Eksponat Numer - 1 (dział) - 20 (Numer Eksponatu)

 

----- Original Message -----
From: MB
To: narodowa@narodowa.pl 
Sent: Tuesday, June 29, 2004 9:45 PM
Subject: Powstanie Warszawskie 1944 - fragment wspomnień

 


Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę

Please click on the photo to enlarge

Powstanie

"Wspomnienie w 60-tą rocznicę Powstania Warszawskiego"

(Fragment wspomnień)

Dwa alarmy                                           

Na pierwszą zbiórkę alarmową w dniu 28 lipca 1944 roku (piątek) stawiła się cała nasza sekcja, prócz Andrzeja Krupińskiego. Chyba były jakieś kłopoty z jego zawiadomieniem. Nie pamiętam jednak szczegółów. Nie pamiętam też kto mnie zawiadomił, ani pożegnania z Ro­dzi­ca­mi.

Miejscem zbiórki była mała czynszowa kamienica, chyba dwupiętrowa, przy ulicy Podleśnej, na dolnym Marymoncie, w pobliżu ogrodzonego lasku CIWF (obecnie AWF). Spo­t­ka­ło się nas tam kilkudziesięciu stłoczonych w niewielkich piwnicach. Część przygotowywała butelki zapa­lające przeznaczone do walki z czołgami. Przelewali ostrożnie benzynę z beczki do dzban­ków, a z nich do butelek "monopolek". Butelki te następnie były dokładnie korko­wane, la­ko­wane i oklejane pa­pierem nasyconym substancją, która w ze­t­­knięciu z benzyną powo­do­wała - jak się później okazywało nie zawsze - samoczynne jej zapalenie.

Cała ta robota była dość niebezpieczna w związku z dużą liczbą ludzi, stłoczonych, na­piętych i zdenerwowanych, kręcących się zupełnie niepotrzebnie. Do tego po północy roz­począł się nalot radziecki i jak zwykle bomby sypały się gęsto i zupełnie przypadkowo. Tru­d­no było nawet domyślić się w co celowali. Dwie z nich wybuchły nieprzyjemnie blisko.

Na strychu budynku siedzieli obserwatorzy, którzy mieli nas uprzedzić przed wizytą niepożądanych gości. Na szczęście nie zauważyli żadnych ruchów oddziałów niemieckich. Rano otrzymaliśmy rozkaz rozejścia się do domów i pozostawania w pogotowiu alarmowym. Dla wielu z nas rozkaz ten stworzył naprawdę trudną sytuację. W miejscu zamieszkania byli już "spaleni" i nie bardzo mieli gdzie wracać. Niektórzy wydobyli przechowywaną, specjalnie na tę okazję "prywatną" broń i mieli kłopoty z jej ponownym ukryciem, a obawiali się - i słu­sz­nie - oddać służbie uzbrojenia. Wobec wielkich niedoborów broni, szansa jej odzyskania przy następnym alarmie była nikła.

Wróciłem do domu z Hanką Rychłowską, moją narzeczoną. Rodzice przywitali nas jakbyśmy wracali z długiej i ciężkiej kampanii. Bałem się siedzieć w domu, gdyż - jak mówiła nasza gosposia Marynia - "cała kamienica wiedziała, że syn pana doktora poszedł do leś­nych". Na szczęście Niemcy nie mieli głowy do zajmowania się drobiazgami w ro­dzaju wyła­pywania pojedynczych, zdekonspirowanych żołnierzy, a konfidenci niemieccy i nadgorliwi "gra­­na­towi" policjanci znikli z horyzontu i zapewne szykowali sobie alibi na "po wojnie" lub po pros­tu wiali razem z Niemcami.

W niedzielę 30 lipca wczesnym popołudniem, przy pięknej, słonecznej pogodzie, poszedłem z Hanką "przejść się po mieście". Nie był to zapewne najmądrzejszy pomysł. Nie byłem jednak w stanie wysiedzieć w domu.

 Dziwne, ale pamiętam dokładnie trasę naszego spaceru. Wyszliśmy z domu przy ulicy Miodowej i szliśmy Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem. Skrzyżowanie Alei Jero­zolimskich i Nowego Światu obstawione było wojskiem. Wolałem nie sprawdzać co się tam dzieje. Skręciliśmy w Chmielną i przez Bracką doszliśmy do Placu Trzech Krzyży. Mimo pięk­nej pogody ulice były prawie zupełnie wyludnione. Na placu wylot Alei Ujazdowskich zastawiony był kozłami z drutu kolczastego i workami z pias­kiem. Za nimi widać było samo­chód pancerny, a dalej "budy" żandarmerii. Nie było najmniejszego sensu pchać się dalej. Skręciliśmy więc w Żura­wią i przez Kruczą, Szpitalną, Plac Napoleona, Świętokrzyską, Nowy Świat i Krakowskie Przed­­mieście, wróciliśmy nie niepokojeni przez nikogo do domu.

Podobno w poprzednich dniach Niemcy ewakuowali się pospiesznie z hotelu "Bristol" wyrzucając z okien swoje rzeczy wprost na stojące na chodniku ciężarówki. Trzydziestego lipca nic podobnego się nie działo. Hotel był obstawiony kozłami z drutem kolczastym, okna na parterze były częściowo zasłonięte workami z piaskiem. Przed hotelem stały wzmocnione posterunki, ale nie było śladów paniki, czy pospiesznej ewakuacji.

W domu byliśmy koło godziny piątej, może wpół do szóstej. Do kolacji siedzieliśmy w stołowym pokoju i rozmawialiśmy z Mamą, która spokojnie robiła porządki w szaf­kach kredensu. Nie przypominam sobie gdzie był Ojciec. Być może przyjmował pacjenta. Czasami zdarzało się to także i w niedzielę. Raczej, chyba zszedł na dół do apteki, na pogawędkę z jej właścicielem, magistrem Dobrzańskim.

 Zaproponowałem, aby Hanka została u nas na noc. Przecież spodziewamy się alarmu w każ­dej chwili. Może być także wcześnie rano i będą kłopoty z powiadomieniem. Uprze­dzano nas, aby starać się nie zawiadamiać telefonicznie. Telefony mogą zostać wyłączone bez uprze­­dzenia, a po­nadto na pewno są na podsłuchu i nagły gwałtowny wzrost liczby roz­mów musi wzbudzić podejrzenia u Niemców.

Mama zgodziła się tym razem bez trudności, choć nie lubiła, gdy Hanka nocowała u nas. Nie miała nic przeciw niej, ale uważała, że to nie wypada, aby panna nocowała w do­mu narzeczonego. Chciałem zatelefonować do pani Rychłowskiej, aby ją zawiadomić, że Hanka nie wróci na noc do domu. Mama wyjęła jednak mi słuchawkę z ręki, mówiąc, że jej bardziej wypada przepro­wadzić taką rozmowę.

Kolacja była, jak zwykle, około siódmej. Ojciec przyniósł najświeższe i "murowane" wia­do­mości z frontu, Nastrój był dobry, rozmowa toczyła się, jak zwykle, o codziennych wyda­rzeniach i kłopotach oraz oczywiście o sytuacji na froncie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest to moja ostatnia kolacja z Hanką, Mamą i Siostrą  i w domu rodzinnym.

Rozmowa przy stole toczyła się jeszcze długo po kolacji. Później Hanka poszła do mego pokoju, który jej odstępowałem zawsze, gdy nocowała u nas.

Nie pamiętam następnego dnia oraz poranku i przedpołudnia kolejnego. Chyba nic specjalnego się nie działo. Wydaje mi się, ale być może było to kilka dni wcześniej, że właśnie wtedy namówiłem Mamę, że warto na wszelki wypadek dokupić nie psującej się żywności. Mama była przeciwniczką "chomikowania" i robienia wielkich zapasów. Tym razem się zgodziła, ale chyba głów­nie dlatego, abym się czymś zajął. Wiem, że kupowałem razem z Hanką na Podwalu i ulicy Pie­karskiej jakieś kasze, olej, cebulę, a także świece i baterie do latarki.

Siedzieliśmy z Mamą i Hanką przy obiedzie. Ojciec był w swym gabinecie. Jakiś niespo­dziewany pacjent oderwał go od stołu. Przy drugim daniu wpadł do nas, dosłownie jak bom­ba, Jurek Miller, dowódca naszej sekcji. Spieszył się potwornie, bo miał jeszcze wiele spraw do załatwienia. Kazał nam jak najprędzej stawić się na umówiony punkt zborny.

 Nie dokończyłem obiadu; szybko przebrałem się w przygotowane na tą okazję ubranie: solidne cywilne spodnie, bluzę przysposobienia wojskowego z kompletem dystynkcji i ofi­cer­skim pasem głównym (tę samą, którą miałem we wrześniu 1939 roku!). Na epoletach bluzy miałem numer 21, przedwojennego pułku piechoty, któremu podlegał nasz hufiec Przyspo­sobienia Wojskowego.

Solidne nowe wojskowe niemieckie buty kupiłem już kilka miesięcy wcześniej na Ker­celaku. Moje dotychczasowe wojenne doświadczenia w pełni potwierdzały znaną mi opinię, że najważ­niejszą częścią munduru żołnierza są buty. Wszystkie inne części ubioru dają się czymś zastą­pić lub względnie łatwo "zorganizować". Z butami jest najtrudniej. A niewy­godne, nierozcho­dzo­ne buty to - jak mawiał nasz sierżant z PW - gorzej niż zacinający się karabin. Wy­ją­łem tylko z nich gwoździe, słusznie rozumując, że nie powinny robić niepotrzebnego hałasu.

Na bluzę PW nałożyłem szary, zniszczony, letni płaszcz. Na ramieniu przygotowana za­wcza­­su torba ze zmianą bielizny, swetrem, ręcznikiem, przyborami do golenia, podręczna mini-apteczka (przygotowana przez Ojca), do tego jeszcze menażka, manierka i t.zw. przybornik (nóż, widelec i łyżka we wspólnym uchwycie) - wszystko z wypo­sażenia PW oraz płaska latarka elektryczna i kozik ogrodniczy, znakomity nóż przydający się "do wszyst­kiego".

Mama zapukała do gabinetu i wywołała Ojca. Pamiętam jak wybiegł z gabinetu w roz­wia­nym fartuchu. Był zły, bo nikt nie śmiał mu przeszkadzać w przyjmowaniu pacjentów. Pożegnał się ze mną nieco oschle - nie lubił okazywać swoich uczuć. Serdecznie natomiast pożegnał się z Hanką, w stosunku do której utrzymywał dotychczas wyraźną rezerwę, choć zawsze był wo­bec niej bardzo uprzejmy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że Powstanie nie będzie zabawą, choć w najczar­niej­szych przypuszczeniach nie podejrzewałem jego rzeczy­wistego przebiegu. Ojciec był ciężko chory na serce. Liczyłem się z tym, że nie ma dużych szans na przeżycie emocji Powstania.

Mama - trzymała twardą ręką rządy w domu - cechowała ją duża odporność psychicz­na, którą nie raz podziwiałem podczas różnych dramatycznych zdarzeń okupacyjnych. Tym razem załamała się i rozpłakała. Podeszła do swej toaletki i wyjęła z niej medalik i "święty" obrazek i dała mi je. Obrazek, zniszczony przez długotrwałe noszenie w portfelu, lecz staran­nie opra­wio­ny, stoi dziś w moim domu na honorowym miejscu. Wyjęła jeszcze jeden ze swych pierścion­ków z pięknym dużym brylantem i koniecznie chciała, abym go wziął. Odmó­wiłem; pamiętam dokładnie swoje słowa: “ja sobie zawsze dam jakoś radę, a wam może się jeszcze bardzo przy­dać. Nie wiadomo co was czeka”.

Mama płakała, namawiała mnie, abym wziął lepszy letni płaszcz, ten stary taki znisz­czony. „Mamo, przecież on jest bardzo jasny, będę w nim zbyt dobrze widoczny, lepszy ten stary”. Mama wciąż płakała. Nigdy przed tym nie widziałem jej w takim stanie. Chyba prze­czuwała, że już nigdy się nie zobaczymy.

 Mama zginęła wraz z przybyłymi do naszego domu po kilku dniach Powstania, moją siostrą Danutą, jej małym synkiem Jackiem oraz matką Hanki - Marią Rychłowską - 26-ego sierpnia, gdy dom nasz został zbombardowany. Ojciec opatrywał w tym czasie rannego w piwnicy w drugiej oficynie i dzięki temu ocalał. Nasza gosposia była w sąsied­nim domu w piwnicy, gdzie była studnia artezyjska; poszła tam po wodę i też ocalała.

Pożegnanie przeciągało się. Bałem się, że i ja się za chwilę rozkleję. Chcąc tego unik­nąć zrobiłem się nagle nieco szorstki i cyniczny. Do dziś nie mogę sobie tego darować. Trze­ba było wziąć jasny płaszcz i choćby zostawić go na pierwszej kwaterze. Dziś wiem, że pier­ścionek też nie był już nikomu niestety potrzebny. Wtedy uważałem, że nie mam prawa zabierać go Mamie. Ale pewno byłoby jej lżej, gdyby wiedziała, że mam od niej coś war­tościowego, co może mnie też uratować w jakiejś krytycznej sytuacji. Inna rzecz, że gdybym go nosił na palcu to i tak straciłbym go w niewoli, jak straciłem zegarek, zerwany mi z ręki przez kulturträgera w mundurze SS.

Z Hanką Mama pożegnała się serdecznie, ale jakby nieobecna. Taką ją widziałem po raz ostatni.

Ulica Podleśna

Wsiedliśmy z Hanką (Hanka Rychłowska poległa 02.08.1944 - Boernerów) w tramwaj na przystanku na rogu Miodowej i Kapitulnej. Bez przeszkód dojechaliśmy na Marymont, a następnie doszliśmy na ulicę Podleśną. Punkt zbiórki był ten sam co parę dni wcześniej. Przeczyło to elementarnym zasadom konspiracji, ale wido­cz­nie nie było to już istotne. Sekcja nasza zebrała się w komplecie wczesnym popo­łudniem. Nie bardzo rozumiałem dlaczego zbierano nas w takim pośpiechu. Na punkcie zbornym nic się nie działo. Koledzy z innych drużyn przychodzili jeszcze do późnego wie­czora, część już po godzinie policyjnej.

 Noc przeszła spokojnie. Organizacja była sprawniejsza niż poprzednio. Wydano nam gorącą herbatę, chleb i zupę. Nie wiem, czy była to inicjatywa mieszkańców tego domu, czy też działały już nasze służby kwatermistrzowskie. Czuło się, że wybuch Powstania, to kwe­stia najbliższych godzin.

 Nasza sekcja została zakwaterowana nie w piwnicy, a w pomieszczeniu, chyba na pier­wszym piętrze, przypominającym werandę. Było nam dość zimno. Pamiętam, że wyciąg­nąłem sweter ze swej torby. Hanka też się przebrała. Siedzieliśmy na ławce okryci moim płaszczem. Rano rozdano nam biało-czerwone opaski z nadrukowanym orłem, literami WP (Woj­sko Polskie) i numerami plutonu (nasz miał numer 237) oraz legitymacje Armii Krajowej. Poznawaliśmy kolegów, dowódców, spotykaliśmy znajomych, o których wie­dzie­liśmy, że należą do konspiracji (a raczej, że nie jest możliwe, aby nie należeli), ale nie wiedzieliśmy, że są w tej samej kompanii, czy nawet plutonie.

Około godziny pierwszej po południu dowódca naszego plutonu por "Dunin" wezwał mnie, Waldka Misiorowskiego ("Papawer") i jeszcze kogoś z naszej sekcji, chyba Zbyszka Przestępskiego ("Gozdawa"). Gdyby to był Jurek Miller "z urzędu" objął by dowództwo, a po­nadto jego energia i wybitna indywidualność musiały by spowodować, że udział jego utrwalił by się w mej pamięci.

Dunin wyznaczył mnie na dowódcę tej poważnej jednostki bojowej i wydał nam pole­cenie dotarcia na Plac Wilsona do sklepu ze sprzętem ogrodniczym i wyrobami żelaznymi (obe­cnie mieszczą się w tym miejscu delikatesy) i zgłoszenia się tam z karteczką o "nijakiej" treści, którą mi właśnie dał, do pana o pseudonimie, którego dziś już nie pamiętam. Mieliśmy tam otrzymać broń, którą należało dostarczyć na ulicę Podleśną na naszą kwaterę. Mieliśmy jechać jeszcze "po cywilnemu" i surowo nam przykazano, aby nie dać się wmieszać w żadną przypadkową akcję.

Wsiedliśmy do tramwaju we trójkę. Był to wóz starego typu o otwartych platformach, prawie zupełnie pusty. Jechało zaledwie kilku pasażerów. Stanęliśmy na przedniej, pustej, platformie przeznaczonej "Nur fuer Deutsche". Na drugim, czy trzecim przystanku wsiadł na naszą platformę mocno zalany żołnierz w mundurze lotniczym z odznakami artylerii prze­ciwlotniczej. Miał trochę kłopotów z utrzymaniem się w pozycji pionowej, a w kaburze sztur­mowe parabellum z długą lufą; nasze  marzenie z czasów okupacji!

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że rozbrojenie pijanego szkopa nie sprawiło by nam żadnych trudności. Ale otrzymany rozkaz był dla nas święty i choć z żalem, trzeba było zrezygnować z łatwego i bardzo potrzebnego łupu. Szkop musiał coś wyczuć, a może nie wytrzymał naszych łakomych spojrzeń, bo wszyscy trzej pożeraliśmy wzrokiem jego pistolet, gdyż na najbliższym przystanku wysiadł i oglądał się niepewnie za siebie.

Do sklepu na Placu Wilsona dojechaliśmy bez przeszkód. Sklep był dosłownie zawalony różnego rodzaju łopatami, grabiami. kilofami, łańcuchami i tp. Pana, którego pseudonimu nie pamiętam, nie musieliśmy szukać. Podszedł do nas sam. Nie miał wątpliwości kto i po co przyszedł. Był to postawny mężczyzna o twarzy południowca i czarnych, lekko szpakowatych włosach. Później zobaczyłem go w Kam­pinosie jako majora "Serba" (po przejściu na Żolibórz zmienił pseudo na "Żubr").

Otrzymaliśmy od niego dwa karabiny polskie w idealnym stanie, jeszcze tłuste od re­sz­tek smaru, rozebrane, aby ułatwić ich transport oraz cztery pistolety: jedną FN-kę kalibru 7,65, dwie mocno zniszczone szóstki i "przed­potopową" dziewiątkę. Do tego wszystkiego trochę amunicji: kilka magazynków z nabojami do kb oraz garść różnej amunicji pistoletowej. Jak się później okazało ta ostatnia była częściowo niesprawna.

FN-ką "zaopiekowałem się" sam. Wybrałem kilkanaście sztuk amunicji kalibru 7,65, za­ładowałem 7 sztuk do magazynka, a resztę wsadziłem do kieszeni. Karabiny nieśliśmy roze­brane, zawinięte w szary papier. Pozostałe trzy pistolety wsadzili do kieszeni koledzy.

 Po wyjściu ze sklepu, zanim jeszcze doszliśmy do przystanku tramwajowego usły­sze­liśmy pier­wsze, dość dalekie strzały. Jak wiadomo, na Żoliborzu pierwsze walki wybuchły przed­wcze­ś­nie. Żandarmeria natknęła się przypadkowo na oddziały harcerskie przenoszące broń.

 W tej sytuacji zrezygnowaliśmy z jazdy tramwajem. Nie było go zresztą widać na hory­zoncie. Skręciliśmy z ulicy w ogródki działkowe. Założyliśmy opaski powstańcze, zmonto­wa­liśmy i załadowaliśmy karabiny i ruszyliśmy na piechotę w stronę ulicy Podleśnej.

 Dostaliśmy się w daleki i na szczęście niecelny ogień karabinowy. Klucząc przez zupeł­nie nieznany nam teren, jakieś ogródki działkowe, podwórza biednych marymonckich dom­ków, posuwaliśmy się "na nos" w kierunku ulicy Podleśnej, dostając się raz po raz w ogień karabinowy. Traciliśmy powoli nadzieję na to, że uda nam się dołączyć do naszych kolegów.

 Sytuacja stawała się coraz gorsza. Odgłosy strzałów dochodziły ze wszystkich stron, ale ni­gdzie nie widzieliśmy oddziałów powstańczych. Słyszeliśmy serie broni maszynowej, wybuchy granatów. Dostawaliśmy się zupełnie niespodziewanie pod ogień. Nie mogliśmy się zorientować, skąd do nas strzelają. Utykaliśmy do tego, w zupełnie nieznajomym terenie, na jakiś płotach, murkach, podwórzach bez wyjścia, Wreszcie, gdy już zupełnie nie wie­dzie­liśmy, gdzie się znajdujemy, zobaczyliśmy za rogiem ulicy "nasz" dom na Podleśnej. Właśnie wychodzili z nie­go gęsiego nasi koledzy.

Dowódca kompanii, porucznik "Starża" na wszelki wypadek obrugał nas za spóźnienie, tak jakbyśmy zrobili sobie spacer dla przyjemności. Przynieśliśmy jednak broń, której w od­dziale by­ło nieprawdopodobnie mało. Nasza była dosłownie na wagę złota. Przekazaliśmy ją "Star­ży". Ja zupełnie "zapomniałem" o swojej siódemce, choć niemiłosiernie gniotła mnie za­t­knięta z tyłu za pasek od spodni. Na szczęście nikt nie pytał o żadne dokumenty dotyczące broni, nie żądał żadnych meldunków.

Oddział przeskakiwał małymi grupkami ulicę pod ostrzałem z CIWF-u i biegiem prze­suwał się w kierunku Górnego Marymontu. Gdybyśmy przyszli dosłownie 5 ... 10 minut później nie byłoby żadnego śladu po naszym oddziale i chyba nikt nie potrafiłby nam udzielić informacji gdzie go szukać. Może szkoda, że nie spóźniliśmy się, może pozostaliby wtedy przy życiu wszyscy moi najbliżsi: Hanka, koledzy i przyjaciele ...

Przed Powstaniem zostaliśmy dość dokładnie zapoznani z naszym pierwszym zada­niem bojowym. Mieliśmy opanować teren i budynki CIWF-u  (obecny AWF), w których kwate­rowali Niemcy i  zamienili w rejon umocniony. Jedyną, teoretyczną szansą zdobycia tego rejonu było działanie przez zaskoczenie. O zaskoczeniu nie było już mowy. Strzelanina na Żoliborzu i Marymoncie trwała od co najmniej dwóch godzin. Do tego uzbrojenie naszej kompanii było praktycznie żadne: kilka karabinów, dwa, czy trzy pistolety maszynowe i może ze dwadzieścia pistoletów. Jedynie granatów było sporo. Przeważnie t.zw. "sido­lówki", pro­dukcji konspiracyjnej. Niezawodne i skuteczne, jako granaty zaczepne, ale mało sku­teczne w obronie. Ata­kowanie bez zaskoczenia rejonu umocnionego, obejmującego duży, częścio­wo zalesiony teren, naszymi siłami mógł zamierzyć jedynie jakiś nieodpowiedzialny fantasta.

Nasza kompania nie wykonywała swego zadania i dzięki temu nie ponieśliśmy niepo­trzebnych strat. Pozostałe natomiast atakowały CIWF od strony głównego wejścia i war­towni. Skutek był do przewidzenia: duże straty i brak powodzenia.

Ataki z różnych stron miały zdezorientować Niemców i zmusić ich do podzielenia swych sił. Dawały też większe prawdopodobieństwo, że któryś z nich się powiedzie. Założenie było teoretycznie słuszne, tylko nie przy takim stosunku sił, uzbrojenia i braku zaskoczenia.

Wędrowaliśmy po górnym Marymoncie i Żoliborzu zupełnie nieznanymi, dla mnie, ulicz­kami, przeskakiwaliśmy jakieś płoty. Trwało to do wieczora. Nikt z nas nie wiedział dokąd i po co idziemy. Jedno tylko nie ulegało wątpliwości: naszego podstawowego zadania nie próbowaliśmy nawet realizować.

Przed wieczorem mieliśmy pierwszego rannego. "Władek" (Władysław Brzozowski) z na­­­szej sekcji, wystawił zza murku za jakim się schował, gdy dostaliśmy się w nie­spo­dzie­wany, ostrzał z broni maszynowej, dosłownie koniec łokcia i pocisk strzaskał mu staw łok­ciowy. Był to czysty przypadek, gdyż chyba nawet strzelec wyborowy nie był w stanie trafić do tak małego celu, tym bardziej jeszcze, że strzelano do nas z dość dużej odległości.

Byłem obok Władka, gdy został ranny i w pierwszej chwili nie zrozumiałem, co się stało. Wy­dawało mi się, że uderzył się łokciem o mur i za bardzo się rozczula nad bolesnym, ale niegroźnym zdarzeniem. Prawda była jednak zupełnie inna. Rana była nie groźna dla życia, ale bardzo "złośliwa", zwłaszcza w warunkach wojennych. Pomimo starannej opieki w szpi­talu powstańczym (w pierwszych dniach było to jeszcze możliwe) Władkowi pozostała sztyw­na ręka łokciu na zawsze. Być może zranienie uratowało mu życie, gdyż nie brał dzięki niemu udziału w masakrze pod Boernerowem.

 

Boernerów

Wymarsz

Wieczorem ulokowano naszą kompanię w piwnicach domu, którego położenia nie jes­tem w stanie określić nawet w przybliżeniu. Byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni, głodni i kom­pletnie zaskoczeni rozwojem sytuacji. Nie próbowaliśmy nawet wykonywać zadania, do którego przy­go­towywaliśmy się; byliśmy tragicznie źle uzbrojeni, a przebieg naszej wędrówki i miny bezpoś­rednich przełożonych wyraźnie wskazywały, że nasi dowódcy nie bardzo wie­dzą, co robić. Na­stroje były podłe, ale przeważała raczej złość na nieudolność organizacyjną, niż zwątpienie w powodzenie Powstania.

Ktoś przyniósł wiadomość, że mamy iść do Kampinosu po zrzuty broni. Za chwilę wiado­mość tę zdementowano. Po pewnym czasie znów zaczęto na ten temat mówić po kątach naszej piwnicy. Na dworze tymczasem zaczął padać rzęsisty deszcz. Lało jak z cebra. Jeżeli naprawdę mamy przebijać się do Kampinosu, to teraz jest idealna okazja: deszcz dobrze tłu­mi kroki, wi­dzialność w nocy i w silnym deszczu jest praktycznie żadna i o cel­nym ogniu nie może być mo­wy. Nic się jednak nie działo. Wzrastało tylko nasze zmęczenie i zde­nerwowa­nie sytuacją.

Dobrze po północy, gdy większość z nas usnęła ulokowawszy się jakoś po kątach piwnicy, zarządzono alarm i wyruszyliśmy marszem ubezpieczonym, jak nam powiedziano, do Kampinosu po broń. Deszcz jeszcze trochę mżył, ale po kilkunastu minutach przestał całkowicie padać. Ktoś złośliwy stwier­dził, że nasze dowództwo w trosce o żołnierzy czekało na poprawę pogody.

Jak się później dowiedziałem wyszedł wtedy z Warszawy do Kampinosu cały batalion kapitana "Serba" (późniejszego majora "Żubra"). Każda z trzech kompanii batalionu szła inną drogą. Nasza, II kompania por. "Starży" obejmowała plutony 212, 237 i 239. Drużyna "Boya" z 237 plutonu pozostała na wysuniętej placówce na Bielanach. Boy (Jan Ogulewicz) nie otrzymał rozkazu o dołączeniu do plutonu i nie zawiadomiono go o wymarszu kompanii do Puszczy.

Nie udało mi się ustalić, czy było to skandaliczne niedopatrzenie, czy też nie dotarła łącz­­niczka, której powierzono to zadanie. Jestem jednak przekonany (na podstawie później­szych zdarzeń), że było to zaniedbanie. Łączniczki, znające dobrze teren, jeszcze w wie­le dni później chodziły bez większych trudności pomiędzy Żoliborzem i Bielanami. Nie słysza­łem też, aby wysłana przez dowódcę kompanii łączniczka przepadła lub wróciła nie mogąc się prze­dostać. Tego ro­dzaju wiadomości rozchodziły się błyskawicznie. Znaliśmy i ceniliśmy na­sze dziewczyny  wie­dzieliśmy o losach każdej z nich. Tym bardziej nie mogła nam umknąć informacja dotycząca łączniczki dowódcy kompanii.

Nie było z nami drużyny Boya, ale za to przyłączyła się trudna do określenia liczba ludzi, którzy nie dotarli do swoich jednostek, a także co najmniej kilku cywili. Nie wiem, ilu nas szło. Na ten temat są bardzo rozbieżne opinie. Obowiązywała w AK przedwojenna organizacja. Kom­pania miała trzy plutony, pluton - trzy drużyny, drużyna 18 - 19 ludzi, podzielonych na trzy sek­cje. Sekcja była to okupacyjna najmniejsza jednostka organizacyjna, stworzona ze względów konspiracyjnych. Sekcyjny znał (teoretycznie) tylko pięciu swych podwładnych i dowódcę drużyny.

 W praktyce, zwłaszcza w ostatnim okresie przed Powstaniem, gdy nie by­ło już czasu na reorganizację, często sekcje były liczniejsze. Tak np. w mojej, mającej do wio­sny 1944 roku przepisowy stan 1 + 5, doszedł "Władek" - kuzyn Staszka Witoszyńskiego, który uciekł z rodzicami z Kresów Wschodnich przed bolszewikami oraz Hanka, która dołączyła krót­ko przed Powstaniem. Na takie rozszerzenie składu sekcji otrzymaliśmy zgodę prze­ło­żo­nych, z tym, że Hanka miała zostać przeniesiona do grupy łączniczek lub sanitariuszek. Oczy­wiście istniały sekcje, które z różnych powodów nie były kompletne, a na pewno i takie, do których nie dotarli wszyscy ich żołnierze. Szła także z nami grupa cywilów (być może kan­dydatów na żoł­nierzy, którzy mieli być wcieleni w Puszczy), którzy uzyskali zgodę dowód­cy kompanii. Według mnie szło nas około 180 ludzi.

Szliśmy marszem ubezpieczonym. Szpicę prowadził ppor. "Zych" (Zdzisław Grunwald), na­stępnie szedł por. Starża (Jerzy Terczyński) z plutonami 239 i 212. Zamykał kolumnę marszową ppor Dunin (Jerzy Mieczyński) z plu­tonem 237. Z tego też plutonu wydzielono straż tylną.

Wyruszyliśmy gdzieś z terenu Marymontu, przeskoczyliśmy ulicę Słowackiego mniej wię­­cej w tym miejscu, gdzie dziś znajdują się estakady trasy Armii Krajowej. Po zachod­niej stronie ulicy znajdował się niemiecki park saperski. Przechodziliśmy w odległości około 200 do 250 metrów od niego. Niemcy musieli go opuścić, lub woleli nie ryzykować walki, gdyż nie odezwał się z ich strony ani jeden strzał.

Następnie szliśmy pomiędzy domami Zdobyczy Robotniczej (obecna ulica Żerom­skiego). Natknęliśmy się tam na dwa samochody ciężarowe wyładowane kartonami nie­mieckich papie­rosów. Jeden z nich był nieco postrzelany, drugi robił wrażenie sprawnego. Próbowaliśmy go uruchomić, ale nasi dowódcy przywołali nas do porządku, że nie mamy czasu na zabawy i nie wolno nam robić hałasu. Napchaliśmy więc kieszenie i chlebaki papie­rosami. Pier­wsza zdobycz, choć przypadkowa i nie wiedzieliśmy, komu ją zawdzięczamy. Prawdopodobnie samochody zostały ostrzelane,  ich obsługa zbiegła. Jednocześnie ci co je ostrze­lali, nie mogli się do nich dostać z powodu ognia ze stanowisk niemieckich. Po nocy obie strony wolały widocznie siedzieć cicho, albo się wycofały.

Następnie przechodziliśmy przez t.zw. Szwedzkie Góry, czyli resztki potężnych umoc­nień ziemnych z czasów wojen szwedzkich. Obecnie nie pozostał po nich nawet ślad. Znajdowały się na terenie późniejszego lotniska Bemowo, mniej więcej na wysokości Pias­ków lub Chomiczówki.

Byliśmy teraz w świetnych nastrojach. Wcześniejsze przygnębienie minęło. wreszcie widać było zorganizowaną akcję (o braku drużyny Boya nic w naszej sekcji nie wiedzieliśmy); szliśmy ubezpieczonym marszem po broń do Kampinosu. Wśród maszerujących rozpoczęły się rozmo­wy, niekiedy zbyt głośne; ktoś się zaśmiał, ktoś potknął i głośno zaklął, komuś zabrzęczała ma­nierka.

Nie mogło to ujść uwadze dowódców. Do naszej sekcji, do której dołączyło w marszu także kilku kolegów z innych pododdziałów, podszedł dowódca plutonu ppor. Dunin i zdro­wo objechał nas półgłosem. Żeby rozdzielić to "towarzystwo dyskusyjne" zatrzymał mnie i trzech bliżej mi nieznanych kolegów z plutonu. Kazał nam zaczekać na straż tylną i zlu­zować ją.

Straż tylna nadeszła niemal natychmiast po przejściu oddziału. Nie utrzymywali zale­conej im odległości. Dunin zrugał ich za to solidnie. Kazał przekazać nam posiadane przez nich dwa ka­rabiny, zabrał ich ze sobą i biegiem gonili kolumnę. Nam kazał iść za ostatnimi jej żołnierzami w odległości nie mniejszej niż 250 metrów. Ruszyliśmy do przodu, gdy ostatni koledzy z kolum­ny przeskakiwali brukowaną "kocimi łbami" (dziś nie istniejącą) drogę łączącą Bo­ernerowo z Wawrzy­szewem.

Za tą drogą widać było duże pole, częściowo zastawione świeżo zżętym zbożem. Po lewej stronie rozpoznałem lasek Boernerowski. Daleko po prawej wydawało mi się, że rozpoz­naję zarysy starego fortu rosyjskiego, jednego z tych co otaczały ze wszystkich stron Warsza­wę. Znałem ten teren dość dobrze. Przechodziłem tędy nie jeden raz podczas tere­nowych za­jęć wojskowych, prowadzonych w małych grupkach. U­da­­­­wa­liśmy wyprawę na ma­jówkę. Przyjeżdżaliśmy do Boernerowa tramwajem ze swymi dziewczy­nami i typowym wypo­sażeniem majówkowym i czu­łymi parkami wędrowaliśmy do lasu. Tam chłopcy zbierali się osobno i zaczynali swoje zajęcia, a dziewczyny odbywały swo­je szkolenie i zarazem stano­wiły nasze ubezpieczenie. Nieraz odbywało się to pod samym nosem Niemców.

Tym razem zaniepokoiłem się: przecież Jurek Miller uprzedzał mnie jeszcze przed kilku dniami, że w Boernerowie stoi niemiecka jednostka pancerna. Musieli się jednak wynieść, prze­cież nasz wywiad działa doskonale i dowództwo musi wiedzieć, co w tra­wie piszczy. Nie pchali­by się przed samym nosem Niemców. Zresztą czoło kolumny musiało już przejść, a więc moje obawy są bez podstaw.

Masakra II kompanii

 Gdy dochodziliśmy do drogi, którą przed kilkoma minutami przeskoczyli ostatni żoł­nierze kolumny zauważyliśmy, że dotychczasowy ich marsz zamienił się w bieg. Zaczynało właśnie szarzeć. Widać było jakiś ruch na skraju lasku z lewej strony. Za chwilę odezwał się z niego jeden karabin maszynowy, za nim drugi i trzeci. Gdzieś od przodu, z prawej strony, odezwało się po chwili działko małego kalibru (ppanc ?, granatnik ?). Oddział został wzięty w dwa ognie. Większość chłopców była jeszcze nie ostrzelana, nie mieli żadnego, lub nie­wiel­kie doświadczenie bojowe. Zalegli i powoli czołgali się do przodu. Nas Niemcy jeszcze nie dostrzegli. Przeskoczyliśmy drogę i wpad­liśmy pomiędzy kopki zboża. Chcieliśmy dołą­czyć do oddziału. Pomiędzy kopkami prze­sunęliśmy się szybko o 100, może 150 metrów. Dalej było czyste pole.

 Niemcy położyli gęstą zaporę ogniową od lewej strony (z lasku), gęstniał także ogień gdzieś od przodu z prawej strony. Ogień z broni maszynowej był dokładnie widoczny. Niemcy stosowali w taśmach amunicyjnych co 4-ty lub 5-ty nabój smugowy lub świetlny. Z każdą chwilą robiło się coraz widniej. Po paru minutach - przynajmniej tak mi się wydawało - było już zupełnie jasno. Sytuacja stawała się beznadziejna. Niemcy mieli tak doskonałe warunki obserwacji i byli tak wstrzelani, że każdy, najmniejszy ruch na polu powodował lawinę celnego ognia.

Niemcy zajęci ostrzałem oddziału zauważyli naszą straż tylną dopiero po dobrej chwili. Poz­woliło to nam na wyjście poza linie ostatnich kopek zboża na kilkadziesiąt metrów. Czołgając się natknąłem się na rannego ppor. “Dunina”, dowódcę naszego plutonu. Przed chwi­l­­ą został ranny w brzuch. Był jeszcze zupełnie przytomny. Podał mi swoje nazwisko (zapom­niałem je oczywiś­cie i "odkryłem" ponownie dopiero po wojnie) i prosił o za­wia­do­mienie rodziny. Po chwili mówił już z wyraźnym trudem. Pamiętam, że zadałem mu
najgłup­sze pytanie jakie można było zadać w takiej sytuacji: „czy bardzo pana boli”. Skrzywił się i z wielkim wysiłkiem powiedział: “Starża wy­szedł za późno, uprzedzałem. Nie przejdziecie, spróbujcie się cofnąć, może się wam uda". Je­sz­cze coś usiłował powiedzieć i nagle zamilkł. Nie zrozumiałem już jego ostatnich wyszepta­nych z najwyższym wysiłkiem słów.

Rozejrzałem się: dokoła przede mną widać było leżących, nieruchomych powstańców, chyba nie żyli. Nieco dalej zobaczyłem żółtą, zamszową wiatrówkę; taką miał Zbyszek Przestępski.

Gdy po wojnie przyjechałem na teren tej masakry z ojcem Andrzeja Krupińkiego i mat­ką Zbyszka Przestępskiego, okazało się, że się nie myliłem. Na terenie pola, które opisuję, było wiele pojedynczych grobów oraz jeden zbiorowy. Tych co zginęli pochowali okoliczni chłopi w tym miejscu, gdzie padli. W grobie zbiorowym byli ranni wzięci żywcem i dobici lub rozstrzelani. Udało mi się dość dokładnie ustalić miejsce, do którego doczołgałem się 2-go sierpnia 1944 roku o świ­cie. Wskazałem na jeden z naj­bliższych grobów i powiedziałem: mniej więcej w tym miejscu wydawało mi się, że widzę wiatrówkę Zbyszka. Zaczęto kopać - była zamszowa wiatrówka przeszyta czterema pociskami.

Ojciec Andrzeja szukając jego ciała odkopał jeszcze kilka innych grobów - nie
znaleź­liśmy nikogo z naszej sekcji. Do przeszukania wszystkich trzeba było dużo więcej czasu i lu­dzi. Pan Krupiński stwierdził, że zorganizuje ekipę, z którą to przeprowadzi. Teraz musi wracać do pracy na Śląsk. Wróciłem razem z nim. W tym czasie pracowałem na Śląsku Opol­s­kim. O kolejnej swej wyprawie na pole Boernerowskie nie zawiadomił mnie. O tym, że przeszukał wszystkie groby i nie znalazł Andrzeja dowiedziałem się dużo później od pani Przestępskiej. Nie mogę mu darować, że nie dowiem się już, gdzie zginęła i w któ­rym grobie jest pochowana Hanka.

Niemcy musieli zobaczyć, że podniosłem głowę, gdyż tuż obok mnie przeleciały dwie krótkie serie z karabin maszynowego. Przywarłem do ziemi. Częściowo zasłaniało mnie od stro­ny lasu ciało ppor. Dunina. Spojrzałem do tyłu - nie widziałem żadnego z moich kolegów ze straży tylnej. Nie mam pojęcia co się z nimi stało. Czołgaliśmy się w nie­wielkiej odległości od siebie. Chyba żaden mnie nie wyprzedził. Nie widać też żadnego rannego czy poległego. Czyżby zdążyli się wycofać, gdy ja rozmawiałem z ppor Duninem. Trwało to tak krótko, że nie mogli być daleko. Zawołałem półgłosem, następnie głośniej. Nie było żadnego odzewu. Nie­m­cy nie mogli słyszeć byli dużo za daleko. Bałem się jednak ruszyć, bo byli bardzo dobrze wstrzelani i na pewno jeszcze obserwowali pole. Strzelanina niemal ucichła. Od czasu do czasu słychać było pojedyncze strzały karabinowe, raz, czy dwa odezwała się krótka seria karabinu maszynowego.

Od strony Boernerowa usłyszałem warkot zapalanego silnika czołgowego. Znałem ten głos dobrze. Podczas szkolenia mieliśmy praktykę w zakładzie ślusarskim położonym blisko niemieckich wojskowych samochodowych warsztatów naprawczych. Nie było w nich wpraw­dzie czołgów, ale były ciężkie ciągniki artyleryjskie, które miały identyczne silniki. Miałem mo­­ż­­ność obserwowania ruchu na podwórzu warsztatów, a także zapamiętałem charakterys­tyczny głos uru­chamianego i nagrzewanego silnika. Nie mogłem się mylić, to na pewno urucha­mia­no czołg.

Po pewnym czasie wyjechał i zakosami jechał po polu. Dowódca siedział w ot­wartej wieżyczce z pistoletem maszynowym w ręku i od czasu do czasu posyłał krótką serię. Na pewno dobijał rannych. W pewnym momencie, gdzieś niedaleko mnie - wydawało mi się, że z jednej z kopek zboża - padł pojedynczy strzał karabinowy. Czołg na chwilę zatrzymał się, z trzaskiem zamknęła się klapa na wieży i pojechał dalej.

Nie wiem kto strzelał i czy trafił w Niemca siedzącego w wieży. W chwili strzału
patrzy­łem w drugą stronę. Ale wiem, że szliśmy bez broni. Kazano nam zostawić wszelką broń w War­sza­wie (ja oczywiście zapomniałem o mojej siódemce). Dwa karabiny były w naszej straży tylnej, ale nikogo z kolegów nie widziałem już od dłuższej chwili. Wiem, że uzbrojona była także szpica i straż przednia. Czyżby strzelał ktoś ze straży tylnej?

 W chwilę później na drogę Boernerowo - Wawrzyszew wyjechał samochód terenowy z czterema Niemcami. Był tak blisko mnie, że mogłem rozróżnić markę. Był to - dokładnie pamiętam - Stoewer (czyli czeska Tatra produkowana na licencji w Szcze­cinie). I znów po­jedynczy strzał karabinowy, gdzieś niedaleko ode mnie, kilka krótkich serii z pistoletu maszy­no­wego od strony drogi i samochód odjechał tyłem w stronę Boernerowa. Środek drogi brukowany dużymi "kocimi łbami" był bardzo wąski i wypukły; na obu poboczach był głęboki piasek. Niemcy bali się zawracać, woleli wyjechać tyłem.

Spodziewałem się, że za chwilę przyjedzie tu czołg lub kilka samochodów Niemców. Ku memu zdumieniu zrobiło się zupełnie cicho. Z daleka dochodził tylko odgłos ujeżdżającego czołgu, ale i on wkrótce ucichł. Gdzieś w pobliżu usłyszałem skowronki. Uświadomiłem  so­bie, że śpiewają już od dłuższego czasu, tylko w napięciu nerwowym nie zwróciłem dotąd na to­ uwagi. Nie wiem, jak długo leżałem w bezruchu, bojąc się odwrócić nawet głowę. Był pięk­ny, gorący dzień. Spojrzałem wreszcie na zegarek. Ze zdumieniem stwierdziłem, że dopiero dochodzi godzina piąta. Gotów byłbym przysiąc, że jest już po południu.

 Zacząłem powoli i ostrożnie wycofywać się w kierunku najbliższych kopek zboża. Przy­puszczałem, że muszę być doskonale widoczny. Czołgałem się dosłownie przywarty do zie­mi i bar­dzo wolno. Gdy dotarłem wreszcie do pierwszych kopek byłem tak zmęczony, że wy­dawało mi się, że nigdy nie będę w stanie ruszyć się dalej.

Nie umiem określić jak długo odpoczywałem. Wydaje mi się, że bardzo długo, ale dziś wiem, że w tego rodzaju sytuacjach traci się całkowicie poczucie czasu. Mogło to być równie dobrze kilkadziesiąt sekund jak i kilkanaście minut. Pamiętam, że strasznie chciało mi się pić. Nie mia­łem przy sobie manierki, którą jeszcze na Żoliborzu napełniłem wodą. Nie mam pojęcia, kiedy i jak ją zgubiłem. Pamiętam jak wyrzucałem "zdo­byczne" papierosy, bo prze­szkadzały mi czołgać się. Manierkę miałem solidnie przypiętą do pasa głównego. Nie wydaje mi się, abym ją odpiął. Widocznie musiała się oderwać podczas czołgania. Po nocnym ulew­nym deszczu na kłosach zboża wisiały pojedyncze kropelki wody. Leżąc pod kopką spijałem wszy­s­tkie, których mogłem sięgnąć. Okazuje się, że w ten sposób nie można wprawdzie ugasić pragnienia, ale można usunąć straszną, paraliżującą, suchość w ustach.

 Nie było słychać żadnych odgłosów od strony pola i lasku Boernerowskiego. Zdecydo­wałem więc czołgać się pomiędzy kopkami w kierunku wsi Wawrzyszew. Ostatnie z nich by­ły ustawio­ne prawie naprzeciw pierwszych domów wsi oraz 10, może 20 metrów od drogi. Nie wiedzia­łem, czy w Wawrzyszewie są Niemcy, nie wiedziałem też, czy obserwują drogę.

Wziąłem z najbliższej kopki jeden snopek, podniosłem tak, aby zasłaniał moją bluzę PW,  spokojnym (tak mi się przynajmniej wydawało) krokiem przeszedłem drogę i wsze­dłem w naj­bliższe podwórze. W obejściu nie było nikogo, nawet pies nie zaszczekał. Rzuciłem sno­pek na ziemię i skacząc przez ogrodzenia, biegłem ile sił w nogach, w stronę Żoliborza, jak najdalej od Boernerowa.

Któryś z płotów był wyższy od innych, a może ja byłem już zbyt zmęczony. Nie dałem rady przeskoczyć. Usiadłem pod nim na ziemi. Z małego, murowanego domku wyjrzała kobieta w śred­nim wieku. Kiwnęła na mnie ręką. Podniosłem się z trudem i dość chwiejnym kro­kiem doszedłem do drzwi i wszedłem do wnętrza. Na stole stał dzbanek z mlekiem i 
na­po­częty bochen chleba. Nagle poczułem, że jestem potwornie głodny. Usłyszałem: “we wsi nie ma Niemców, niech pan siada i coś zje”. Zacząłem jeść i po chwili usnąłem na siedząco.

 Ostatniej nocy nie zmrużyłem nawet oka, a poprzedniej też raczej spaliśmy niewiele. Obu­dziło mnie szarpanie za rękaw. Gospodyni budziła mnie gwałtownie: niech pan ucieka, Niemcy chodzą po wsi, chyba kogoś szukają. Ukroiła grubą pajdę chleba, wepchnęła ją do tor­by do­słow­nie wyciągnęła mnie na podwórze. Wciąż jeszcze na wpół spałem. Gdzieś z da­­­leka słychać było niewyraźne krzyki. Ocknąłem się natychmiast i po­maszerowałem przez opłotki w stronę Bielan.

Bielany

Gdy wychodziłem z Wawrzyszewa, słońce stało już wysoko. Chyba było koło południa. Na Bielany dotarłem wczesnym popołudniem, klucząc po drodze z powodu nieznajomości terenu, a także starając się uniknąć spotkania z Niemcami. Jak mi się to udało - nie wiem. Mia­łem na­praw­dę dużo szczęścia.

 Ulice na Bielanach były zupełnie wyludnione, nie było widać także nikogo w oknach domów. Wiedziałem, że przy ulicy Bartyckiej mieszka ojciec Hanki. Nie znałem go dotych­czas i na pod­stawie opowiadań Hanki miałem o nim nienajlepszą opinię. Uznałem jednak, ze skoro już jes­tem na Bielanach i nie wiadomo co dalej ze mną będzie się działo, to trzeba spróbować powiadomić go, że Hanka prawdopodobnie zginęła dziś rano ...

Sam wciąż nie dopuszczałem tej myśli, ale jeżeli i ja zginę, nikt nigdy nie dowie się co się z nią stało. Przed Powstaniem Hanka dowiedziawszy się, że terenem walk naszego oddziału będzie Żoliborz, a może także Bielany, podała mi adres swego ojca "na wszelki wypadek". Zapamiętałem go.

 Nie byłem nigdy na ulicy Barcickiej, ale znałem jej położenie z planu miasta. Trafiłem tam bez trudu, choć z duszą na ramieniu, bo ulica ta znajduje się niedaleko CIWF-u , umoc­nionego punktu oporu Niemców, którego wczoraj nie udało się zdobyć.

Ojca Hanki zastałem samego w mieszkaniu. Był mocno wystraszony. Przywitał mnie up­rzej­­­mie. Wiedział o moim istnieniu. Pytał o Hankę. Odpowiedziałem mu, że bardzo się o nią­ boję, ale wciąż mam nadzieję, że udało się jej wydostać z pułapki, w jaką wpadliśmy. Roz­mo­­wa dalej zupełnie się nie kleiła, widziałem, że jest przestraszony moją obecnością oraz pis­­to­letem i dwo­ma granatami, które wyjąłem z kieszeni siadając na fotelu. Nie potrafił mi udzie­­lić żadnych informacji o sytuacji na Bielanach. Po kilku pytaniach, na które nie dosta­łem żadnych zna­czących odpowiedzi, wyszedłem. Nigdy więcej go nie spotkałem. Nie wiem skąd wiedziałem, że przeżył wojnę. Nie szukał ze mną kontaktu, nie starał się dowiedzieć, gdzie znajduje się grób Hanki.

Wyszedłem na ulicę, ale nie wiedziałem dokąd iść. Na pewno trzeba było oddalić się od CIWF-u , ale co dalej? Od kogoś wyglądającego ukradkiem zza uchylonych drzwi dowie­działem się, że patrole niemieckie kręciły się rano po uliczkach Bielan i aresz­towały ludzi, którzy im się nawinęli, ale teraz od kilku godzin jest względny spokój. Podobno także jest na Bie­lanach jakiś oddział powstańców, ale nic konkretnego na jego temat nie wie.

Nie wiedziałem czy to prawda i gdzie szukać tego oddziału. Miałem nadzieję, że może to część naszej kompanii, której podobnie jak mnie, udało się ujść spod Boernerowa. Ko­niecz­nie trzeba było jednak dalej szukać.

Nie było to jednak łatwe, bo nieliczni, których udało się zagadnąć, albo nic nie wiedzieli, albo bali się mówić. Mogłem przecież także być niemieckim prowokatorem. Samotny facet w mun­durze i z bronią, pętający się po ulicach pod samym nosem Niemców, nie mógł budzić zaufania.

 Klucząc pomiędzy domami udało mi się jednak uzyskać od chyłkiem przemykających się ludzi pewne informacje. Potwierdzała się wiadomość, że na Bielanach są Powstańcy. Ktoś mi podał kierunek, w którym podobno ich widziano. Tak dotarłem na ulicę Kleczewską, gdzie w jednej z willi (narożnej lub drugiej od ulicy Kasprowicza) urzędowała drużyna Boya z plutonu 237, mego plutonu !!!

Ulica Kleczewska

Żadnego z żołnierzy tej drużyny nie znałem. Niektórych przypominałem sobie z miej­sca zbiórki. Oni natomiast pamiętali mnie dobrze. Jedyny chyba w całej kompanii byłem umundu­­rowany w bluzę PW z dystynkcjami i pasem oraz furażerkę z przedwojennym orłem. Oka­zało się, że drużyna ta pozos­tała na Bielanach, gdyż nie dotarła do niej wiadomość o wymarszu batalionu do Puszczy.

 Przyjęli mnie dobrze. Zawsze jeden więcej i to z bronią. Opowieść o przebiegu ma­r­szu i masakrze pod Boernerowem została przyjęta z wielkim niedowierzaniem. Pokpiwali sobie ze mnie, że pewno jakiś wartownik niemiecki strzelał od czasu do czasu ze strachu i nie
wia­domo, który z nas bał się bardziej. Zostałem nakarmiony, przydzielono mi jakieś posłanie, na którym natychmiast usnąłem. Podobno spałem bardzo niespokojnie. Ciągle wyda­wało mi się, że Hanka jest obok mnie i że muszę ją przed czymś bronić.

Po nocy przespanej w willi przy ulicy Kleczewskiej obudziłem się wcześnie rano zmę­czony fizycznie i w fatalnym nastroju. Nie mogłem zorientować się, gdzie jestem i co ja tu robię. Szukając łazienki natknąłem się na naszą gospodynię, którą zapytałem, gdzie jest Hanka. Zrozumiała, że pytam o jedną z naszych łączniczek, które były tam z nami, tylko pomyliłem imiona (czy pseudonimy). Zaczęła mi coś tłumaczyć, że wczoraj poszła nocować do innego, zaprzyjaźnionego domu, bo tu nas już jest zbyt dużo. Dopiero w tym momencie ocknąłem się i uświadomiłem sobie co się wczoraj działo.

Trzeciego sierpnia dowiedzieliśmy się o powrocie batalionu "Serb" (później przemia­no­wanego na "Żubr"), w skład którego wchodziła nasza kompania, na teren Zdobyczy Ro­bot­ni­czej. Boy nawiązał z nim kontakt i zawiadomił o naszej wysuniętej placówce. Następnie wy­prowadził swój oddział i patrolując teren Bielan spotkał się z od­działami Serba. Mnie i jed­ne­go ze swych żołnierzy oraz dwie łączniczki pozostawił na placówce przy ulicy Kleczewskiej.

Gdy Niemcy zaatakowali na Zdobyczy Robotniczej oddziały przybyłe z Puszczy, grupa Boya zajęła stanowisko na ich tyłach, na dachu domu przy ulicy Hajoty. Zaskoczyli ich i zli­k­wi­dowali obsługę dwu CKM-ów, zdobyli dwa (czy może nawet trzy) pistolety maszynowe, kara­biny, pistolety i amunicję. Atak Niemców załamał się, a w wyniku kontrataku Powstań­ców, wyco­fali się w kierunku Piasków.

W tym czasie ja stałem na stanowisku obserwacyjnym na strychu "naszej" willi. W pew­nej chwili pomiędzy dachami, w kierunku na Piaski, zobaczyłem wolno przesuwającą się kolumnę samochodów ciężarowych. Było do niej daleko, ze 200 metrów. Załadowałem kara­bin amunicją smugową, dokładnie wycelowałem i strzeliłem. Pocisk przeszedł tuż za samo­chodem. Drugi raz dałem większe wyprzedzenie - pocisk przeszedł przez środek opończy okrywającej skrzynię. Samochód pojechał dalej. Trzeci raz dałem jeszcze większe wyprze­dzenie - pocisk przeszedł przez kabinę kierowcy, samochód skręcił i zatrzymał się. Niestety pomiędzy dachami widziałem tylko koniec jego skrzyni.

Nie wiem, czy był to koniec kolumny transportowej, czy też Niemcy uznali, że przejazd jest zbyt niebezpieczny. W każdym razie ruch na widocznej drodze (ulicy?) ustał. Po dobrej chwili przejechał nią tak szybko, że nie zdążyłem nawet złożyć się do strzału, samochód terenowy i po chwili jeszcze motocyklista.

Po południu grupa Boya wróciła w komplecie, bez strat i nawet nie draśnięta, obłado­wana zdobytą bronią i amunicją. W nocy z 3-go na 4-ty batalion "Serb" wycofał się ponownie do Puszczy. I tym razem wysunięta placówka Boya nie została o tym powiadomiona, mimo, że łączność z do­wództwem batalionu działała doskonale. Odległość między nami była niewielka, łączniczki kursowały bez przeszkód i w miarę bezpiecznie, bo były mieszkankami Bielan i ich obecność na tym terenie nie budziła podejrzeń. Na terenie Zdobyczy Robotniczej pozostał także patrol batalionu "Żniwiarz" pod do­wódz­twem pchor. "Azota" (Jan Suchowiak). Mieliśmy z nim łączność. Ale w razie odkrycia naszych placówek nie mogliśmy sobie pomóc, a bio­rąc pod uwagę nasze skrom­ne siły, los obu naszych grup był w takim przypadku prze­sądzony. Widać należało już do, wątpliwej jakości, zasad postępowania naszych dowódców nie zaj­mowanie się takimi drobiazgami jak powiadamianie własnych placówek, że pozostają na zie­mi niczyjej, bez łączności, rozkazów i możliwości wsparcia.

Na drugi dzień Niemcy, wiedząc o obecności Powstańców, przeszukiwali systematycz­nie wszy­stkie domy w naszej części Bielan. Rewidowali także “naszą” willę. Siedzie­liśmy w schowku na jej strychu, do którego wejście było zastawione skrzynią z pias­kiem, a po­d­łoga strychu była wysypana warstwą piasku, którą po przejściu nas do schowka, łączniczki wyrównały i porozrzucały trochę drobnych śmieci, żeby stworzyć wrażenie, że nikt tu od dawna nie chodził. Piasek na podłodze i skrzynia z pias­kiem na strychu znajdowały się zgodnie z ob­o­wiązującymi i surowo przestrzeganymi przez Niemców przepisami przeciwpo­żarowymi. Niemcy przyszli na szczęście bez psów i dali się na to nabrać. Nie wiem dokładnie jak było z oddziałem "Azota"; chyba do niego po prostu nie dotarli.

Po tym cudownym ocaleniu doszliśmy do wniosku, że w nocy wyruszamy do Puszczy. Dalsze pozostawanie na Bielanach - w dodatku bez rozkazu - nie ma żadnego sensu, a na ponowny cud lepiej nie liczyć. O decyzji wyjścia do Puszczy został oczywiście powia­domiony "Azot". Wyszliśmy koło godziny 23-ej. Prowadził Boy. Szło nas w sumie, razem z łącz­nicz­ka­mi, 10 do 12 osób. Prowadziliśmy także pod strażą złapanego w naszym sąsiedztwie i podej­rza­nie zachowującego się faceta, który podawał się za por. "Orlicza". Wiele wskazywało na to, że jest szpiclem niemieckim. Podejrzenia te potwierdziły się w pełni i wyrokiem sądu
po­lowego został on skazany na śmierć i roz­strzelany w Puszczy.

Przeszliśmy do Puszczy bez najmniejszych kłopotów. Zostaliśmy zatrzymani dopiero przez placówkę oddziałów puszczańskich. Po wyjaśnieniu kim jesteśmy, złożeniu meldun­ków i prze­kazaniu żandarmerii przyprowadzonego szpicla, otrzymaliśmy informacje, gdzie szukać naszej kompanii.

Tu może warto wspomnieć, jaka była pierwsza czynność żandarmerii w celu stwierdze­nia, czy por. "Orlicz" jest rzeczywiście oficerem. Dano mu polski karabin - oczywiście bez amu­nicji - i kazano wyjąć i rozłożyć zamek. Nie umiał. Dalsze dochodzenie było już ułat­wione.

 Około południa spotkaliśmy ppor. "Zycha" (Zdzisław Grunwald) z naszej kompanii, a nie­co dalej we wsi por. "Starżę".

Por. Starża

W Puszczy Kampinoskiej

"Boy" zameldował dowódcy II kompanii, por Starży przybycie naszego oddziału i krótko zrelacjonował przebieg wyda­rzeń, w których brał udział. Starża przyjął to dość chłodno i po­dziękował mu za meldunek. Oczywiście nie było mowy o dwukrotnym pozostawieniu wysuniętej placówki na łasce losu. "Boy" w swym meldunku powiadomił również "Starżę" o przy­jęciu mnie do swej drużyny i wy­­­jaśnił, skąd się u niego znalazłem. "Starża" nie uznał za stosowne zapytać mnie co działo się pod Boernerowem w końcowej części prowadzonej przez niego kolumny.

 Po odejściu Boya podszedłem do "Starży" i zapytałem, czy może mi poświęcić chwilę czasu. Zgodził się i zorientowałem się, że mnie nie poznaje. Nic w tym ostatecznie, dziwne­go. Nie musiał mnie pamiętać ze zbiórek alarmowych, a rozmawiał ze mną przez chwilę gdy przy­nieśliśmy broń na ulicę Podleśną. Przypomniałem mu, że szedłem w straży tylnej i bar­dzo się niepokoję o moich najbliższych kolegów i narzeczoną, którzy szli w ostatnim plutonie głównej kolumny. Zapytałem od kogo mógłbym uzyskać jakieś informacje. W tym czasie wie­działem już, że pod Boernerowem mieliśmy duże straty, ale nie wiedziałem, że tak duże.

"Starża", który do tej pory rozmawiał ze mną uprzejmie, ale z miną dygnitarza, któremu ktoś nic nie znaczący opowiada nieistotne historie, wpadł dosłownie w szał. Zaczął krzyczeć na mnie, że powtarzam plotki, sieję defetyzm, że na wojnie muszą być straty i że szkoda tych kilku ludzi, którzy zginęli, ale dzięki jego decyzji wyjścia do Puszczy uratowało się wielu. Zre­sztą on i jego poczet przeszli prawie bez strat. Ci, co zginęli, sami są sobie winni, bo zalegli zamiast biec ile sił do przodu. Trochę ludzi jeszcze brakuje. Nie trafili jeszcze tutaj do nie­go. Błądzą pewnie gdzieś pomiędzy oddziałami puszczańskimi. A część wróciła, jak ja, na Żoli­borz lub do innych części miasta, np. na Powązki.

Zapomniał tylko dodać, że Niemcy musieli zauważyć nasz oddział jeszcze przed wejś­ciem na pole Boernerowskie i przepuścili straż przednią i czoło kolumny, aby uniemożliwić jej wyco­fanie się. Zapytałem go jeszcze, czy nie interesuje go, jak zginął ppor. "Dunin" dowódca plutonu z jego kompanii, i co się działo pod Boernerowem po tym jak on przeszedł. Odpo­wiedzią był stek ordynarnych wyzwisk i grożenie sądem wojennym za szerzenie defetyzmu.

W tym momencie wszystko stało się dla mnie jasne. Była to rozpaczliwa obrona "Star­ży" metodą wszystkie chwyty dozwolone. Postanowiłem przeprowadzić własne śledztwo w spra­wie tragedii pod Boernerowem. Podczas Powstania nie było to, wbrew pozorom łatwe. Późniejsze czasy też nie sprzy­jały takiej działalności. Ludzie często bali się mówić, lub wobec ogólnej nagonki władz PRL na Armię Krajową, unikali wypowiedzi, które świad­czy­łyby o nie­udolności lub zbro­d­niczej nie­fra­sobliwości niektórych jej dowódców. Zebrałem jednak trochę faktów. Podaję je w tej kolej­ności jak je sobie przypominam, nie szeregując według ważności i wiarygodności.

Dowódca kompanii ("Starża) nie wiedział ilu ludzi prowadził do Puszczy. Nie starał się tego ustalić, podobnie jak nie próbował dojść, ilu ludzi zginęło pod Boernerowem. Były to tematy tabu, do których wracał jedynie po to, aby przeczyć, jakoby straty były bardzo duże. Nie byłem razem z nim w niewoli, ale z relacji kolegów wiem, że unikał tego tematu.

 Według mnie szło nas 160 do 180 ludzi. Mam wciąż przed oczami długi rząd maszeru­jących przez Zdobycz Robotniczą i Piaski kolegów. Było tuż przed świtem i byli dobrze widoczni na tle pustego pola. W Kampinosie doliczyłem się nieco ponad 20-tu. Na pewno byli i tacy, którzy zagubili się podczas ucieczki i dołączyli do innych leśnych od­dzia­łów. Znam osobiście tylko jeden taki przypadek, o innych nawet nie słyszałem, więc chyba nie było ich dużo. Nie spotkałem nikogo, ani też nie słyszałem o kimś, kto wydostałby się z Boer­nerowa na Żoliborz lub ewentualnie tak jak ja - na Bielany. Nie wykluczam, że mogły być takie przypadki, ale znowu mogą dotyczyć pojedynczych osób.

Polegli pod Boernerowem

Po wielu latach brałem udział w ćwiczeniach wojskowych. Wracaliśmy wieczorem na kwa­­te­ry po dość uciążliwym dniu. W pewnej chwili zauważyłem, że teren jest zbliżony do zapa­mię­tanego z przejścia do Kampinosu. Żołnierze też szli gęsiego. Zatrzymałem ich i usi­łowałem wy­tłumaczyć, że chciałbym spróbować odtworzyć sytuację sprzed lat. Nic z tego nie wyszło. Byli zmęczeni i nie bardzo słuchali, co do nich mówiłem.

 Wieczorem po kolacji zebrałem kompanię przy ognisku i opowiedziałem w skrócie historię marszu do Puszczy. Powiedziałem też, że nie udało mi się odtworzyć obrazu jaki zapamiętałem i że moje obliczenia poniesionych wówczas strat bardzo się różnią od danych oficjalnych. Już po rozejściu się żołnierzy do namiotów. przyszedł do mnie jeden z dowód­ców plutonów i zameldował, że jutro przed świtem cała nasza kompania i część sąsiedniej - razem 180 chłopa - jest do mojej dyspozycji. Wszyscy zgłosili się na ochotnika.

Nazajutrz okazało się, że odtworzenie zapamiętanej sytuacji nie jest takie proste. Rząd 180 ludzi wydał mi się zbyt długi, przy 100 (taka liczba wynikała w przybliżeniu z mętnych wyjaśnień Starży) był zdecydowanie za krótki. Żołnierze, bez najmniejszych oznak zniechę­cenia, cierpliwie znosili ustawianie kolumny o różnej długości i kształcie. Gorąco im za to później podziękowałem.

Nie wiem ilu naprawdę zginęło moich towarzyszy broni pod Boernerowem. Wiem tylko, że zgi­nęli tam moi najbliżsi i przyjaciele i że zginęli przez głupotę, brak wyobraźni, a może fan­faronadę "Starży". Zginęli zaledwie po kilku godzinach trwania Powstania. Ich udział był tak krót­ki, że nie pamiętają ich nawet koledzy z tego samego zgrupowania, z tych samych plu­to­nów. Pluton 237, który szedł na końcu, poniósł największe straty. Tak duże, że gdy w 1946 roku przesłuchiwała mnie bezpieka, stwierdzili, że usiłuję wprowadzić ich w błąd, bo plutonu o takim numerze nie było

W nocy z 1-go na 2-gi sierpnia przechodziły do Puszczy trzy kompanie. Dwie przeszły bez przeszkód i strat. Nasza - z ogromnymi stratami. Pozostałe kompanie były prowadzone przez przewodników. "Starża" odmówił wzięcia przewodnika, twierdząc że zna drogę.

Cały batalion bez większych przeszkód przeszedł z powrotem na Żolibórz i Zdo­bycz Robotniczą i wrócił do Kampinosu w następnym dniu, gdy pierścień Niemców dokoła Warszawy był już mocniej zaciśnięty.

"Boy" przeszedł ze swym oddziałem w nocy z 4-ego na 5-ty. Prawda, że oddział ten był niewielki i łatwiej mu było się prześlizgnąć. Ale też przechodziliśmy dzień (a raczej noc) później.

Wreszcie; w nocy z 15-ego na 16-ty, a więc po przeszło dwóch tygodniach trwania Powstania, z Pusz­­czy przeszedł na Żoliborz oddział liczący około 800 osób, ciężko obła­dowany zrzutową bronią i amunicją. Przeszliśmy (byłem w tym oddziale) bez jednego strzału.

A więc bezpieczne przejście pierwszej nocy Powstania było możliwe. I tu najpo­waż­niejsze oskarżenie. Wywiad AK informował od dobrych kilku dni przed Powstaniem, że w Boer­nerowie i przyległym lasku stacjonuje część dywizji pancernej SS Herman Goering, wycofanej z frontu wschodniego, oraz oddział Ukraińców. Przechodziliśmy przez gołe pole, ­nieuz­brojeni, większość bez zaprawy bojowej o 150, może 200 metrów przed ich pla­cówkami, i to gdy już zaczynało świtać.

Meldunki wywiadu dotarły nawet do mnie. Jurek Miller uprzedzał mnie jeszcze przed pierwszym alarmem, abym nie jechał do Boernerowa (mieliśmy tam swoją melinę, gdzie zos­tawialiśmy niektóre graty przydatne na ćwiczeniach) bo stoi tam niemiecka jednostka pan­cerna i melina jest czasowo nieczynna. Jeżeli wiedział o tym szeregowy żołnierz i dowódca sekcji, to czy mógł nie wiedzieć dowódca kompanii? Nasuwa się też pytanie, czy trasa prze­marszu była uzgodniona z dowódcą batalionu kpt."Serbem".

Wraz z naszą kompanią przechodziło do Kampinosu także kilku cywili. Nie widziałem tego osobiście, ale zgodnie mówili o tym wszyscy, którzy przeżyli przejście do Kampinosu. Jeden z cywili wyróżnił się tym, że przez cały czas ostrzału z lasku Boernerowskiego, nie kry­jąc się, maszerował równym krokiem podpierając się elegancką laseczką. Niemcy kie­rowali na niego ogień z kilku karabinów maszynowych. Nie drasnął go żaden pocisk. Mówio­no, że podobno był to ktoś z cywilnych władz Polski Podziemnej.

A oto cytat z książki por. "Zycha" "Żubry na Żoliborzu" (str. 83): "W bardzo ostrych słowach zaatakował on (mowa o wspomnianym cywilu z laseczką i jego spotkaniu ze Starżą w Kampi­nosie - przyp. M.B.) por. "Starżę", że wytracił prowadzony oddział, groził oddaniem sprawy pod sąd wojenny. Scysja była bardzo ostra, dobrze, że obydwaj nie byli uzbrojeni, bo w zaperzeniu mogło dość do nieszczęścia".

We wspomnianej wyżej książce zamieszczona jest lista poległych żołnierzy batalionu "Żubr". Obejmuje ona 244 żołnierzy, łączniczek i sanitariuszek. Na pewno nie jest pełna. Obej­muje wszystkich, których nazwiska, pseudonimy, lub tylko stopień wojskowy udało się ustalić, a fakt śmierci na polu walki lub w szpitalu nie ulegał wątpliwości. Na liście tej 71 poległych ma podane miejsce śmierci - “pod Boernerowem”. Przyjmując za prawdziwe stwierdzenie Starży, że w pro­wadzonym przez niego oddziale szło około 100 ludzi, oznacza to, że straty wyniosły ponad 70% i to nie w walce, czy w wyniku niezwykle chytrej zasadzki, lecz podczas rutynowego marszu przez dobrze rozpoznany teren. Ze szczegółowych danych we wspomnianej książce wynika, że polegli pod Boernerowem stanowią ponad 29% ogółu poległych batalionu "Żubr" (trzech kompanii, sztabu, łączności, sanitariuszek, wywiadu itd.) w cią­gu całego Powstania. Pod Boernerowem zginęła ponad połowa (55,5 %) wszystkich poległych 2-ej kompanii (Starży) w ciągu całego Powstania.

W ciągu Powstania miałem jeszcze tylko dwa razy kontakt ze "Starżą". Zdecydowanie unikał mnie i dobrze wiedział, co o nim myślę.

 Dworzec Gdański

W drugim ataku na Dworzec Gdański (od strony Żoliborza w nocy z 20 na 21 sierpnia) kompania nasza nie brała udziału. Wprawdzie we wspomnianej książce "Żubry na Żoliborzu" jest wzmianka o plutonie prowadzonym przez por. "Gedroycia" (nowego dowódcę plut. 237), wzmocnionym miotaczem Piat, ale moim zdaniem jest to informacja nieścisła. Ten nieudany i nieskoordynowany, z powodu braku dobrej łączności, z od­dzia­łami ze Starówki, atak przy­niósł, podobnie jak i pierwszy, kilka dni wcześniej, bardzo duże straty w zabitych i rannych.

We wspomnianej książce wymieniony jest tylko jeden zabity ("Bończa" z obsługi Piata) i ani jednego rannego z plutonu 237. Przy ogromnym natężeniu ognia od strony dworca, Instytutu Chemicznego oraz spod wiaduktu nad torami i konieczności podejścia przez puste pole do stanowisk niemieckich, rozmieszczonych pod wagonami na torach dworca, wyklu­czone jest, aby nikt z plutonu nie został nawet draśnięty.

Po powrocie z Kampinosu kompania nasza objęła stanowiska w budynku straży og­nio­wej na rogu ulicy Słowackiego i Potockiej. Późnym wieczorem 20-ego sierpnia przekazano mi (nie­­stety nie pamiętam kto) rozkaz por. Starży zgłoszenia się z Piatem (zrzutowym, angielskim granatnikiem przeciw­pancernym, przyniesionym przeze mnie z Kampinosu), czterema pociskami do niego i dwoma amunicyjnymi do dowództwa oddziałów, które miały w no­cy zaatakować Dworzec Gdański. Jednym z amunicyjnych był znany mi już od ponad tygodnia strzelec "Bończa". Drugiego przydzielono mi dzień, czy dwa wcześniej. Pamiętam tylko, że był szczupły i wysoki, a jego pseudonim, wydaje mi się,  miał coś wspólnego z pta­kiem; był to jeszcze jeden "Orzeł", "Sęp" lub "So­kół". Będę go tu nazywać "Ptak", choć na pewno nie taki był jego pseudonim.

Do dowództwa w rejonie ulicy Generała Zajączka dotarliśmy może na pół godziny przed atakiem. Pamiętam pełne zaskoczenie naszym zjawieniem się. Oczywiście ucieszyli się z uzy­­s­kanego wsparcia, ale wszystkie rozkazy zostały już wydane. Po krótkiej naradzie skierowano nas do oddziału nacierającego na lewym skrzydle. Gdyby w akcji brał udział pluton z naszej kom­panii, w dodatku "mój" pluton "237", niewątpliwie Piat stanowiłby jego wzmo­c­nienie, a nie oddziału, zupełnie nam nie znanego.

Na linii wszystko było już gotowe do ataku. Nasze pojawienie się było pełnym zasko­czeniem. Skierowano nas na skraj lewego skrzydła, które miało atakować tory w pobliżu wia­duktu. Na moje pytanie, jakie są przed nami cele wymagające użycia Piata (bunkry, umoc­nione stanowiska) nie otrzymałem żadnej konkretnej odpowiedzi. Nie dostałem nawet szkicu opi­sującego sytuację na naszym odcinku. Nie znałem też sygnałów rozpoznawczych oddzia­łów atakujących dworzec od strony Starówki. Gdyby oba nasze ataki się powiodły, mogliśmy się wzajemnie ostrzelać.

W czasie ataku byłem na skraju lewego skrzydła, pod samym nasypem wiaduktu. Po mojej lewej stronie nie było już nikogo. W razie udanego dotarcia do torów - a nie wiele już nam brakowało - stanowilibyśmy pierwszą linię na lewym skrzydle. Ja oprócz Piata z czte­rema ładunkami, miałem zrzutowy rewolwer Smith Wesson, moi amunicyjni jakieś pistolety. Potęga! wobec umocnionych pozycji i bunkrów niemieckich.

Udało się nam dojść bez większych kłopotów mniej więcej do połowy pola przed torami. Niem­cy nie spodziewali się widać, że ktoś może atakować tuż przy nasypie, gdzie teren lekko się wznosił w kierunku wiaduktu i stwarzał znakomite warunki do ostrzału atakujących.

Zobaczyłem przed sobą gniazdo karabinu maszynowego pod wagonem towarowym sto­jącym na torach dworca. Kazałem "Bończy", który był najbliżej mnie, podać jeden pocisk Pia­ta. Załadowałem, wycelowałem, strzeliłem i nic. Niewypał. Nie sprawdziłem, czy "Bończa" za­łożył zapalnik! Ćwiczyliśmy to tyle razy, że nie przyszło mi do głowy, że można o tym zapomnieć.

Uzbrojenie pocisku wymagało odkręcenia blaszanej osłony na jego wystającym czubku, wyjęcia pojemnika z zapalnikiem, rozkręcenia go, wyjęcia zapalnika, włożenia go do pocisku i zakręcenia osłony. Proste i łatwe, ale nie pod obstrzałem i pamiętając, że instrukcja obsługi przestrzega, że zapalnik jest bardzo czuły i detonuje już przy lekkim uderzeniu.

Rzuciłem "Bończy" wiązankę, chyba najgorszą w życiu, kazałem podać drugi pocisk, ale już z zapalnikiem. Podał, strzeliłem w to samo miejsce. Musiałem trafić w oś wagonu lub jego za­wieszenie, bo wagon się przechylił w naszą stronę, a karabin maszynowy umilkł.

Zobaczyłem błyski strzałów innego karabinu maszynowego nieco dalej w prawo. Krzyk­nąłem do drugiego amunicyjnego o pocisk ("Bończa" już nie miał). Podał go "Boń­czy", a on mnie. Cholera, znowu bez zapalnika. Wołam o zapalnik. Rzuca pojemnik w moją stronę, nie mogę go przez chwilę znaleźć. Wreszcie znajduję i w tej samej chwili słyszę krzyk "Bończy" ranili mnie, jestem ranny. Ładuję Piata, słyszę gwizdy oraz uderzenia pocisków o ziemię, tuż obok mnie. Wstrzelali się sukinsyny. Celuję i strzelam. Nie widać już z miejsca wybuchu pocisku błysku strzałów karabinu maszynowego.

Za to rozpoczyna się huraganowy ostrzał w naszym kierunku. Widocznie zdradził naszą pozycję błysk strzału z Piata. Sytuacja jest niewesoła. Na linii słychać komendy i na­woływa­nia do wycofywania się. Atak się nie udał. Każe "Ptakowi" ciągnąć "Bończę" w kie­runku naszej pozycji wyjściowej, a sam szamoczę się z ciężkim Piatem, wciąż zaczepiającym się o nie­rów­ności terenu to podstawą, to kolbą, to znów blaszaną osłoną pocisku.

W pewnym momencie odgarniając włosy z czoła czuję, że mam na prawej ręce krew. Cholera, nie wiem kiedy zostałem ranny. Ale poza lekkim bólem dłoni nic mi nie dolega. Dłoń jest sprawna, tylko bardzo krwawi. Przy czołganiu się z prymitywnej kabury wypadł mi, po raz nie wiem już który, rewolwer. Na szczęście był na sznurku z linek spadochronowych ze zrzu­tów w Kampinosie. Przyciągam go do siebie i pocieszam się, że rewolwery są dużo bardziej odporne na zabru­dzenia niż pistolety. Wtedy wyjaśnia się powód krwawiącej dłoni. Na me­talowym okuciu ręko­jeści rewolweru jest głęboka poprzeczna bruzda, ślad po trafieniu pocis­kiem, chyba kara­binowym. Poprawiając, stale wysuwający się z kabury przy czołganiu, rewolwer musiałem ska­le­czyć się o ostre krawędzie tej bruzdy. Rozglądam się dokoła. Widzę kogoś w odległości z 10 metrów, szybko czołgającego się w stronę naszych linii. Chyba jest to "Ptak". Wołam do niego, coś mi odpowiada, ale nie mogę tego zrozumieć.

Słyszę jęczącego, gdzieś po prawej stronie "Bończę". Zostawiam Piata i czołgam się do niego. Usiłuję go ruszyć, nie daję rady, krzyczy z bólu. Po kawałeczku przeciągam go metr, może dwa, bliżej naszych pozycji. Nieco dalej po prawej stronie widzę, jak sani­ta­riuszka ciągnie na płachcie innego rannego. Woła coś do mnie. Okazuje się, że myślała, że jestem też ranny. Pytam co zrobić z rannym "Bończą". Nie umiem sobie dać z nim rady. Radzi mi poczekać na patrol sanitarny. Pomimo silnego ognia sanitariuszki wciąż ściągają rannych z pola.

Zostawiam "Bończę" i wracam po Piata, żeby go przyciągnąć bliżej. Nie mogę go zna­leźć, choć to przecież nie zapałka. Czyżby go już ktoś zabrał. W najbliższym naszym są­siedz­twie nikogo przecież nie było. Usiłuję więc wrócić do "Bończy". Niemcy położyli ogień z karabinu maszynowego strzelającego gdzieś daleko z prawej strony, tuż nad ziemią, prawie równolegle do torów, ale bliżej naszych linii. Widać wyraźnie pociski smugowe. Nie ma mowy o przejściu. Czuję, że zaczynam tracić siły; czyżbym słabł z powodu upływu krwi. Przecież chyba nie krwawię aż tak silnie; skaleczenie dłoni wydało mi się zupełnie powierz­chowne.

Wreszcie nerwy "puszczają" całkowicie. Jest mi wszystko jedno. Kładę się na wznak i mu­szę chwilę odpocząć. Nie wiem, jak długo trwałem w takim odrętwieniu. Myślę, że jednak tylko chwi­lę, bo gdy się ocknąłem, to sytuacja była praktycznie niezmieniona. Ogień CKM-u ryglował mi drogę do własnych linii. Rozglądam się za "Bończą"; nie widzę go; wołam przyciszonym głosem - bez odpowiedzi. Podnoszę się na łokciu, żeby trochę lepiej widzieć i od razu ogień z kilku kierunków. Przywieram do ziemi.

 Dochodzę do wniosku, że jedyną możliwość wyjścia z tego pola śmierci jest posuwanie się wzdłuż zapory ogniowej w kierunku nasypu wiaduktu. Przy samym wiadukcie znajduję niewielkie zagłębienie, którym wyczołguję się do ulicy Generała Zajączka. Teraz tylko przebiec przez ulicę oraz, pomiędzy stojącymi za nią domami, przedostać się na ich tyły.  Podczołguje się do mnie sanitariuszka ciągnąca nieprzytomnego rannego; jest skrajnie wy­czerpana i prosi mnie o pomoc. Dopinguje mnie to do jeszcze jednego wysiłku. Przeciągamy rannego. Jesteśmy wreszcie w miarę bezpieczni. Podbiegają do nas żołnierze i sanita­riuszki. Niestety, ranny, tran­sportowany z takim wysiłkiem, już nie żyje. Ktoś mnie pyta czy wiem coś o rannych pozostałych na przedpolu. Melduję o "Boń­czy" i pozostałym Piacie, oraz, że nie wiem czy "Ptakowi" udało się wycofać; widziałem go żywego blisko naszych linii.

Jestem zupełnie wyczerpany i bardzo chce mi się pić. Ktoś mi podaje manierkę z wodą. Nie mogę jej utrzymać i wypada mi z ręki. Wśród ludzi, którzy mnie otaczają, znajduje się nagle "Ptak". Słyszę jego opowieść, jak zginął drugi amunicyjny, a ja zostałem ranny i jak pomógł mi wydostać się spod ognia. Nie mam siły prostować tych bzdur, Mam zakrwawioną zrzutową kurt­kę mundurową, prawa ręka cała we krwi. Jakaś sanitariuszka i "Ptak" pro­wadzą mnie na punkt opatrunkowy. Tłumaczę, że to tylko skaleczenie. Nie chcą słuchać. Na punk­cie dostaję ciepłą herbatę (?) i opatrują mi rękę. Potwierdza się, że to tylko głębokie skale­czenie. Oglądają rę­kojeść mego rewolweru i usiłują ustalić, w jakich warunkach doszło do jej trafienie przez pocisk. Dochodzą do wniosku, że prawdopodobnie rewolwer uchronił mnie przed postrzałem w brzuch. Po krótkim odpoczynku wychodzę wraz z "Ptakiem" z pun­ktu opatrunkowego. Jakaś dziew­czyna wyprowadza nas przez połączone piwnice i prze­ko­py. Wychodzimy na świeże powietrze, słychać od strony dworca pojedyncze strzały i krótkie serie.

"Ptak" rozpoczyna długie rozważania o przebiegu ataku na dworzec. Jeżeli był on w ca­łości tak samo dobrze przygotowany, jak nasz udział, to ... i tu posypała się bardzo długa i uroz­maicona wiązanka opinii o naszych dowódcach, która wprawiła mnie w zdu­mie­nie. Takiego re­pertuaru wyrafinowanych przekleństw dawno nie słyszałem. Stwierdził wresz­cie, że niedaleko stąd mieszka jego rodzina (czy też znajomi) i musi do nich wpaść. Jest tak zdener­wowany, że musi się koniecznie napić; a u nich zawsze jakiś alkohol się znaj­dzie. Chciał mnie zabrać ze sobą. Odmówiłem. Może trochę alkoholu w tej sytuacji dobrze by mi zrobiło, ale nie miałem siły na rozmowy i dys­kusje z obcymi ludźmi. Usłyszałem: “no to wracaj sam, tylko mnie nie wysyp. Powiedz, że mnie jeszcze zatrzymali do pomocy na punkcie sanitarnym. Wrócę za godzinę. No to cześć”. Nie wrócił nigdy. Nie wiem, co się z nim stało.

Po powrocie do Straży Ogniowej zameldowałem się "Starży". Powitał mnie słowami: "i znów tylko tobie udało się cało z tego wyjść; rączkę sobie zawinąłeś, że niby ranny co ?" Wiedziałem już o "sympatii" jaką mnie darzył i byłem w nastroju, w którym jest już wszystko jedno. Odpo­wiedziałem mu - pamiętam każde słowo - bardzo wolno i wyraź­nie: "wyszedł z te­go także “Ptak", zatrzymali go jeszcze do pomocy przy noszeniu rannych na punkcie sanitarnym. Po­winien niedługo wrócić. Ja nie jestem ranny. To tylko skaleczenie ...". W tym miejscu zacząłem wyjmować rewolwer z kabury, żeby mu pokazać, a jednocześnie
koń­czyłem zdanie "ska­le­czenie o mój postrzelony rewolwer; miałem szczęście jak podczas przejścia pod pańskim do­wództwem pod Boernerowem i na Bielanach, gdy nie ściągnął pan placówki "Boya", wy­chodząc do Kampinosu".

Myślałem, że go na to trafi szlag. Poczerwieniał, poderwał się tak jakby chciał rzucić się na mnie. Ale w tej właśnie chwili udało mi się wreszcie obandażowaną ręką wyjąć mego Smith Wessona z kabury. "Starża" zatrzymał się gwałtownie, urwał w pół słowa wiązankę. Trzymałem przez chwilę rewolwer za rękojeść i patrzyłem na przerażenie w jego oczach. Chyba myślał, że zaraz strzelę.

Po dobrej chwili obróciłem rewolwer i trzymając za lufę podałem mu mówiąc "nie nabity, czyściłem go z piasku i ziemi i nie naładowałem"; przerwałem na chwilę głos i dodałem "ale mam jeszcze moją prywatną siódemkę, naładowaną". Była to nieprawda. Siódemkę odstą­piłem któremuś z kolegów w Kampinosie po otrzymaniu zrzutowego Smith Wessona. "Starża" nie wziął mego rewolweru, zaklął szpetnie, odwrócił się i odszedł. Był to mój przed­ostatni z nim kontakt.

Kontuzja 

Podczas wycofywania 14-ego września naszych oddziałów z Olejarni[1]) na Marymoncie byłem kontuzjowany. W rowie łącznikowym, blisko już Straży Ogniowej, pocisk, chyba  moździerzowy, wybuchł w odległości kilku metrów ode mnie, na szczęś­cie, za załomem rowu łącznikowego. Uchroniło mnie to od odłamków, ale zostałem ogłuszony i stra­ciłem przytom­ność. Wyciąg­nęli mnie koledzy i przenieśli do budynku Straży. Tam ocucono mnie dość szyb­ko. Okazało się jed­nak, że jestem całkowicie głuchy, nie mogę mówić i mam kłopoty z utrzymywaniem się w po­zycji pionowej. Nie przekazali mnie do szpitala, bo brakowało już miejsc nawet dla ciężko rannych, a ja byłem tylko kontuzjowany. Kompanijny lekarz pozwolił na pozostawienie mnie w od­dziale i zalecił zwolnienie na dwa, trzy dni od służby. Głuchota przeszła mi po kilku godzinach, pozostał tylko silny szum w uszach. Ciągle miałem też kłopoty z utrzymywaniem równowagi, a wraz z powrotem głosu zacząłem się potwornie jąkać.

Następnego dnia rano skierowano mnie “na odpoczynek” do dowództwa batalionu. Siedziałem w piw­nicy w "przedpokoju" w roli informatora, miałem też meldować przycho­dzących. Niezbyt się do tego nadawałem, gdyż wciąż strasznie jąkałem się i wszelkie infor­macje jak i mel­dunki trwały bardzo długo. Prawdę mówiąc nie miałem tam wiele roboty, bo większość przychodzących wchodziła pewnie bez meldowania i nikt nie miał o to pretensji. Siedziałem więc na stołku i spałem, a zaległości miałem ogromne.

W porze obiadowej zluzował mnie jeden z podoficerów. Gdy wróciłem, dowiedziałem się, że pod moją nieobecność była jakaś odprawa, a teraz kilku oficerów jeszcze zostało i nad czymś dyskutują, ale chyba już nie służbowo. Za chwilę jeden z nich wyszedł i nie zamknął drzwi za sobą.

Usłyszałem ożywione głosy, nie ulegało wątpliwości, że po alkoholu. Po głosie pozna­łem tylko jednego - "Starżę". Dyskusja naprzemian to przycichała, to stawała się głośniejsza. Nie bardzo mogłem dojść, o co w niej chodziło. Zacząłem drzemać. Obudziła mnie głośna wymiana zdań. W pierwszej chwili myślałem, że się kłócą. Ale nie, to tylko wpływ alkoholu. Tematem były rozważania, czy po zakończeniu wojny stanowisko starosty jest odpowiednie dla porucznika i dowódcy kompanii w Powstaniu, czy też zbyt skromne. "Starża" najgłośniej i zdecy­do­wanie twierdził, że to stanowczo za mało.

Wydawało mi się, że w piątym roku wojny i siódmym tygodniu Powstania nic już nie było w stanie mnie zadziwić. Byłem jednak przerażony, słysząc tę dyskusję i poziom dyskutantów. Po pewnym czasie dyskutanci wyszli. "Starża" nie zwrócił uwagi na siedzącego w kącie dy­żur­nego.  Wieczorem poprosiłem o przeniesienie mnie z pow­rotem do linii. Następnego dnia byłem już w budynku Straży Ogniowej.

"Starża" za udział w Powstaniu był trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Nie sły­sza­łem natomiast, aby w sprawie masakry pod Boernerowem oraz dwukrotnego bezce­lowego narażenia placówek Boya I Azota na Bielanach na niemal pewną zgubę, przez zanie­chanie jej ściąg­nięcia lub choćby poinformowania, że cała kompania wychodzi do Kampi­nosu, prowadzone było jakiekolwiek dochodzenie.

Po wyzwoleniu z niewoli i zakończeniu wojny, wyjechał do Australii (USA ?). Jako jedy­ny z na­szych do­wód­ców nie utrzymywał kontaktu ze swymi kolegami i powstaniowymi podwładnymi. Ktoś podobno miał o nim jakieś wiadomości od jego krewnych.

Przyznaję, że nie ma chyba drugiego, tak znienawidzonego przeze mnie człowieka, jak on. Mimo, że minęło już ponad 50 lat, nie mogę mu darować zupełnie niepotrzebnej śmierci Hanki i moich najlepszych przyjaciół oraz tak wielu kolegów, a także podłej, tchórzliwej ob­ro­ny przed zarzutem, że zginęli przez jego głupotę i fanfaronadę.

Ranny

Ostatnie dwa tygodnie Powstania pamiętam jak przez mgłę. Pierwszych parę dni po pow­rocie do plutonu byłem jeszcze w kiepskiej kondycji fizycznej z powodu kontuzji. Powra­całem jed­nak do normy. Zawroty głowy ustały, tylko wciąż mocno jąkałem się.  Później byliśmy niemal bez przerwy w akcji. Niemcy zdecydowanie dążyli do likwidacji Powstania na Żoliborzu. Najgor­szy był brak snu. Chodziłem, strzelałem jak automat, nie bardzo wiedząc co się dzieje wokół. Myślałem właściwie tylko o jednym, żeby wreszcie raz dobrze się wyspać. Kolejny dowódca plutonu 237 ppor "Oksza" (Jerzy Staszewski) 29-ego września we wczes­nych godzinach popo­łudniowych wysłał mnie z meldunkiem na drugą stronę ulicy Słowac­kiego. Nie pamiętam już do kogo, ani dokładnego adresu. Było to gdzieś niedaleko kościoła Św. Stanisława.

Przeszedłem bez trudności, trochę tylko błądziłem w  po­dwór­kach. Doręczyłem mel­­du­nek. Kazano mi poczekać na przygotowanie odpowiedzi. Nie wiem jak długo to trwało, bo jak tylko usiadłem, natychmiast usnąłem. Myślę jednak, że nie dłużej niż pół godziny. Przy wy­cho­dzeniu przestrzegano mnie o istniejącym od nie­dawna ostrzale pobliskiego podwórza. Nie zwróciłem na to uwagi. Przecież dopiero co szedłem i bezpośredniego ostrzału nie było, a arty­leryjski lub bombardowanie lot­nicze to już siła wyższa i nic na to nie można poradzić. Wracałem tą samą drogą, którą przyszedłem. Na jednym z podwórzy zostałem, zupełnie dla mnie niespo­dziewanie, ostrze­lany z pistoletu maszynowego. Padłem na zie­mię. Na szczęś­cie osłaniały mnie jakieś badyle, resztki ogródka warzywnego.

Strzelano do mnie z lewej strony, ale nie mogłem zorientować się skąd. Z prawej mia­łem mur ogrodzenia, z przodu i z tyłu, mniej więcej w takiej samej odległości, bloki. Z piw­nicy tego z tyłu właśnie wyszedłem, a do piwnicy drugiego miałem wejść. Usiło­wałem się czołgać, ale każdy mój ruch powodował ruch badyli i natychmiastową serię z automatu.

Miałem przy sobie rewolwer i sporo do niego amunicji oraz dwa granaty zaczepne (fili­pinki). Strzelać nie mogłem, bo nie widziałem celu. Wyjąłem więc granat, odbez­pieczyłem go, pokiwa­łem trochę badylami i gdy tylko zamilkła seria, rzuciłem z całych sił granat w kie­runku, z którego strzelano. Natychmiast, jeszcze zanim wybuchł, poder­wałem się i biegłem ile sił przed siebie i w chwilę po wybuchu padłem na ziemię. Udało się, ale zostało mi jeszcze do przebiegnięcia około 10 metrów.

Po dobrej chwili powtórzyłem poprzedni manewr. Zdziwiło mnie, że mój granat wy­buchł bar­dzo blisko, a przecież rzucałem go, tak jak poprzedni, z całych sił. Prze­biegłem do otworu w murze bloku i wskoczyłem do piwnicy. Było tam kilka bardzo przestraszonych osób cywilnych. Jedna z nich zwróciła mi uwagę, przecież jest pan ranny; z rękawa kapie krew. W tym momen­cie uświadomiłem sobie, że podczas rzutu granatem uczułem silne uderzenie w ra­mię. Nie zastanawiałem się nad tym. Teraz zrozumiałem dlaczego granat poleciał tak niedaleko.

Zaopiekowała się mną jakaś starsza kobieta. Pomogła mi zdjąć kurtkę, odwinęła rę­kaw i stwierdziła: “Czysty przestrzał. Może pan ruszać ręką, znaczy się, że kość nie naruszona; nic panu nie będzie. Ma pan opatrunek osobisty?” Mam, zrzutowy. “Proszę mi go dać”. Roz­winęła go i fachowo założyła.

W tym momencie nerwy puściły. Poczułem się potwornie zmęczony, ramię zaczęło bo­leć, przedramię i dłoń drętwieć. Marzyłem tylko o jednym, żeby się położyć. Miałem jed­nak przy sobie odpowiedź. na przyniesiony meldunek, musiałem ją donieść z po­wrotem. Czułem, że jeżeli zaraz nie wyjdę, to później żadna siła już mnie nie ruszy.

Wyprowadzono mnie na nieznane mi podwórze. "Moja" droga była podobno już także pod bezpośrednim ostrzałem. W pierwszej chwili nie bardzo mogłem się zorientować. Ktoś wskazał mi właściwe przejścia. Byłem jednak coraz słabszy i szedłem z coraz wię­k­szym wysiłkiem. W jed­nym z przekopów spostrzegłem powstańca z opaską plutonu 212, z naszej kompanii. Zapytałem, czy może doręczyć do naszego plutonu meldunek, który niosę, a nie mam już pew­ności, czy dam radę go donieść. Kazał mi zaczekać i po chwili zjawił się z pod­oficerem, chyba sierżantem. Ten zadał mi kilka rutynowych pytań i polecił swemu pod­wład­nemu natychmiast biec z meldunkiem. Podobno było to już niedaleko. Zawołał sanitariuszkę i kazał jej odpro­wadzić mnie na punkt sanitarny.

Najbliższy punkt sanitarny należał do AL. Było to moje pierwsze i jedyne spotkanie podczas Powstania z Alowcami. Przyjęli mnie tam dobrze, ale nie mieli już absolutnie żad­nych lekarstw ani środków opatrunkowych. Dostałem "na wzmocnienie" kieliszek wódki; podobno tylko to im zostało. Po wielu perypetiach sanitariuszka doprowadziła mnie, gdy było już ciemno, do szpitala w forcie w parku Traugutta. Przy wejściu do fortu była jeszcze mała awantura, bo zażądano ode mnie oddania broni. Nic nie pomogły tłumaczenia, że ten
rewol­wer sam przyniosłem z Kampi­nosu i że uratował mi życie. Oglądano z ciekawością postrze­lo­ną rękojeść, ale rewolwer w koń­cu i tak musiałem oddać.

W szpitalu w forcie trafiłem do dobrze mi znanej lekarki, koleżanki mego Ojca. Nazwisko jej wyleciało mi z pamięci. Przypominam sobie jedynie, że mieszkała do Powstania przy ulicy Czarnieckiego, niedaleko Placu Inwalidów i że była ciotką mego kolegi z PWST Janka Filip­kowskiego (zginął na Mokotowie).     

Obejrzała mój opatrunek. Stwierdziła że jest dobrze założony. Dowiedziałem się też, że miałem dużo szczęścia: kilka milimetrów w lewo i pocisk zgruchotałby kość, kilka w prawo - prze­ciąłby tętnicę. “To już ostatnie godziny Powstania - usłyszałem - nie mam cię gdzie poło­żyć, wszędzie leżą ciężko ranni. Znajdź sobie gdzieś miejsce, gdzie mógłbyś chociaż usiąść”. We wnęce, tuż przy wejściu do fortu, leżeli zabici i zmarli w szpi­talu, których nie mo­żna było pocho­wać ze względu na bardzo silny ostrzał. Pod murem było trochę miejsca. Od biedy można było się nawet położyć, oczywiście na gołej ziemi. Było mi zupełnie wszy­stko jedno. Usiadłem pod ścianą i zacząłem natych­miast drzemać. Po chwili “moja” lekarka przyniosła mi w szklan­ce trochę alkoholu: "Masz napij się, dobrze ci to zrobi". Był to chyba czysty spirytus lekarski; strasznie to było mocne. Natychmiast zakręciło mi się w głowie i film się przerwał.

Gdy obudziłem się, na dworze było już widno i niesamowicie cicho. Z rzadka docho­dziły tyl­ko dalekie pojedyncze strzały, Jakaś sanitariuszka pomogła mi wstać, chyba bardzo zdziwiona, że jeden z nieboszczyków próbuje się podnieść - leżałem przecież pomiędzy trupami.  Zdjęła ze mnie zrzutową angielską kurtkę mundurową i narzuciła swój damski, letni czarny płaszcz z aksamitnym kołnierzem. Tłumaczyła mi przy tym, że Niemców poinfor­mowano, że w tej części szpitala nie ma Powstańców, tylko ludność cywilna. Byłem wciąż półprzytomny ze zmęczenia i nie bardzo dochodziły do mnie jej argumenty, ale nie broniłem się przed tą zmianą. Byłem tylko zaskoczony, że to już koniec Powstania. Mimo wszystko nie zdawałem sobie wciąż sprawy z sytuacji wojskowej.

Dostałem do picia jakąś zimną lurę, która miała chyba udawać kawę. Była dość słodka. “Wsypałam resztę cukru”, usłyszałem od sanitariuszki,” szkoda tu zostawić, a nie wiem czy dałoby się go zabrać. Osłodziłam dwa kotły kawy zbożowej. niech się ludzie choć napiją. Masz tu jeszcze kilka kostek, schowaj do kieszeni”.

Po chwili usłyszałem głośne polecenia personelu szpitala, aby ranni, którzy mogą cho­dzić, a także osoby cywilne, które schowały się w forcie, wychodziły na zewnątrz. Wyszed­łem przed fort i zostałem oślepiony światłem - słońce było już dość wysoko; dzień był pogodny. Dopiero teraz mogłem zdać sobie sprawę z mego wyglądu. Byłem ubrany w woj­sko­we, zielone dreli­chowe spodnie, niemieckie buty wojskowe, koszulę bez prawego rękawa, urwanego przez pa­nią, która zakładała mi opatrunek, oraz w damski, nieco przy­ciasny, czar­ny płaszcz z aksamit­nym kołnierzem, który kiedyś musiał być dość elegancki. Do tego ręka na temblaku i na gębie zarost przynajmniej dwutygodniowy. W sumie musiałem, wyglądać interesująco.

 

Straty  batalionu „Żubr”

 

Tab. 1.  Polegli i zmarli z ran w pododdziałach batalionu „Żubr”

1 komp.

2 komp.

3 komp.

Sztab i Służby

Brak danych

Żubr ogółem

51

115

22

37

16

241

21,2 %

47,7 %

9,1 %

15,4 %

6,6 %

100 %

 

 

 

Tab. 2.  Polegli na ważniejszych odcinkach walk

Boe

BCM

Kam

SOG

KOL

WSD

? ? ?

Roz

71

41

8

39

27

28

22

5

29,5 %

17,0 %

3,3 %

16,3 %

11,2 %

11,6 %

9,1 %

2,0 %

Boe – Boernerów;  BCM – Bielany, CIWF, Marymont;   Kam – Kampinos;

SOG – Straż Ogniowa; ul. Gdanska;   KOl – ul. Kolektorska, Olejarnia;

WSD – Wał Wiślany, Szklany Dom;   ??? – Brak danych;

Roz – rozstrzelani przez Niemców

 

 

Tab. 3. Straty bat. „Zubr” w kolejnych okresach walk

1 – 2 VIII

3 – 15 VIII

16 – 31 VIII

1 – 15 IX

16 – 28 IX

28 – 30 IX

? ? ?

97

15

8

45

10

53

13

40,2

6,2

3,3

18,8

4,1

22,0

5,4

 

 

Tab, 4.  Straty 2. Komp.

Pod Boernerowem

W innych miejscach walk

Ogółem w Powstaniu

Ogółem Żubry / %% Żubrów

71

44

115

241

61,7 %

38,3 %

100 %

47,7 %

 


 


[1]) Najdalej na północ wysunięta placówka na Marymoncie

 

Pomnik  Żołnierzy  „Żywiciela”

Warszawa - Cmentarz Wojskowy - Pomnik żołnierzy "Żywiciela"

 


Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę

Please click on the photo to enlarge

Żołnierze powstańczego Obwodu „Żywiciel” od bardzo dawna wielokrotnie występowali z inicjatywą wystawienia pomnika upamiętniającego naszych poległych kolegów i towarzyszy broni. Napotykaliśmy na różne „obiektywne trudności” zarówno z powodu braku niezbędnych funduszy jak i  ze strony ówczesnej biurokracji.  Po licznych próbach i przeszkodach, których nie potrafię nawet w części opisać, pomnik dzięki ofiarnej pracy wielu ludzi i odwilży politycznej stanął między ulicami Słowackiego i Popiełuszki, na skwerze za teatrem Komedia, a 15 października 1988 roku odbyło się jego uroczyste odsłonięcie.

Projekt pomnika – bardzo skromny – przygotował jeden z naszych kolegów, wykonanie fundamentu i podstawy – „po znajomości” - drugi, tablicę z brązu z napisem wyliczającym Zgrupowania (bataliony) Obwodu, liczbę  powstańców i liczbę poległych załatwił trzeci w zaprzy­­jaźnionym zakładzie. Transport materiałów budowlanych – czwarty. Pozostał jeszcze problem „załatwienia” dźwigu, który podniesie wielki głaz (ok. 3 tony) i ustawi na postumencie. Głaz ten podarował nam i przywiózł (o ile dobrze pamiętam – gdzieś z Olsztyńskiego)  na miejsce gdzie miał stanąć pomnik, przedsiębiorca budowlany, który był za młody, aby brać udział w Powstaniu, ale był bardzo życzliwy dla naszej inicjatywy.

Z budową pomnika wiąże się pewne zdarzenie: drobne, ale bardzo charakterystyczne dla stosunków w latach 80-tych. Miałem wówczas „pod ręką” odpowiedni dźwig samochodowy. Dźwig taki był akurat w homologacji w Instytucie Transportu Samochodowego, którego od około roku byłem dyrektorem. Użycie go do jakichkolwiek zadań wykraczających poza homologację było niedopuszczalne, nie tylko ze względów formalnych, ale także mery­torycznych.

Przedstawiłem problem kilku zaufanym pracownikom, których poglądy były mi dobrze znane, porozmawiałem ze związ­kiem zawodowym i uzgodnionego dnia dźwig wraz z obsługą znalazł się o właściwym czasie we właściwym miejscu. Była tam także spora grupa ludzi, którzy mieli uczestniczyć w wylaniu betonu do wykonanego wcześniej postumentu, niezbędnych pracach murarskich itp.

Gruszkę do przewiezienia betonu załatwił także któryś z kolegów. Gruszka pojechała do wytwórni betonu gdzieś na przedmieściu Warszawy i ... zginęła. Minął uzgodniony termin, czekamy 10, 15 minut, pół godziny, trzy kwadranse. Ludzie się denerwują, bo pourywali się z roboty, „mój” dźwig także powinien już wracać. Ewentualne ponowne zebranie wszystkich niezbędnych uczestników i sprzętu to zadanie graniczące niemal z cudem.

Wreszcie pojawia się gruszka z cementem, spóźniona niemal godzinę. Na powitanie była wiązanka, ale na pewno nie były to kwiaty. A oto wyjaśnienie kierowcy-operatora.

Pojechałem tak jak było uzgodnione, załadowali mi szybko cement i przy wyjeździe na bramie pracownik pyta, dla kogo ten cement?. Jak się dowiedział, że na pomnik powstańców, to gdzieś zatelefonował i powiedział mi. Trzeba było wcześniej to powiedzieć. Niech pan szybko wraca i wyrzuci ten cement, pokażą gdzie. Załadują panu inny. Popilnujcie go tylko przez noc, jak dobrze zwiąże; to wam nawet czołgiem nie wyciągną tego waszego głazu.

Tu małe wyjaśnienie dla tych, którzy tych czasów (na szczęście) nie pamiętają: Nieco wcześ­niej podobnych pomników powstało w całej Warszawie więcej; ale „nieznani sprawcy” część z nich poniszczyli w nocy.

P.S. Nie podaję tu nazwisk współuczestników, gdyż większości już nie pamiętam; przy tym określenia tych co „załatwiali” poszczególne sprawy: „jeden”, „drugi” itd. są czysto umowne i każde dotyczy wielu naszych kolegów i sympatyków naszej sprawy.

pchor. „Zdzich”, plut. 237, II kompania, Zgrupowanie „Żubr”, Obwód  ‘Żywiciel”

prywatnie: Maciej Bernhardt

Warszawa, dn, 3 lipca 2004

 

 M.B.

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

 

2. ----- Original Message -----
From: Paweł Dembiński paweld3@gmail.com
To: dho@dho.com.pl
Sent: Tuesday, December 26, 2006 8:57 PM
Subject: Proszę o kontakt



"Orzeł" plut. 237 II kompania, zgrupowanie "Żubr" , obwód "żywiciel" zwerbowany z liceum rybackiego do sekcji "Boy'a" , Jana Ogulewicza. W Powstaniu: Podleśna, Ciw, Boernerowo, Lotnisko Bielańskie z oddziałem "Góry" , Kampinos, Zdobycz robotnicza, Kampinos, Żoliborz: Kolektorska, Olejarnia, Szklany dom, kapitulacja, Alten Grabow.
Prywatnie Doc.dr Wiktor Dembiński, Olsztyn, tel: (089)5273927. Oczekuję kontaktu z Maciejem Bernhardtem "Zdzichem" plut. 237 II Komp zgrupowanie "Żubr" , obwód "żywiciel".

 


1.----- Original Message -----
From: "Szopa Artur" <ASzopa@era.pl>
Sent: Wednesday, August 04, 2004 4:35 PM
Subject: Wspomnienia o Dziadku "60 Rocznica Powstania Warszawskiego "


 Witam Serdecznie ,

 Z zainteresowaniem przeczytałem ten fragment wspomnień dotyczących
 poniekąd Dziejów Batalionu "Żubr" oraz całości zgrupowań walczących na
 Żoliborzu i ich strat . Te dzieje zawsze przypominają mi o Moim nieżyjącym
 już Dziadku . Jako wnuczek poszukuję informacji , o które wcześniej nie
 zdążyłem zapytać - może jest jeszcze osoba , która pamięta pana Edwarda
 Piecyka pseud. "Dziki" z działań bojowych . Co robił , w jaki sposób
 otrzymał ten pseudonim ?

 Będę wdzięczny za informacje.

  Pzdr
 Artur Szopa


 

 

Powrót