z kołka w płocie, wrzuciłem plecak na wóz, zaciąłem konie batem i jazda. Dziwne to były koniki: kasztanki, małe i dość zabiedzone. Ale nie były to kuce, ani tak dobrze mi znane małe koniki huculskie. Takie jakieś niewydarzone biedaki. Biegły jednak z pustym wozem dość żwawo.
Wóz krótko był pusty. Po kilkunastu minutach miałem już z dziesięciu pasażerów i cała górę tobołów. Tak to z łaski Niemców stałem się właścicielem wozu i pary koni. Po paru kilometrach zarządziłem postój. Wyprzęgnąłem konie i puściłem je na łąkę; sądząc z rozmiarów, dworską.
Miałem kłopot z moimi "pasażerami". Niemal każdy z nich chciał jechać w inną stronę i miał całkowicie odmienne od pozostałych zdanie, co należy teraz robić. Spełnienie sprzecznych próśb było niemożliwe i liczba pasażerów na szczęście dość szybko malała. Nie znałem tych stron zupełnie. Od okolicznych gospodarzy i napotkanych wędrowców słyszałem sprzeczne wiadomości o możliwościach przeprawy przez Wisłę. Dość uparcie powtarzały się wiadomości, że podobno Niemcy nie przepuszczają przez most w Puławach.
Dojechałem w ten sposób na trzeci (chyba) dzień do Wisły, około 10 km powyżej Dęblina. Dowiedziałem się we wsi, że niedaleko jest stary prom, którym można się przeprawić i że - jak na razie Niemcy go nie pilnują. Informacja była ścisła. Prom był, ale bardzo stary i mały. Mógł się na nim zmieścić tylko jeden wóz. Nie był to zresztą klasyczny prom przeciągany na linie, tylko przedpotopowa krypa, którą po przeprawie trzeba było holować w górę rzeki, aby w drodze powrotnej trafić na to samo miejsce, z którego wyruszyła.
Poziom wody był niski; krypa szorowała płaskim dnem po piasku; konie się denerwowały, ja zresztą też. Na szczęście nie miałem już pasażerów, jeżeli nie liczyć dwóch chłopców, którzy nie byli klasycznymi "uciekinierami".
Przeprawa była bardzo kłopotliwa i przy tym kosztowna. Zapłaciłem za nią 20 złotych srebrem, co było na przedwojenne stosunki sumą bardzo dużą. Myślę, że kilka tygodni wcześniej nie zapłaciłbym więcej niż 1 złoty. Napracowałem się przy tym solidnie, gdyż były poważne kłopoty z wprowadzeniem koni na tę krypę, a jeszcze większe z wyjazdem na bagnisty brzeg.

 

Nocleg pod Warką

 

Omijając Kozienice, kierowałem się na Warkę i Grójec. Wiedziałem, że czeka mnie jeszcze przeprawa przez Pilicę. Pamiętałem z przedwojennych wycieczek rowerowych, że mosty na Pilicy są w tych okolicach w Warce i Białobrzegach. Z tego ostatniego wolałem nie korzystać, gdyż leżał na szlaku Warszawa - Kraków i na pewno był bardzo dobrze pilnowany. Natomiast Warka leżała na uboczu i wydawało mi się, że przeprawa będzie tam łatwiejsza.
Przez Puszczę Kozienicką przejechałem bez przygód i po noclegu u bardzo gościnnych gospodarzy dojechałem na wieczór następnego dnia do wioski leżącej kilka kilometrów przed Warką. Wolałem nie ryzykować jazdy nocą - obowiązywała już godzina policyjna. Zatrzymałem się, podobnie jak poprzednio, we wsi u gospodarza, którego pytałem o drogę i sytuację w okolicy. Gospodarz był gościnny, ale strasznie ciekawski. Wypytywał mnie skąd jadę, dokąd itd. Bez trudu zorientował się, że nie jestem gospodarskim synem, ani parobkiem odprowadzającym wóz, który służył za podwodę. Zaskoczył mnie pytaniem, czy mam papiery na konie i wóz. Nigdy przed tym nie słyszałem, aby takie papiery w ogóle istniały. Stwierdził, że Niemcy przy przejściu przez most kontrolują wszystkich i wyłapują tych, co sobie przywłaszczyli cudze mienie np. wóz z końmi. Odpowiedziałem mu, że mam dokument o zwolnieniu z "niewoli". To bardzo dobrze, ale skąd konie i wóz?
Dałem się tak zbajerować, że jeszcze przed położeniem się spać sprzedałem mu wóz z końmi za 25 złotych. Warte były co najmniej z 250, ale przekonał mnie, że jest moim dobroczyńcą, bo konie nie mają dokumentów i ratuje mnie przed więzieniem, jeżeli zgoła nie przed rozstrzelaniem.
Zastanawiałem się później wielokrotnie, jak to się stało, że dałem się tak paskudnie nabrać. Wynikało to chyba nie tylko z mego wieku, ale także i z tego, że po raz pierwszy spotkałem się z takim cwaniactwem i chytrością, po niezliczonej liczbie dowodów ludzkiej życzliwości i solidarności. Po prostu nie przypuszczałem, że mogą być ludzie. którym klęska narodowa nie przeszkadza robić dobrych interesów.
Ilu takich później jeszcze spotkałem ... Warto jeszcze dodać, że był to bogaty gospodarz, miał bardzo przyzwoite gospodarstwo i ładne, murowane zabudowania.
Na drugi dzień przeszedłem na piechotę przez most w Warce. Z obu jego stron stały silne posterunki niemieckie, ale nikogo nie zatrzymywali i nie legitymowali. Wozy przejeżdżały bez przeszkód jeden za drugim w obu kierunkach. Dowiedziałem się w miasteczku, że w poprzednich dniach legitymowano żołnierzy w mundurach i jeżeli nie mieli dokumentów o zwolnieniu z niewoli, to ich zatrzymywano. Nikt nie słyszał natomiast o sprawdzaniu końskich dokumentów.
Tu dygresja. Po powrocie do Warszawy, zanim jeszcze przywrócono komunikację tramwajową, kursowały po mieście konne platformy, przewożące ludzi za opłatą. Któregoś dnia w Alejach Jerozolimskich przed nieistniejącym dziś Dworcem Głównym zobaczyłem parę koni identycznych jak "moje", ale zaprzęgnięte do platformy, a nie do wozu. Woźnica był nieznajomy. Nie był to mój "dobroczyńca" spod Warki. Właścicielem koni byłem zaledwie przez kilka dni, po tym było jeszcze wiele różnych wrażeń. Nie mógłbym przysiąc, że to moje konie, ale nadzwyczaj podobne.
Zatrzymałem się na ulicy, podszedłem do nich. Nie mogłem zawołać po imieniu, bo nie znałem ich imion. Odezwałem się więc do przypadkowego przechodnia: niech pan patrzy jakie śmieszne małe koniki. Facet popatrzył na mnie jak na wariata, ale oba koniki odwróciły głowy w moim kierunku. W tym samym momencie woźnica, mając już komplet pasażerów, strzelił z bata i wóz ruszył. Nie jestem pewien, ale chyba były to moje konie.
Wieczorem, bardzo zmęczony, dotarłem do Odrzywołka, majątku pod Grójcem, gdzie kilkakrotnie przed wojną byłem na wakacjach i gdzie mieszkał mój młodszy kolega od Reya, Wojtek Grobicki. Pani Grobicka ucieszyła się na mój widok. W domu był jednak nastrój minorowy. Dotarła właśnie wiadomość, jak się później okazało fałszywa, że starszy jej syn Jerzy, oficer kawalerii, poległ w czasie wojny.
We dworze zastałem oprócz Wojtka Grobickiego mego kolegę od Reya, Dzidka (Olgierda) Wilczewskiego. Trafił właśnie tego dnia, a może dzień wcześniej, do Odrzywołka wracając, podobnie jak i ja, z wędrówki wojennej. Byliśmy w Odrzywołku 2 dni. Pani Grobicka chciała nas zatrzymać dłużej i choć trochę odkarmić, bo obaj byliśmy zmęczeni i mocno wychudzeni. Niepokój o nasze rodziny, o których nie mieliśmy żadnych wiadomości, nie pozwolił na dłuższe korzystanie z gościny. Ponadto na folwarku kwaterował jakiś oddział niemiecki. To przymusowe sąsiedztwo nie było przyjemne, choć zachowywali się w miarę poprawnie.
Wróciliśmy do Warszawy w pierwszych dniach października. Z Grójca jechaliśmy kolejką wąskotorową (ciuchcią), której kursowanie właśnie przywrócono po zakończeniu działań wojennych. Tłok był przeraźliwy. Wagoniki były przepełnione powracającymi uciekinierami, a także zapobiegliwymi handlarzami, jadącymi do Warszawy z żywnością, której tam bardzo wciąż brakowało.

 

Warszawa

 

O ile pamiętam kolejka nie dochodziła jeszcze do swego "dworca" przy ulicy Puławskiej, mniej więcej na wysokości Parku Dreszera. Zatrzymała się co najmniej kilometr wcześniej. Dalej trzeba było iść na piechotę. Ładny kawałek drogi do mnie na Miodową i do Dzidka na Dobrą przy Nowym Zjeździe. Marsz ten był wyczerpujący nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Straszne wrażenie robiły zbombardowane i popalone domy. Całe fragmenty ulic i zabudowy przestały istnieć. Miejscami trudno było rozpoznać, gdzie się znajdujemy. Do tego wszędzie okropny trupi zapach.
Największe wrażenie zrobił na mnie Plac Teatralny. Spalony Teatr Wielki i Narodowy, postrzelane i popalone wszystkie domy dokoła. Liczne groby na skwerach i trawnikach. Trudno wprost uwierzyć, że było tu centrum miasta, że panował tu ożywiony ruch. Z placu Teatralnego szliśmy ulicą Senatorską. Przeszliśmy koło mojej "nadwornej" lodziarni włoskiej Nie zostało z niej nic. Nie mogłem nawet dokładnie określić miejsca, gdzie kiedyś sprzedawano te świetne lody. Dom był spalony i częściowo zburzony. Na skrzyżowaniu z Miodową wszystkie cztery narożniki były spalone, a całe fragmenty domów przestały istnieć. Spojrzałem w stronę Krakowskiego Przedmieścia - nie ostał się ani jeden dom. W kierunku Długiej - to samo.
Pamiętam słowa Dzidka: "jeżeli twój dom też tak wygląda, to idziemy do mnie na Dobrą, ale tam też chyba niewielka szansa: to zaledwie 100, może 150 metrów od Mostu Kierbedzia". Byłem już zdecydowany iść dalej z Dzidkiem, ale spojrzałem jeszcze raz w stronę mego domu i nie chciałem wierzyć własnym oczom. Przez rumowiska widać było wyraźnie wystający szyld apteki magistra Dobrzańskiego. Jeżeli jest szyld, to musi stać dom. Pobiegliśmy razem najszybciej jak tylko można przez rumowisko ulicy.
Miodowa 9 był to pierwszy od Krakowskiego Przedmieścia niezniszczony dom po tej stronie ulicy. Bomby zapalające kilkakrotnie powodowały pożar, ale zawsze udawało się go w porę zgasić. Po drugiej stronie jak okiem sięgnąć w kierunku Długiej - wszystkie domy spalone, bądź zburzone. Biegłem po trzy schody na drugie piętro. Dzwonek nie działał, nie było jeszcze prądu. Energicznie zastukałem, otworzyła mi drzwi Mama. Wszyscy żyją, mieszkanie nietknięte. Zaledwie kilka szyb poleciało z okien - wręcz nieprawdopodobne, ale jednak prawdziwe. Nie opiszę powitania, bo nie potrafię i nie bardzo pamiętam.
Dzidek został oczywiście równie serdecznie powitany. Rodzice mieli już wiadomość, że jego dom na Dobrej też ocalał i że jego rodzice i siostra są cali i zdrowi w Warszawie.
 

MB

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. Re:
 

 

Powrót