Eksponat Numer - 1 (dział) - 19 (Numer Eksponatu)

 

Wywiadowca z przypadku - wspomnienie z okupacji.


   

----- Original Message -----
From: MB
To: narodowa@narodowa.pl 
Sent: Monday, May 10, 2004 6:18 PM

 

W końcu maja i w czerwcu 1941 roku przez Warszawę przechodziły coraz częściej i coraz większe transporty wojskowe na wschód. Nie ulegało wątpliwości, że Niemcy szykują się do wojny z ZSRR. Przeszliśmy w szkole podchorążych błyskawiczne przeszkolenie wywiadowcze i otrzymaliśmy zadanie obserwacji transportów, rozpoznawania w miarę możliwości jednostek, oceniania liczby przechodzących żołnierzy i sprzętu. Było to zadanie zarazem łatwe i bardzo trudne. Łatwe, gdyż na ulicach zawsze podczas takich przejazdów i przemarszów stało sporo gapiów i jeszcze jeden więcej nie zwracał uwagi. Nie sposób było jednak stać na ulicy przez dłuższy czas i zapamiętać wszystkie niezbędne dane, a notować nie było wolno. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak w centrali "sklejano" cząstkowe meldunki. Podobno mieli jednak bardzo dokładne rozeznanie o ruchach wojsk.
Warto tu jako ciekawostkę podać jakie stosowaliśmy „metody zapisywania bez pisania”: należało mieć w kieszeni np. garść pestek z dyni, w drugiej pudełko zapałek, zgniecione, aby łatwiej z niego wyjmować zapałki, w torbie na zakupy lub w teczce kilkanaście najtańszych cukierków w papierkach. itd. itp. W czasie obserwacji np.: 10 samochodów ciężarowych
z piechotą, to zjedzona pestka i łupina wrzucona do torebki, (żeby nie śmiecić na ulicy), działo polowe – jedna zapałka wyjęta z pudełka i luzem pozostawiona w kieszeni, dzieło większego kalibru – rozwinięty cukierek, a papierek w torebce jak wyżej (nawiasem mówiąc te wojenne cukierki były tak paskudne, że mogły służyć wielokrotnie !). Oczywiście różnych kombinacji było wiele i zależały jedynie od pomysłowości „obserwatora”. Przemarsz czy przejazd większych jednostek z reguły oceniało kilku obserwa-torów: każdy zwykle tylko trzy do pięciu różnych tematów (rodzaj jednostki, marki samochodów, oznaczenia –symbole– na samochodach, rodzaj uzbrojenia, liczby żołnierzy, pojazdów, dział itd. itd.), każdy temat minimum dwóch obserwatorów. Prócz tego byli jeszcze specjaliści wyszukujący nowe, dotychczas nie notowane, rodzaje umundurowania, sprzętu i uzbrojenia,
Było to w połowie czerwca 1941 roku. Kończył się rok szkolny w naszej szkole technicznej. Z większości przedmiotów miałem już oceny końcowe. Z poważniejszych spraw zostało mi jeszcze wykończenie projektu z "Części maszyn" oraz egzamin z tego przedmiotu. Trudny ze względu na bardzo obszerny materiał i duże wymagania wykładowcy.
Miałem coś do załatwienia na mieście i spieszyłem się, żeby jak najprędzej wrócić do domu. Szedłem ulicą Senatorską do Placu Teatralnego. Plac był zamknięty dla ruchu i przejeżdżała przez niego niemiecka jednostka zmotoryzowana. Przejście było niemożliwe. Miałem już zawrócić do domu, ale przemogła ciekawość. Wszystkie samochody: terenowe, ciężarowe i osobowe, a także ciągniki artyleryjskie były produkcji francuskiej. Pierwszy raz spotkałem się z takim wyposażeniem jednostki niemieckiej.
Stanąłem w tłumie gapiów i choć nie byłem tego dnia "na służbie" zacząłem z przyzwyczajenia liczyć przejeżdżające pojazdy, działa itd. Przede mną stał facet, na którego nie zwróciłbym pewnie uwagi, bo niczym specjalnym się nie wyróżniał z tłumu, ale był wyższy ode mnie i kręcił się bardzo, zasłaniając mi co chwilę widok. W pewnym momencie wyjął papierośnicę i zapalił papierosa. Zauważyłem, że miał papierośnicę z zapalniczką - ostatni "krzyk mody" okupacyjnej.
Zacząłem mu się przyglądać, bo widziałem z bliska taką papierośnicę po raz pierwszy. Za chwilę zapalił tego samego papierosa ponownie. Nie zauważyłem jednak, żeby mu zgasł. Wkrótce wyrzucił i zadeptał ledwo zaczętego papierosa. Zdziwiło mnie to, bo w tych czasach nie robiło się takich rzeczy; raczej wypalało się papierosa w cygarniczce do samego końca.
Na placu nasilał się warkot silników, podjeżdżały duże ciągniki z ciężkimi działami jakich dotąd nie widziałem. Mój facet znów wyciągnął papierośnicę i zapalił papierosa; po chwili wyrzucił go i zapalił następnego i jeszcze jednego. Wyczuł widocznie, że mu się przyglądam, gdyż nagle odwrócił się i gwałtownie wycofał się z szeregu gapiów. Zniknął mi z pola widzenia.
Doszedłem do wniosku, że dalsze gapienie się to strata czasu, bo ta trasa przemarszu na pewno była „obstawiona” przez dyżurnych obserwatorów. Postanowiłem wykorzystać, że jestem w tej okolicy i wpaść na Krakowskie Przedmieście do apteki pana Wendy (Wendego?), gdzie mieliśmy skrzynkę kontaktową. Może mają tam coś dla mnie. Ku memu zdumieniu "mój" facet stał na rogu Trębackiej i Krakowskiego Przedmieścia i zapalał papierosa; wyrzucił go i zapalił następnego. Tym razem widziałem go z pewnej odległości i na tle jadącej kolumny niemieckiej. Teraz wszystko było jasne: facet fotografował. Musiał mieć w papierośnicy aparat fotograficzny.
Podzieliłem się moimi spostrzeżeniami z oficerem, który prowadził z nami zajęcia na tematy wywiadowcze. Przyjął moje opowiadanie z niedowierzaniem, choć pochwalił za zwracanie uwagi na szczegóły. Po kilku miesiącach dostałem oficjalną pochwałę od przełożonych.
Po wielu latach po wojnie dowiedziałem się, że alianci podczas ostatniej wojny stosowali wywiadowcze aparaty fotograficzne zamontowane m.in. w papierośnicach. Wycofano je jednak jako zbyt łatwe do wykrycia. Czyżbym przyczynił się do tego ?
Tu potrzebne jest wyjaśnienie dla tych, co nie pamiętają przedwojennej Warszawy. W tym czasie w Warszawie były tylko trzy przejścia drogowe przez Wisłę: przez mosty: Poniatowskiego, Kierbedzia i Gdański przy Cytadeli. Wykorzystywane były wszystkie trzy. Transporty idące z zachodu, szosą poznańską, szły dalej ulicami Wolską i Lesznem, a następnie przez Plac Bankowy, ulicę Senatorską do Placu Teatralnego, ulicę Focha (obecnie Moliera), Trębacką, Krakowskie Przedmie-ście, Nowy Zjazd i Most Kierbedzia.
Trasa ta była bardzo zawiła, ale jedyna możliwa dla ciężkiego sprzętu. Bliżej i prościej było z Placu Teatralnego ulicą Senatorską, Miodową, Krakowskim Przedmieściem do Nowego Zjazdu. Wylot Senatorskiej na Plac Teatralny był jednak bardzo wąski, a skręt w prawo w Miodową – ciasny i trudny dla dużych pojazdów. Dlatego też przejazd transportów wojskowych odbywał się po opisanej wyżej dość zawiłej trasie.
 

M.B.

Nieproszony gość


----- Original Message -----
From: MB
To: narodowa@narodowa.pl 
Sent: Tuesday, June 01, 2004 7:00 PM
Subject: Nieproszony gość

 

Było to na wiosnę 1943 roku. Jechałem rano tramwajem na zajęcia do PWST (Politechnika Warszawska podczas okupacji) . W godzinach rannych, gdy ludzie jechali do pracy, na ogół nie było łapanek; nie było to jednak regułą bez wyjątku. Z przyzwyczajenia, na wszelki wypadek, starałem się jeździć wagonami tramwajowymi starego typu o otwartych platformach z przodu i z tyłu, z których w razie potrzeby można było wyskoczyć na obie strony, a i obserwacja ulicy była znacznie lepsza niż z wnętrza wozu.
Tego dnia stałem też na platformie wagonu. Na ulicach było raczej spokojnie, nic nie zapowiadało specjalnych "atrakcji". Tramwaj skręcił z Ulicy Marszałkowskiej w Nowowiejską i zatrzymał się nagle po przejechaniu może 50 metrów. Ulica była zamknięta przez kordon Niemców od strony Placu Politechniki. Za chwilę duży oddział zamknął ją także od strony placu Zbawiciela. Z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że był to Wehrmacht, a nie policja. Legitymowali wszystkich przechodniów; wyraźnie kogoś szukali. Wyskoczyłem na lewą
stronę i wszedłem do najbliższej bramy. Tu należy przypomnieć, że ulica Waryńskiego została przebita po wojnie i w owym czasie nie było możliwości wyjścia z obustronnie zablokowanej ulicy Nowowiejskiej.
Szpaler Niemców powoli, ale systematycznie zbliżał się do "mojej" bramy. Miałem papiery w porządku, legitymacja PWST na ogół chroniła przed zwykłymi łapankami (przed
"specjalnymi" praktycznie nie chroniło nic, prócz szczęścia). Byłem "czysty", gdyż zasadą, sumiennie przestrzeganą, było nie przynoszenie na uczelnię żadnych materiałów obciążających (prasy podziemnej, broni itp.). Wolałem jednak nie sprawdzać czego lub kogo szukają. Wszedłem więc na klatkę schodową w poprzecznej oficynie i wyglądałem na podwórze przez okno na półpiętrze. Po dobrej chwili zobaczyłem Niemców w bramie. Pobiegłem więc na najwyższe, czwarte piętro.
Słychać było głosy niemieckie na podwórzu. Kontrolujących musiało być wielu.
Zachowywali się dość spokojnie. Po chwili usłyszałem ich na "mojej" klatce schodowej. Dobijali się do mieszkań na parterze. Nie było na co czekać. Jak uzasadnić moją obecność w tym domu? Zadzwoniłem do najbliższych drzwi. Nie było na nich tabliczki z nazwiskiem.
Przez dobrą chwilę nikt nie otwierał. Słychać było już głosy na pierwszym piętrze. Nacisnąłem nerwowo przycisk dzwonka jeszcze kilka razy. Drzwi otworzyła mi kobieta w wieku około 30 lat. Miała szlafrok narzucony na nocną koszulę. Wydawała się bardzo zaskoczona, tak jakby spodziewała się zupełnie kogoś innego. “Łapanka na ulicy, Niemcy przeszukują dom” wyrecytowałem przestraszony, ale i speszony. Przyjrzała mi się przez chwilę uważnie i zapytała: “czy jest pan zupełnie czysty (w żargonie okupacyjnym: “czy nie masz „nic zakazanego” ?) Na pewno? To proszę wchodzić”.
Mieszkanie było skromnie umeblowane, ot takie typowe na najwyższym piętrze
w oficynie. Moja gospodyni podeszła do okna, popatrzyła na podwórze i jeszcze raz zlustrowała mnie wzrokiem. "Nie masz nic "trefnego"? Nie mam, naprawdę; jechałem na Politechnikę na zajęcia. "No to rozbieraj się, ale prędko i właź do łóżka".
W pierwszej chwili zdębiałem, ale głosy dochodzące z podwórza przywołały mnie do porządku. Polecenie (życzenie?) wykonałem. Mogłem teraz przyjrzeć się nieznajomej. Stała przy oknie i zza firanki obserwowała spokojnie podwórze. Była zgrabna, średniego wzrostu, ciemna blondynka, włosy ułożone w koronę. Bardzo wiele dziewcząt i kobiet tak czesało się podczas okupacji.
Po dłuższej chwili usłyszałem dobijanie się do drzwi wejściowych. Wyszła do
przedpokoju, zapytała po niemiecku kto tam, usłyszałem otwarcie drzwi i rozmowę
w przedpokoju. Mówiła nieźle po niemiecku, ale z kiepskim akcentem. Słyszałem jak spokojnie wyjaśniała, że "ma u siebie gościa; tak od wczoraj, zasiedział się, no a po tym godzina policyjna; panowie rozumieją nie mógł już wyjść".
Otworzyła drzwi od pokoju i weszła razem z podoficerem Wehrnachtu. Nie poznałem jej - włosy rozpuszczone w nieładzie, szlafrok rozpięty, koszula także, no i zachowanie
grzeczne, ale nie pozostające żadnych wątpliwości, że to przedstawicielka najstarszego zawodu świata. Niemiec wziął ode mnie kenkartę i legitymację PWST, powiedział jakiś dowcip a propos, z którego sam się uśmiał, zwrócił mi dokumenty, klepnął ją protekcyjnie po siedzeniu i wyszedł zawracając w drzwiach dwóch żołnierzy, którzy właśnie wchodzili.
Trzasnęły drzwi wejściowe, chwila ciszy i do pokoju zajrzała gospodyni. Była zapięta na ostatni guzik, opanowana, tylko rozpuszczone włosy były jedynym śladem tego co się tu przed chwilą działo. "Już po wszystkim, nie wygłupiaj się, ubieraj się, za chwilę wrócę." Przez niedomknięte drzwi usiłowałem z nią rozmawiać, ale zupełnie bez efektu. Wreszcie ubrany wyszedłem do przedpokoju.
"Poczekaj, jeszcze nie wychodź, szwendają się po podwórzu. Choć do kuchni, napijemy się herbaty." Pamiętam, że kuchnia robiła wrażenie długo nieużywanej, czy może nie
zagospodarowanej. Dziwne mieszkanie, dziwna gospodyni, to i dziwna kuchnia.
Dziewczyna przyjrzała mi się uważnie, bez słowa, gdy piłem ersatz herbatę. Dziwnie speszony, spoglądałem na nią ukradkiem. Podobała mi się, była naprawdę interesująca z tymi rozpuszczonymi włosami. Zagadnąłem ją raz i drugi. Nie podtrzymywała rozmowy, o nic nie pytała. Po dłuższej chwili - cały czas wyglądała przez okno - powiedziała "możesz wyjść, Niemców już nie ma; ludzie wchodzą i wychodzą przez bramę; bądź ostrożny."
Podziękowałem jej za gościnę i herbatę. Przerwała mi w pół słowa, podała rękę na
pożegnanie i niemal wypchnęła za drzwi. Ale to wcale nie jest koniec tej historii, choć jej dalszy ciąg bardzo odbiega od klasycznego schematu.
Następnego dnia po zajęciach na Politechnice (PWST) kupiłem kilka kwiatków i stanąłem znów przed znanymi mi drzwiami na IV piętrze. Poprawiłem włosy, zadzwoniłem i ... nic, jeszcze raz zadzwoniłem i też nic. Zszedłem więc do dozorcy zasięgnąć języka. Był to podręcznikowy wzorzec warszawskiego dozorcy: wysoki, z czarnymi, sumiastymi wąsami, dość tęgi, w średnim wieku, w spodniach sztuczkowych wpuszczonych w długie buty, brzozowa miotła w ręku. Zapytałem go kiedy można zastać tę panią z czwartego piętra
w poprzecznej oficynie i podałem mu zapamiętany numer mieszkania. Dozorca zdziwił się: "Tam przecież od dawna nikt nie mieszka" i tu nastąpiło długie opowiadanie o wojennych losach lokatorów tego lokalu.
Jak to możliwe, byłem tam przecież wczoraj; zacząłem opisywać dziewczynę. "Musiał pan coś pomylić - usłyszałem - albo nie na tej klatce, albo w innym domu, a może,
przepraszam, był pan po małym kieliszku" w tym miejscu skrzywił się, mrugnął znacząco okiem i zaczął zamiatać podwórze. Poszedłem jeszcze raz na czwarte piętro, aby sprawdzić numer mieszkania. Może się pomyliłem, ale nie wszystko się zgadzało, tylko nic z tego nie mogłem zrozumieć.
Próbowałem jeszcze kilkakrotnie w różnych odstępach czasu dzwonić do tych drzwi; zawsze bezskutecznie. Wiosną 1944 roku przechodząc Nowowiejską przypomniałem sobie opisane zdarzenie. Wszedłem na podwórze domu i zobaczyłem otwarte okno w tym właśnie mieszkaniu. Wbiegłem na czwarte piętro, zadzwoniłem. Otworzyła mi nieznajoma kobieta z dzieckiem na ręku i drugim trzymającym się jej spódnicy, za nią stał jak wynikło z rozmowy - mąż. Dowiedziałem się, że mieszkają tu od niedawna; uciekli do Warszawy z kresów. Raz już byli "pod ruskimi" i nie chcą próbować po raz drugi. O poprzednich lokatorach nic nie wiedzieli.
W kilkadziesiąt lat po wojnie dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, że w tym właśnie domu przez pewien czas funkcję dozorcy pełnił major z Komendy Głównej AK i był tam punkt kontaktowy wyższego dowództwa.
Mieszkanie, do którego trafiłem podczas okupacji najprawdopodobniej było właśnie tym punktem kontaktowym. Naciskając nerwowo przycisk dzwonka musiałem przypadkowo trafić na umówiony sygnał, a tajemnicza nieznajoma miała tam tego dnia dyżur. Myślę, że moja niespodziewana wizyta sprawiła niemały kłopot. Przypuszczalnie mieszkanie uznano za zdekonspirowane i punkt trzeba było przenieść w inne miejsce.
I takie jest zakończenie tej historii.
 

M.B.

Trociniak


----- Original Message -----
From: MB
To: Tadeusz Wysocki
Sent: Wednesday, October 31, 2007 6:54 PM
Subject: Trociniak

 

Ojciec mój co roku przed wakacjami kupował węgiel do ogrzewania naszego mieszkania (Miodowa 9 m. 5) – jego cena wówczas była najniższa. W roku 1939 – nie wiem z jakiego powodu – węgla na następny rok „opałowy” przed wakacjami nie sprowadził. Zostaliśmy przed pierwszą wojenną zimą z resztkami węgla, które mogły z trudem wystarczyć tylko do piekarnika w opalanej gazem kuchni. W mieszkaniu było jeszcze 5 pieców kaflowych i jeden w łazience, wszystkie opalanych węglem, którego cena wzrosła bardzo znacznie; były też poważne kłopoty z transportem.
Jeden z pacjentów, którego Ojciec przepraszał za niską temperaturę w gabinecie, opowiadał mu o stosowanych na Wileńszczyźnie, z której udało mu się uciec do Generalnego Gubernatorstwa, piecach opalanych trocinami, używanych tam do ogrzewania obór, chlewów i stajni, a także niektórych domów wiejskich. Naszkicował na kawałku papieru konstrukcję takiego trociniarka.
Ojciec podziękował mu za radę, ale uważał ją za nierealną: instalować blaszany piec w dość eleganckim mieszkaniu ze stylowymi meblami i niezłymi obrazami; do tego gdzie w Warszawie znaleźć w odpowiedniej ilości trociny potrzebne do blaszanego pieca..
Wziąłem od Ojca szkic trociniaka i wspólnie z kolegą z kompletów szkolnych narysowaliśmy, bardzo zresztą prostą, konstrukcję pieca. Kolega miał wuja, który pracował w dużym zakładzie stolarskim na przedmieściu Warszawy i dowiedział się od niego, że trociny można tam dostać za darmo, należy tylko opłacić transport.
Pacjentem mego Ojca był także właściciel małego, ale prowadzonego od kilku pokoleń, zakładu blacharskiego na Starówce, Ojciec pokazał mu nasz rysunek „konstrukcyjny” i zapytał co o czymś takim sądzi. Majster przyjrzał się rysunkowi, zapisał jakieś wymiary i po tygodniu czy 10 dniach, przyszedł do Ojca z wiadomością, że trociniak jest gotów, sprawdzony, grzeje doskonale i ma już kilku klientów, którzy zamówili u niego takie właśnie urządzenia.
Sprawdził czy w naszym piecu kaflowym, do którego trociniak miał być podłączony jest dobry „cug”. Prototyp ofiarował Ojcu i zainstalował go w naszym mieszkaniu za darmo, za dobry pomysł. Na trociniaki miał już klientów w kolejce.
W narożniku stołowego pokoju, od strony sypialni rodziców, stal wielki piec z ciemno wiśniowych ozdobnych kafli, z kaflową półką nad kominkiem otwartym na pokój. Z pieca wyjęto drzwiczki, przed otwartym paleniskiem położono kawał blachy chroniącej podłogę, a na niej stanął trociniak: na trzech krótkich nóżkach walec z dość grubej blachy o średnicy nieco ponad ˝ metra i wysokości około 90 – 100 centymetrów (dokładnych wymiarów nie pamiętam). Na dole trociniaka (od strony pokoju) był prostokątny otwór dla wlotu powietrza
i wprowadzania czegoś w rodzaju szufelki dla drobnych szczap drewna, potrzebnych do rozpalenia pieca. Po zapaleniu trocin wsuwanie i wysuwanie „szufelki” pozwalało regulować dopływ powietrza i intensywność spalania trocin. Po drugiej stronie trociniaka był otwór do odprowadzania spalin. Przyspawana do niego, rura odprowadzająca spaliny, została wprowadzona do otworu dla drzwiczek w piecu kaflowym i starannie oblepiona gliną.
Wewnątrz trociniaka przyspawany był – ponad otworem dla „szufelki”, ale poniżej otworu dla spalin – na całym obwodzie blaszany pierścień o szerokości około 8 cm. Na pierścieniu tym stał blaszany walec (nazywany przez majstra „koszem na trociny”) o średnicy mniejszej od wewnętrznej średnicy trociniaka o około 5 – 6 cm i niższy od niego, również o kilka cm. Kosz od dołu miał przyspawane okrągłe dno z otworem w środku o średnicy ok. 8 cm. W górnej części kosza przyspawane były dwa uchwyty ułatwiające wkładanie i wyjmowanie kosza z trociniaka, który zamykała od góry płaska blaszana pokrywa. Uchwyty te zapewniały jednocześnie współśrodkowe ustawienie wewnętrznego walca („kosza”) w trociniaku
„Kosz” na trociny, po włożeniu długiego drewnianego kołka w otwór w jego dnie napychało się trocinami, silnie ubijając je w miarę nasypywania.
„Nabity” trocinami, po wyjęciu drewnianego kołka, ustawiany był w trociniaku zamykanym pokrywą,. Do szufelki wkładało się trochę drobnych drewnianych szczap, zapalało je i wsuwało szufelkę do wnętrza trociniaka, pamiętając o pozostawieniu szczeliny dla dopływu powietrza. Trociny po kilku minutach zapalały się w otworze po wyjętym drewnianym kołku i spalały stopniowo od środka do brzegów kosza. Wsuwając i wysuwając pustą już „szufelkę” do i z wnętrza pieca, regulowało się intensywność spalania. Zawartość dobrze „nabitego” kosza spalała się (zależnie od regulacji) od ok. 8 nawet do 16 godzin.
Niemal jednocześnie z trociniakiem zjawiła się dwukonna platforma z dużym ładunkiem trocin, które bez większych problemów znalazły się w naszej piwnicy.
Uroczyste pierwsze rozpalenie pieca, przebiegło bez najmniejszych problemów; ubite w koszu trociny zapaliły się w otworze (po wyjęciu kołka potrzebnego przy ich ubijaniu) dosłownie po 2 – 3 minutach; blacha trociniaka i jego pokrywa nagrzały się natychmiast; piec nie dymił, reagował bardzo szybko na wszelkie zmiany intensywności spalania, a do tego na jego płaskiej pokrywie można było postawić duży imbryk pełen stale gorącej (a nawet wrzącej) wody. Po kilku dniach systematycznego ogrzewania, kafle wielkiego, kaflowego pieca - służącego wyłącznie do odprowadzania spalin - były przez całą dobę letnie. Odkryła to i doceniła natychmiast nasza kotka, robiąc sobie legowisko w nieużywanym... kominku.
Trociniak, nawet podczas dużych mrozów, skutecznie ogrzewał bardzo duży pokój stołowy i przez otwarte obok niego drzwi, także sypialnię rodziców.
Codzienne usuwanie popiołu oraz nabijanie „kosza” trocinami w piwnicy, wnoszenie go na 2-e piętro było dość uciążliwe i wymagało udziału dwóch osób. Nie tyle ze względu na jego ciężar, co na dużą średnicę i konieczność trzymania za dwa uchwyty. Etatowymi nosicielami byli: autor tego tekstu i nasza gosposia lub moja starsza siostra. Trociniak służył nam wiernie, przez 5 ciężkich, wojennych zim.
Do naszej piwnicy przed wojną co roku przez ponad 20 lat sprowadzany był węgiel kamienny do opalania pieców. Przez ten czas na podłodze piwnicy nagromadziło się sporo miału węglowego. Próbowaliśmy dodawać go do ładowanych do „kosza” trocin. Dodatek miału węglowego – nawet w bardzo umiarkowanej ilości powodował, niebezpieczne dla otoczenia, nadmierne nagrzewanie kotła.

Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę

Please click on the photo to enlarge

 

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. Re:
 

 

Powrót