Eksponat Numer - 1 (dział) - 22 (Numer Eksponatu)

 

----- Original Message -----
From: MB
To:  narodowa@narodowa.pl
Sent: Thursday, September 16, 2004 4:26 PM
Subject: Słomniki-Iwanowice

 

"Po Powstaniu 1944"

- Część I wspomnień

- Część II wspomnień

- Część III wspomnień


Fragment wspomnień

„Po Powstaniu”

 

Część I:

  Od kapitulacji Żoliborza do końcowych dni października 1945

 

Szpital

Wczesnym popołudniem ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu zostałem ranny
w prawe ramię. Po założeniu zrzutowego opatrunku w punkcie sanitarnym odpro­wadzono mnie do szpitala powstańczego w starym for­cie w parku Traugutta. Przy wejściu do fortu była mała sprzeczka, bo zażądano ode mnie oddania broni. Nic nie pomogły tłumaczenia, że ten zrzu­towy rewol­wer sam przyniosłem z Kampi­nosu i że uratował mi życie podczas drugiego ataku na Dworzec Gdański. Oglądano z ciekawością postrzeloną rękojeść, ale rewolwer w koń­cu musiałem oddać.

W szpitalu w forcie spotkałem znaną mi lekarkę, koleżankę mego Ojca[1]. Obejrzała mój opa­­trunek. Stwierdziła że jest dobrze założony. Dowiedziałem się też, że miałem dużo szczę­­ścia: kilka milimetrów w lewo i pocisk zgruchotałby kość, kilka w prawo - prze­ciąłby tętnicę (a może odwrotnie – nie pamiętam). „To już ostatnie godziny Powstania - usłyszałem - nie mam cię gdzie położyć, wszędzie leżą ciężko ranni. Znajdź sobie gdzieś miejsce, gdzie mógł­byś chociaż usiąść”.

We wnęce, tuż przy wejściu do fortu, leżeli zabici i zmarli w szpi­talu, których nie można było pocho­wać w ciągu dnia ze względu na bardzo silny ostrzał. Pod mu­rem było trochę miejsca. Od biedy można było się nawet położyć, oczywiście na gołej ziemi. Było mi zupełnie wszystko jedno. Usiadłem pod ścianą i zacząłem natych­miast drzemać. Po chwili „moja”
lekarka przyniosła mi w szklan­ce trochę alkoholu: "Masz napij się, do­brze ci to zrobi". Był to chyba czysty spirytus lekarski; strasznie to było mocne. Natychmiast zakręciło mi się w 
gło­wie i film się przerwał.

Gdy obudziłem się, na dworze było już widno i niesamowicie cicho. Z rzadka dochodziły tyl­ko dalekie pojedyncze strzały, Jakaś sanitariuszka pomogła mi wstać, chyba bardzo
zdzi­wiona, że jeden z nieboszczyków próbuje się podnieść - leżałem przecież pomiędzy trupami.  Zdjęła ze mnie zrzutową angielską kurtkę mundurową i narzuciła swój damski, letni czarny płaszcz z aksamitnym kołnierzem. Tłumaczyła mi przy tym, że Niemców poinformowano, że w tej części szpitala nie ma Powstańców, tylko ludność cywilna. Byłem wciąż półprzytomny ze zmęczenia i nie bardzo docho­dziły do mnie jej argumenty, ale nie broniłem się przed tą zmianą. Byłem tylko za­skoczony, że to już koniec Powstania.

Dostałem do picia jakąś zimną lurę, która miała chyba udawać kawę. Była dość słodka. „Wsypałam resztę cukru”, usłyszałem od sanitariuszki, ”szkoda tu zostawić, a nie wiem czy dałoby się go zabrać. Osłodziłam kawę zbożową. Niech się ludzie choć napiją. Masz tu
jeszcze kilka kostek, schowaj do kieszeni”.

Po chwili usłyszałem głośne polecenia personelu szpitala, aby ranni, którzy mogą chodzić, a także osoby cywilne, które schowały się w forcie, wychodziły na zewnątrz. Wyszed­łem przed fort i zostałem oślepiony światłem - słońce było już dość wysoko; dzień był pogodny. Dopiero teraz mogłem zdać sobie sprawę z mego wyglądu. Byłem ubrany w zielone dreli­chowe spodnie, niemieckie buty wojskowe, koszulę bez prawego rękawa, urwanego przy zakładaniu opatrunku, oraz w damski, nieco przy­ciasny, czarny płaszcz z aksamit­nym kołnie­rzem, który kiedyś musiał być dość elegancki. Do tego ręka na temblaku i na gębie zarost przynajmniej dwutygodniowy. W sumie musiałem, wyglądać interesująco.

Niewola

Przed fortem, po obu stronach parkowej alei, stali żołnierze w mundurach SS z 
auto­ma­tami gotowymi do strzału; jak się później okazało – Ukraińcy lub Rosjanie. Wychodziliśmy, zgodnie z pole­ceniem, „ręce do góry”. Moja prawa ręka na temblaku; a damski płaszcz z trochę zbyt krótkimi rękawami na lewej, podniesionej, ręce odsłonił zegarek; prezent od Ojca na 21-sze urodziny (w styczniu 1944 roku). Jeden z nich, w oficer­skim mun­durze SS, zatrzymał mnie, obejrzał zegarek i zer­wał mi go z ręki, nie zadając sobie trudu z odpięciem paska.

Uformowano z nas kolumnę. Byłem w jej przedniej części; wyszedłem z fortu jako jeden z pierwszych - nocowałem tuż przy wejściu. Szliśmy przez Powązki i Wolę. W kościele na Woli pamiętam krótki odpoczynek. Wieczorem dotarliśmy do Prusz­kowa. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy szliśmy cały czas na piechotę, czy też pod­wieź­li nas pociągiem. Absolutna przerwa w życiorysie.

Tu jestem winien małe wyjaśnienie: trzeci dzień nie miałem nic w ustach (jeżeli nie li­czyć „lekarstwa” w szpitalu w for­cie). Podczas odpoczynku w kościele wolskim roz­da­wano jakąś zupę i chleb. Do chleba się nie dopchałem; zupy nie dostałem, bo nie miałem jej w co wziąć.

Jak przespałem pierwszą noc w hali warsztatów kolejowych w Pruszkowie (które służyły za Durchgangslager - obóz przejściowy) - nie wiem. Obudziłem się wcześnie rano potwornie zmar­znięty i wściekle głodny. Przypomniałem sobie o kostkach cukru w kieszeni płaszcza. Bar­dzo się teraz przydały. Nie miałem żadnych bagaży, nic nie trzymało mnie w miejscu
me­go noclegu. Wyru­szyłem więc "na spacer" po hali, żeby zorientować się w sytuacji. Nie było to łatwe, wszędzie leżeli ludzie, wielu rannych, chorych, tobołki, walizki ... Trudno było zna­leźć miejsce na postawienie nogi.

W pewnej chwili usłyszałem ciche wołanie. Jakiś głos kobiecy powtarzał mój
pse­udonim "Zdzich". W mrocznej i potwornie zatłoczonej hali nie mogłem dojrzeć kto woła i czy to do mnie. Udało mi się podejść nieco bliżej i rozpoznałem panią, którą widywałem w szpitalu powstańczym przy ulicy Krechowieckiej, gdzie kil­kakrotnie od­wiedzałem rannych kolegów z na­szej kom­panii. Wreszcie z trudem doszedłem do niej. Trzymała w ręku kawałek suchego chle­ba. Po­czułem w tym momencie nie­sa­mowity głód. Widać było to chyba z mojej miny, bo nie pyta­jąc, wyciąg­nęła z torby pajdę czarnego, przydziałowego chleba i podała mi go. Sma­kował jak najlepszy tort.

„Musimy prędko coś z tobą zrobić” - usłyszałem. „Przecież Niemcy zaraz cię stąd wyłus­kają. Skąd tyś się tu wziął pomiędzy cywilami. Masz na gębie napisane, że jesteś powstań­cem i powinieneś być w niewoli. To chyba cud, że udało ci się tutaj dojść. Takich jak ty wy­ła­py­wali po drodze; niektórych nawet rozstrzeliwali na miejscu. Dlaczego nie wyszedłeś z ran­nymi powstańcami” ? „Po­cze­kaj tu. Muszę prędko coś dla ciebie zorganizować. Spo­tykamy się pod tym słupem, kiedy - nie wiem, ale czekaj koniecznie”.

Odeszła w głąb hali, dając sobie sprawnie radę z omi­janiem leżących ludzi i ich bagaży. Ja usiadłem na podłodze i na­tych­miast usnąłem. Mogłem wtedy spać w każ­dej pozycji i 
sytu­acji. Zaległości miałem og­rom­­­ne.

 Obudziło mnie gwałtowne szarpanie za rękę. Ktoś zdejmował ze mnie płaszcz i odwijał rękaw koszuli, jedyny, jaki mi pozostał. Zobaczyłem kobietę w białym fartuchu pochylającą się nade mną ze strzykawką w ręku.

„Zwariowała pani (mój ówczesny słownik był mało elegancki) - to jest lewa ręka, a ja jestem ranny w prawą. Po co mi ten zastrzyk ?”

Zastrzyk jednak dostałem. Gdy postać w białym fartuchu powstała, ukazała się ocze­ki­wana przeze mnie nieznajoma i powiedziała mi cicho do ucha: dostałeś za­strzyk z mleka, zwykłego krowiego, tyle, że przegotowanego. Wkrótce dostaniesz silnej gorączki - to
normal­na reakcja organizmu na obce białko. Rozpoznamy tyfus i zo­staniesz przeniesiony do baraku chorych na tyfus. Stamtąd spróbujemy cię wydostać.

 Wszystko odbyło się zgodnie z programem, z tą tylko korektą, że dostałem bardzo
wy­sokiej gorączki i szoku, tak, że podobno ledwo mnie odratowali. Byłem dwie doby
nieprzy­tom­ny. Za to niemiecki lekarz, który decydował o przeniesieniu do szpitalnego baraku tyfusowego, nie miał najmniejszych wątpliwości co do prawidłowości  tyfusowej dia­gnozy.

Po odzyskaniu przytomności byłem tak słaby, że nie miałem siły mówić. Byłem za to ciągle głodny. Karmiono nas tam dość dobrze. Skąd zdobywano żywność - nie wiem, Na pew­no nie były to tylko normalne przydziały niemieckie. Po dwóch dniach zjawiła się "moja"
sa­nitariuszka w bia­łym fartuchu z opaską czerwonego krzyża i z wiado­mością: „Dziś wieczorem wychodzisz. Niem­cy zanadto interesują się szpitalem, chyba coś wy­wąchali. Mamy tu więcej takich chorych na tyfus jak ty.

 Nie wierzyłem, że uda mi się wyjść. Rzecz nie w przejściu przez "Wachę", bo
oddział tyfuso­wy nie był praktycznie pilnowany, ale nie wierzyłem, że dam radę
utrzy­mać się na no­gach. A jednak ubrany w biały fartuch, z opaską czerwonego krzyża wyszedłem z "moją" sa­ni­tar­iuszką, niosąc z nią jeszcze wielki kosz - na szczęście pusty - na chleb dla szpitala.

 Tu znów przerwa w życiorysie. Pamiętam jak przez mgłę, że przez kilka dni leżałem w ja­kimś małym domku, intensywnie karmiony. Gospodarze byli prostymi ludźmi, chyba koleja­rzami, i gościli, oprócz mnie, jeszcze dwie warszawskie rodziny z małymi dziećmi.
Na­d­­spo­dzie­wanie szybko powracały mi siły, przestrzelone ramię specjalnie nie doku­czało. Niepoko­iłem się bardzo o Rodziców i Siostrę - mieszkali w rejonie Starego Mia­sta - nic o nich nie wie­dzia­łem. Gdy tylko poczułem się nieco lepiej - wbrew ostrze­żeniom gościnnych gospodarzy - po­sta­­nowi­łem wyjść "na miasto" i pró­bo­wać dowiedzieć się cze­goś o rodzinie. Może uda mi się spot­kać kogoś znajomego.

 Wyszedłem i ... po dwóch godzinach byłem znów w tym samym obozie. Zatrzymał mnie pierwszy napotkany patrol. Nie mieli najmniejszych wątpliwości co ze mną zrobić. Na szczęście był to patrol Wehrmachtu i zachowywali się spokojnie, wręcz beznamięt­nie.
Wpad­łem w idio­tycz­ny sposób. Tyle tylko, że byłem obecnie w dużo lepszej formie fizycznej, a tak­że orien­to­wałem się nieco w działalności obozu z włas­nych skromnych doświad­czeń, a prze­de wszystkim informacji, jakie przy­chodziły wciąż do moich gospodarzy.

Trafiłem do tej samej hali, w której już byłem. Wiedziałem teraz że jej "zawartość" jest segre­gowana, według niezbyt jasnych kryteriów: do robót w Niemczech, do obozów
koncen­tra­cyj­nych, zaś starych mężczyzn, kobiety i dzieci rozwożono na ogół do
róż­nych miejsco­woś­ci w Ge­ne­ralnej Gubernii. Interesowała mnie oczywiście jedynie ta ostatnia grupa. Trudno było jednak zaliczyć mnie do starców i kobiet, nie wyglądałem też jak dziecko. Wiedziałem już, że transporty do Generalnego Guber­natorstwa odcho­dzą sprzed sąsiedniej hali.

Byłem w miarę wypoczęty i odkarmiony, więc w nocy nie położyłem się spać, lecz
łazi­łem po swej hali, wychodziłem przed nią, aż do otaczających ją drutów kol­czastych. Amato­rów prze­skoczenia do sąsiedniej hali było więcej. Przy bramie grupa kobiet z dziećmi pertrak­to­wała z Wachmanem, żeby je tam przepuścił. W ruchu były butelki z wódką (skąd ją miały ?), chyba tak­że pierścionki.

Podszedłem bliżej, założyłem na głowę kawał pstrokatego nylonu ze spadochronu (ze zrzutów z Kampinosu - za­cho­wałem na pamiątkę; w tylnej kieszeni spodni, więc ocalał
pod­czas wymiany „umundurowania”), tak jak to robią kobiety wiejskie i gdy przy bramie dobito targu, podbiegłem i w grupie kilkunastu kobiet z dziećmi, a także kilku męż­czyzn, którzy wyroś­li jak spod ziemi, trzymając za rękę przerażoną kilku­letnią dziewczynkę, przebiegłem do sąsiedniej hali. Noc była ciemna, obowiązywało zaciemnienie. Wartownicy coś krzyczeli, padły dwa strzały z pistoletu, ale nikomu nic się nie stało. Cały ten rwetes miał chyba jedynie słu­żyć za alibi dla wartowników.  Do hali weszło kilku Niemców, świecili latarkami po leżą­cych, rozmawiali w przej­ściu przez chwilę, i ... wyszli.

Po dłuższej chwili przeszedłem na drugą stronę hali. Dowiedziałem się, że właśnie
for­mowany jest tran­sport do Generalnej Guberni. Była więc szansa. W ciemnej hali mój wiek i niezwykły ubiór (wciąż taki sam, jedynie koszulę w kolejarskiej melinie dostałem z dwoma rękawami) nie zwra­cał specjalnie uwagi. Podszedłem do rodziny z trójką małych dzieci i stosunkowo dużym bagażem. Nie wdając się w szczegóły powiedziałem: muszę dostać się z wami do tego tran­s­portu. Nie byli zachwyceni tą propozycją, ale nie odmówili pomocy.

 Dostałem do niesienia ogromny tobół. Najstarszy, chyba ośmioletni, chłopiec zro­zu­miał w mig sytuację: „niech pan go tak niesie, żeby nie było widać ręki na temblaku. Ja pomogę z dru­giej strony”. Znów chustka na głowę i już jesteśmy w wagonie. Jest to otwarta węglarka, zapcha­na tak, że nie ma mowy, aby usiąść. Z wielkim trudem udało się posadzić na tobołach dzieci. Ja ulokowałem się w kącie wagonu. Luksu­sowe miejsce, w kącie było bardzo dobre oparcie, można było spać na stojąco.

Zaczął padać drobny deszcz. Po niezbyt długim oczekiwaniu pociąg ruszył.
W na­szym wa­­go­nie były kobiety, dzieci i kilku starszych mężczyzn. W sąsiednich, jak
mog­łem się zor­ien­tować, gdy się rozwidniło, skład pasażerów był podobny. Co kilka
wago­nów w budkach stra­ż­niczych siedzieli uzbrojeni Niemcy.

Według informacji uzyskanych w kolejarskiej melinie, tego rodzaju transporty były
wy­sy­łane do różnych miejscowości w Generalnej Guberni i rozlokowywane po wsiach i 
mia­s­tecz­kach. Nie byłem jednak w pełni przekonany, że to prawda i postanowiłem zwiać, jak tylko będzie okazja. Takich mądrych było w pociągu więcej. Próbowali ucie­­kać wkrótce po odjeździe. Wartownicy strzelali. Z jakim skut­kiem nie wiem. Padał deszcz i było bardzo ciemno. Myślę, że była duża szansa ucieczki. Uważałem jednak, że jesteśmy zbyt blisko Warszawy i muszą tu być liczne patrole wyłapujące amatorów ucieczki. Wkrótce rozwidniło się. O uciecz­ce nie było teraz mowy.

Deszcz przestał padać, ale dzień był pochmurny. Pociąg wlókł się, zatrzymywał się na małych stacyjkach i w szczerym polu, przepusz­czał transporty wojskowe. Następ­nej nocy minął Jędrzejów i Miechów. Byliśmy coraz bliżej Krakowa, ale i Oświęcimia. Postanowiłem uciekać nie zwlekając. Nie miałem ochoty sprawdzać czy uzyskane informacje o docelowych punktach tran­sportów były prawdziwe. Liczyłem, że wac­h­mani, wszyscy, których widziałem mocno już starsi, też są zmęczeni. Nie widziałem, aby ich zmieniano.

Na pewnym zakręcie pociąg bardzo zwolnił. Było ciemno, znów mżył drobny deszcz, blisko toru widać było drzewa, chyba las. Z trudem, bo moja prawa ręka nie nadawała się do użytku, podciągnąłem się na krawędź tylnej ściany wagonu i ześlizgnąłem się po­między wagony, stając na zderzaku. Jeszcze ostatni rzut oka na zbocze nasypu, czy nie ma tu akurat słupa telegraficznego, przepustu, czy innej niepożądanej przeszkody. Ode­p­chną­łem się z ca­łych sił i potoczyłem po bocznej ścianie nasypu. Żaden z wartowników niczego nie zauwa­żył. Nie uraziłem rannej ręki, nie byłem nawet zadraśnięty.

Odczekałem, aż pociąg przejedzie i ostatni wagon zniknie za zakrętem. Wstałem i 
wsze­d­­łem, jak mi się zdawało, do lasu. Okazało się jednak, że nie był to las, tylko kę­pa drzew, a za nimi pola. Nie wiedziałem gdzie jestem, nie miałem mapy, ani kom­pasu. Wie­działem tylko, że muszę jak najprędzej oddalić się od toru.

Poszedłem przed siebie. Po długim marszu polnymi miedzami i przejściu trzech -
czte­rech [2]) kilometrów zobaczyłem zarysy zabudowań jakiejś wioski. Przysiadłem w rowie i zaczą­łem nasłuchiwać. Wieś spała, ale odzywały się psy, bydło w oborach. Doszed­łem do wnios­ku, że we wsi obcych nie ma. Nie tak odzywa się śpiąca wieś, gdy są w niej obcy ludzie.

Wszedłem do wsi. Psy zaczęły swój koncert, zapukałem do jednej z pierwszych chałup. Nie omyliłem się, trafiłem na dobrych ludzi, którzy przyjęli mnie w nocy pod swój dach, nic o mnie nie wiedząc i o nic nie pytając. Była to wieś Iwanowice Dworskie koło Słomnik.

Iwanowice     Dworskie 

We wsi trafiłem do domu młodego małżeństwa z trójką małych dzieci. Naj­starsze miało ze cztery lata, najmłodsze – kilka miesięcy. O nic nie pytali, dali jeść i po­łożyli na podłodze na sien­niku pod kocem. Nie wiem, o której godzinie dotarłem do ich domu. Straciłem zupełnie po­czu­cie czasu. Wydaje mi się, że musiało być już po północy. Na wsi nie jest to godzina najbardziej odpowiednia do odwiedzin.

Na drugi dzień obudziłem się dość późno. Ruch w chałupie był już w pełni, gdy ocknąłem się i przez dobrą chwilę nie mogłem zorien­tować się gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Gospodarze i ich dzieci byli już po śniadaniu. Gdy po ubraniu się i ablucjach na po­dwórzu przy studni wróciłem do chałupy, dostałem kawał chleba domowego wypieku oraz talerz zacierek na mleku. Po śniadaniu usiłowałem pomóc gospodarzom w ich robocie. Nie chcieli jednak o tym słyszeć. "Przecie pan ranny, niech se pan odpocznie nieco; widać, że się panu to należy. Można popilnować dzieci".

Byłem w Iwanowicach chyba pięć dni. Dwa dni przeleżałem na swym sienniku -
dosta­łem wieczorem dużej gorączki. Nie bardzo wiem, co się ze mną działo. Moi
gospodarze opiekowali się mną. Pamiętam, że poili mnie jakimiś bardzo niesmacznymi ziółkami. Po dwóch dniach go­rącz­ka tak samo nagle jak przyszła tak i odeszła. Czułem się jednak bardzo słaby.

Wieczorem gospodarz zaprowadził mnie na plebanię do księdza. Ksiądz, mocno już star­szy, widać był uprzedzony o naszej wizycie, gdyż wiedział, że jestem pow­stań­cem
war­szawskim, że jestem ranny w rękę, a także że leżałem dwa dni z wysoką gorączką. Powie­dział mi to wszystko na powitanie i dodał że nic więcej o mnie nie musi wiedzieć. Zawołał swą gospodynię i wspólnie zdjęli mi opatrunek z ramienia. Przemyli mi ranę jakimś płynem, zasypali pudrem dezynfekującym i założyli nowy opatrunek. Widać by­ło, że nie pierwszy raz mieli do czynienia z opatrywaniem rany.

Po tych czynnościach samarytańskich, ksiądz zaprosił mnie i mego gospodarza na "skro­m­­­ny posiłek". Usiedliśmy do stołu, na który po chwili gospodyni przyniosła miskę
pie­ro­gów z mię­sem. Wstaliśmy i ksiądz zaczął odmawiać modlitwę. Widziałem, że był wyraźnie zado­wolony, gdy włączyłem się i okazało się, że znam jej słowa.

Po kolacji zapytałem o kontakt z miejscową placówką Armii Krajowej. Otrzy­małem odpowiedź wymijającą. „Przychodzą tu „leśni” od czasu do czasu, zwykle zupełnie nie­spo­dzie­wanie. Jak się pojawią, to mnie zawiadomią - widocznie pomimo serdecz­nego przy­ję­cia i mi­łej rozmowy, bali się jednak rozmawiać ze mną zupełnie otwarcie. Nic dziw­ne­go, nic o mnie nie wiedzieli

Zapytałem więc o okoliczne majątki i nazwiska właścicieli; może kogoś z nich znam.
Py­tanie to zostało przyjęte z wyraźną rezerwą. Dowiedziałem się, że w więk­szości majątków sto­­ją od­działy niemieckie lub są niemieccy administratorzy i nie powinienem się tam
poka­zy­wać.

 Powiedziałem, że nie mogę tu dłużej siedzieć, bo mam obowiązek nawią­zać kontakt z AK, jestem przecież żołnierzem i nikt mnie z przysięgi nie zwolnił, a po­­nadto w razie, zawsze możliwego czyjegoś donosu, lub przypadkowego przybycia Niem­ców, narażam swą obecnością moich gospodarzy. Dostałem wymijającą odpowiedź, że Niemcy bywają w tej okolicy rzadko, a donosów to nie trze­ba się bać. Był taki jeden we wsi co donosił, ale już dawno ziemię gryzie.

 Następnego dnia była piękna jesienna, ciepła pogoda. Droga przez wieś biegła płytkim wąwozem. Usiadłem obok "mojej" zagrody na skraju jego skarpy i grzałem się na słońcu. Po pew­nym czasie przysiadła się do mnie pani w wieku około 50 lat, ubrana "po miejsku".
Prze­prosiła, że mi przeszkadza, ale ona także jest z Warszawy, wydostała się przez Pruszków. Jest tu u krewnych. Dowiedziała się o mnie, no i chcia­łaby porozmawiać. Może przypadkiem spot­kałem podczas Powstania kogoś z jej rodziny. O wielu bliskich nie ma żadnych wiado­mości. Rozmawiałem z nią przez dłuższy czas. Ucieszyła się, gdy jej powiedziałem, że wal­czy­łem, na Żoliborzu. Mieszkali tam jej bliscy kuzyni. Nic o nich nie wie, gdyż ona sama była podczas Powstania na Woli. Bardzo się o nich niepokoi.

Dopiero po dłuższej rozmowie zorientowałem się, że jak na osobę, która była na Woli, a więc wyszła z Warszawy w pierwszym, najdalej drugim tygodniu Powstania, to zbyt dobrze wie co się działo na Żoliborzu. W pierwszej chwili przestraszyłem się, że jest to podstawiona konfidentka niemiecka. Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że "zwi­nięcie" mnie nie
wy­magało aż takich skomplikowanych zabiegów. Był to wy­raź­ny skutek wczorajszej wieczornej wizyty na plebanii.

Wieczorem mój gospodarz zapytał mnie czy mam krewnych lub znajomych w 
Kra­ko­wie. Zgo­d­nie z prawdą odpowiedziałem, że krewnych nie mam, natomiast mam znajomych. My­śla­­łem o pannach Kramarzównach, które poznałem podczas ostatnich przedwojennych wa­kacji.

 "Tu może pan zostać, ale ksiądz powiedział, że dobrze byłoby, żeby pańskie ramię zoba­czył jednak chirurg, bo coś mu się tam trochę nie podoba. W tym stanie do lasu nie nadaje się pan, więc jeżeli ma pan możliwości zamelinowania się w Kra­kowie, to może lepiej tam poje­chać. Ale jeżeli nie, to może pan zostać tu aż do całkowitego odzyskania sił i władzy w ręku”. Nie bardzo pasowało mi siedzenie bezczynne na wsi. Odpowiedziałem więc, że chętnie po­jechałbym do Krakowa, ale jak to zrobić? Z pociągu wygarnie mnie pierwszy niemiecki pa­trol, a na piechotę trochę za daleko.

Jutro rano jedzie do Krakowa samochód z mleczarni, sami zaufani ludzie. Wysa­dzą pa­na przed miastem, bo na rogatkach jest szczegółowa kontrola. Pokażą panu jak prze­dostać się do miasta przedmiejskimi zaułkami.

Zdecydowałem się natychmiast - jadę jutro. Ale jest jeden problem. Nie mogę
jechać w zie­­lo­nych, wojskowych, spodniach i damskim płaszczu. „Na spodnie mogę się z panem zamienić - jesteśmy po­dob­nego wzrostu, ale na płaszcz nie mam rady”.

Na drugi dzień o świcie podziękowałem gorąco moim gospodarzom za gościnę i pomoc. Na pożegnanie otrzymałem od nich bochen domowego chleba oraz kawał wędzonego bocz­ku, za­wi­nięte w czyste białe płótno i włożone do torby z paskiem na ramię, uszytej z grubego płótna. Gospodarz podwiózł mnie wozem do skrzyżowania dróg, gdzie miał mnie przekazać konwo­jentom z mleczarni.

Po kilku minutach zjawił się stary ciężarowy Opel przerobiony na "Holz­gaz" (ge­­ne­­rator gazu opalany drewnem). Zo­stałem umieszczony na skrzyni, pod opoń­czą, za bańkami z mle­kiem, pod stertą worków, tuż przy przedniej bur­cie. Uprze­dzili mnie, że w od­ległości paru kilometrów jest punkt kontrolny, ale nie mam się niczego obawiać, tylko mam być cicho i nie ruszać się.

Pożegnałem się z moim gospodarzem i samochód ruszył. Po około 10 minutach jazdy zatrzymaliśmy się. Słychać było niemieckie głosy. ktoś podniósł tylną część opończy.
Z roz­mo­wy z jadącymi na skrzyni robotnikami wynikało, że kontrolujący znają ich dobrze. Nie sprawdzali żadnych papierów. Dostali bańkę śmietany, paczkę masła i poje­cha­­liśmy dalej. Nie wiem ile czasu jechaliśmy. Było mi okropnie niewy­godnie leżeć na deskach skrzyni samochodu, przy­ciśnięty workami i potrącany przez jakieś puste skrzynki. Wreszcie
samo­chód zatrzymał się. Z trudem wydostałem się z mego kąta i zaskoczyłem na ziemię. Byłem tak ścierpnięty, że przez chwilę po­ruszałem się jak paralityk.

 Kraków

„To koniec naszej wspólnej jazdy” - usłyszałem. „Kilometr za tym zakrętem jest znów punkt kontrolny, ale tam nie ma już szans na przewiezienie pana. Musi pan stąd iść pieszo. Niech pan uważa, bo w Kra­kowie jest dużo uciekinierów z Warszawy i Niem­cy robią na nich obławy. Nie ma pan zaświad­cze­nia o zwolnieniu z obozu w Prusz­kowie. W  razie złapania pewne więzienie lub obóz koncen­tracyjny".

 Dostałem szczegółową instrukcję jak mam iść, aby nie wpaść na znane stałe posterunki niemieckie. Oczywiście były jeszcze patrole, ale te nie miały stałych tras i trzeba było liczyć na szczęście, że się ich nie spotka, lub zobaczy z odległości dostatecznie dużej, aby je wyminąć. Instrukcja była długa i bardzo skomplikowana. Miasta nie znałem praktycznie wcale. Byłem w Kra­kowie z wycieczką z rodzicami i ostatni raz ze szkołą krótko przed wojną, czyli przed pięciu laty. Orientowałem się w samym centrum miasta, ale nie znałem nazw ulic (zre­sztą teraz większość miała zmienione nazwy). Nie miałem przy tym pojęcia, gdzie w tej chwili się znaj­duję. Nazwa przedmieścia, którą mi podano, absolutnie mi nic nie mówiła.

Pożegnałem się z moimi towarzyszami podróży, podziękowałem za podwiezienie, przy­jąłem życzenia powodzenia, zarzuciłem na ramię pasek od torby z wałówką i poszedłem zgodnie z otrzy­manymi wskazówkami.

Nie pamiętam zupełnie szczegółów wędrówki do centrum miasta. Nie miałem żad­nego punktu docelowego, gdyż nie znałem ani jednego adresu w Krako­wie. Wylądowałem w 
koń­­cu na plantach i poczułem, że jestem bardzo głodny. Usiadłem więc na najbliższej ławce i wyciągnąłem z torby chleb, boczek, mój ogrodniczy kozik i zacząłem jeść.

Obok mnie na ławce siedziała para staruszków. Oboje mieli chyba co najmniej po 80 lat[3]), byli bardzo schludnie ubrani. On czytał gazetę, ona robiła coś na drutach. Od czasu do czasu wymieniali półgłosem swoje uwagi.  W pewnej chwili, gdy kroiłem właśnie chleb, usłyszałem: "Popatrz Kaziuniu (zapa­mię­tałem do dziś to zdrobniałe imię) jak się tym warszawiakom powodzi. Myśmy białego chleba i boczku nie jedli już od wielu miesięcy".

W pierwszej chwili zdębiałem. Przestałem kroić chleb, spojrzałem w ich stronę i całą siłą woli musiałem powstrzymać się, aby nie zarżnąć ich trzymanym w ręku kozikiem, gdyż uwaga ta była dla mnie tak niesamowita, że pierwszą moją reakcją było zamknąć na zawsze te obłudne gęby.

Wiem, że ci co będą po latach czytali te słowa nie uwierzą w nie. Po pięciu latach wojny i Powstaniu, stałym zagrożeniu śmiercią i stykaniu się z nią na co dzień, reagowaliśmy jednak zupełnie inaczej, niż wyobrażają to sobie ludzie żyjący w miarę normalnych warunkach.

Nie odezwałem się ani słowem, ale musiało być we mnie coś niepokojącego, gdyż oboje nerwowo poderwali się i szybko odeszli, oglądając się niepewnie za siebie.

Byłem wściekły, ale i przerażony tą mentalnością. Przecież ten napoczęty bochen chleba i ka­wałek boczku, to cały mój majątek. Nie mam nawet marynarki, kurtki lub swetra. Chodzę w dam­skim płaszczu. Wszystko straciłem w Warszawie. Nie wiem, czy uda mi się znaleźć w Kra­kowie moich znajomych; gdzie będę dziś spać; co będę jadł, gdy skończy się wałówka od dobrych ludzi z Iwanowic? Co za cholerni krakow­scy centusie. Przecież to byli inteligenci, a nie jakieś zdegenerowane łobuzy. Dłuższą chwilę nie mogłem się uspokoić. Wciąż nie mie­ściło mi się w głowie, że Polak, inte­ligent, mógł w podobny sposób się odezwać. Nie o to chodzi, że do mnie. Ale jak w ogóle moż­na coś takiego powiedzieć ludziom po tak strasznej narodowej tragedii.

Zwinąłem wreszcie resztki mojej wałówki do torby i zacząłem się zastanawiać co dalej robić. Musi tu być gdzieś biuro adresowe. Pójdę tam i dostanę adres, jednej z Krama­rzówien. Było ich trzy i mama, któraś z nich musi być w Krakowie. Tak, tylko kogo zapytać teraz o to gdzie jest biuro adresowe, żeby nie trafić na podobne typki jak ci, których o mało nie zarżnąłem kozikiem.

Idąc przez Planty zobaczyłem szalet publiczny. Pojawił się na mojej drodze akurat, gdy był już pilnie potrzebny. Wychodząc zobaczyłem babcię klozetową porządkującą coś przy wejściu. Zapyta­łem ją o biuro adresowe. „Jest, a jakże, jest w Krakowie, tu niedaleko przy ulicy (nazwy nie pamiętam), przy komendzie policji”.

Już zaczynałem się cieszyć, że moje problemy są bliskie rozwiązania, a tu takie zakoń­czenie oczekiwanej informacji. Na policję nie mam po co chodzić. Ale stanie przed publicznym szaletem to też nie jest rozwiązanie. Poszedłem więc w kierunku wskazanym przez bab­cię klozetową.

Utkwiło mi w pamięci, że budynek komendy policji mieścił się przy placu lub przy szerokiej ulicy. Stanąłem w bezpiecznej odległości po drugiej jej stronie i oglądając puste wystawy sklepowe, obserwowałem w szybach wysta­wowych budynek komendy. Przy głównym wejściu stało kilku policjantów pod bronią, były tam też zasieki z drutu kol­czast­ego ograniczające możliwość przechodzenia przed budynkiem oraz nie obsadzone gniazdo karabinu maszy­nowego, osłonięte wor­kami z pias­kiem. Do budynku wchodziło i wy­cho­dziło z niego niewielu ludzi. Wszyscy wchodzący, nawet oficerowie, byli legitymowali.

Z boku budynku, chyba po prawej jego stronie, widać było grupki osób, sprawia­jących z da­leka wrażenie, że mogą to być uciekinierzy z Warszawy, którzy, wydawało się, wchodzą i wy­cho­­dzą z bocznego jego skrzydła. Poszedłem w tamtym kierunku, trzymając się jednak drugiej strony ulicy (placu ?).

Upatrzyłem sobie starszą panią idącą powoli o lasce, która mogła być jedną z osób wycho­dzących z tego skrzydła. Gdy była od niego już dość daleko, podszed­łem do niej i zapy­tałem, czy nie wie, gdzie tu jest biuro adresowe.

"Ależ wiem, właśnie stamtąd wracam".

"Niech mi pani łaskawie powie czy obsługa tam jest pol­ska?"

"Tak polska. Ja też wahałam się, czy można tam iść, jeżeli to mieści się w 
bu­dyn­ku policji i jej podlega. Obsługa jest polska; bardzo się starają pomóc. Tylko straszny tam tłok. Wprost nie można się docisnąć. Tam jest nie tylko biuro adresowe, ale i biuro meldunkowe."

Odczekałem dobrą chwilę, aż w kierunku wejścia do biura adresowego szła nieco większa grupka ludzi i wszedłem wraz z nimi. Rzeczywiście tłok był tam niemi­łosierny. Kolejka stała już na schodach. W tłoku mój damski płaszcz i ręka na temblaku nie rzucały się ludziom w oczy, ale z drugiej strony dłuższe stanie w kolejce zwiększały szansę na to, że zain­teresuje się mną ktoś nie­pożądany. Skorzystałem więc, gdy urzędniczka wywołała kilka nazwisk, wprawdzie nie do biura adresowego, lecz mel­dunkowego, i wraz z wywołanymi poszedłem schodami na górę. Nikt nie zwrócił uwagi, w ogólnym zamieszaniu, na dodatkowego "wywołanego".

Na korytarzu zobaczyłem tabliczkę "Biuro adresowe". Rzuciłem więc w kierunku idącej na przedzie naszej grupy urzędniczki, "dziękuję pani" i wszedłem pewnie do pokoju omijając, kar­nie czekającą pod drzwiami, kolejkę. Nikt nawet nie zapro­tes­tował.

Był to bardzo duży pokój podzielony barierką na dwie części. Przed nią ze dwadzieścia osób czekało na możliwość złożenia zapytania o adres - na piśmie, na wyłożonych drukach. Za nią – kilka urzędniczek biegało pomiędzy szafami pełnymi segre­ga­torów i inte­resantami. W pokoju było duszno i panował w nim nieopisany zamęt i hałas.

Nieco luźniej (co nie znaczy luźno!) było po prawej stronie tego pomieszczenia. Część ba­rier­ki była odgrodzona, urzędniczki nie podchodziły tam do interesantów; w barierce były drzwi­czki, przez które od czasu do czasu ktoś z personelu wchodził i wychodził. Stanąłem przy nich i zastanawiałem się jak dopchać się do którejś z informatorek.

Po chwili drzwiczki uchyliły się i zatrzymała się w przejściu starsza pani. Chwyciła mnie za rozpięty płaszcz, zasłoniła nim moją rękę na temblaku i zapytała „co pan tu robi?” Zdziwiony, bo wydawało mi się to oczywiste, odpowiedziałem, że szukam adresu. Popatrzyła na mnie jak na wariata i do­noś­­nym głosem powiedziała "ach jak to dobrze, że pan wreszcie przyszedł, tu trzeba coś zrobić z tymi drzwiami, bo wciąż się zacinają". Otworzyła drzwiczki w barierce, do­słownie wciąg­nęła mnie do środka; otworzyła drzwi od stojącej z boku szafy i wepchnęła mnie tak, że byłem nimi zasłonięty od wzroku większości obecnych w pokoju.

"Panie, przecież tu aż się roi od szpiclów; co raz to kogoś stąd wyprowadzają; jak pan mógł przyjść tu; przecież pana nie trzeba pytać kim pan jest. Kogo pan szuka?".

W tym momencie zawahałem się. Kramarzówny na pewno są zaangażowane w kon­spirację. Pytając o nie, mogę naprowadzić na ich ślad. Moja rozmówczyni widocznie zauważy­ła to waha­nie. "Szkoda czasu" usłyszałem, "jakbym chciała pana wydać, to już bym to zrobiła, a  informacje to oni już potrafią wyciągać."

Chwileczkę, zaraz wypełnię druczek. "Kompletny wariat, pan chyba w głowę był ranny, a nie w rękę; nic nie pisać!" Podałem wreszcie nazwisko, ale imię i wiek zmie­niłem. Odeszła szukać w segregatorach. Wróciła po paru minutach: "Taka tu nie mieszka". Wahałem się, czy podać prawdziwe dane, gdy dodała "nikt o tym nazwisku nie jest zameldowany w Krako­wie".

Milczałem dłuższą chwilę, nie wiedziałem co robić, co powiedzieć. Musiała do­strzec moją zatroskaną minę, bo zmieniła ton ze strofującego nierozważnego chło­paka, że przychodzi do miejsca, które powinien obchodzić z daleka, na bardziej łagodny i 
współ­czujący: "Nie zna pan nikogo innego w Krakowie?".

Nikt nie przychodził mi do głowy. Nie mieliśmy żadnych krewnych, ani znajomych, nawet dalekich, w tym mieście. I nagle olśnienie, przecież mój kolega z wojennej Politechniki (PWST), Zbyszek Łukowiecki, mieszkał z rodzicami w Krakowie. Do Warszawy przyjechał na studia. Nazwisko jego mogę podać bez obawy, na pewno nie ma go w domu. Wiem, że był w AK i jes­tem pewien, że brał udział w Powstaniu, choć nie mam pojęcia, gdzie i w jakim od­dziale. Znalazł własną drogę do konspiracji.

Podałem jego dane. Wróciła po chwili z adresem "ulica Kanonicza, numer ..., mieszkanie numer ...". Z radości chciałem ją pocałować w rękę. Ale w obu trzymała jakieś papierzyska. Wobec tego, nie namyślając się długo pocałowałem ją w policzek i zacząłem przepychać się ku wejściu.

 Złapała mnie za rękaw, gubiąc przy tym plik papierów. "No mówiłam, że kom­pletny wariat. A czy pan wie gdzie to jest ?". Nie mam pojęcia. "No to niech pan słucha, to niezbyt daleko". Dostałem dokładną instrukcję jak tam dotrzeć i ostrze­żenie, żeby nie iść od strony Wa­welu, bo tam często chodzą patrole policyjne.

Wyszedłem z budynku i bez większych trudności i przygód dotarłem pod wskazany adres. Była to bardzo stara kamienica, jak zresztą wszystkie na tej ulicy, mocno zniszczona. Miesz­kanie o podanym numerze znajdowało się na drugim (o ile dobrze pamiętam) piętrze. Wszedłem, stanąłem pod drzwiami i zawahałem się. Przecież rodziców Zbyszka nigdy na oczy nie widziałem. Nie wiem czy wiedzą w ogóle o moim istnieniu. Nie mam jednak wyboru, trze­ba nacisnąć dzwonek i zobaczymy co będzie dalej.

U  Łukowieckich

Otworzyła mi matka Zbyszka. Przedstawiłem się jej, ale moje nazwisko nic jej nie mówiło. Zapy­tałem czy zastałem Zbyszka. Dowiedziałem się, że jest nieobecny. Nie wiedziałem czy chwilo­wo, czy też nie ma go w Krakowie. Dodałem więc, że jestem jego kolegą, a także Andrzeja Krupińskiego (wiedziałem, że ich rodzice byli zaprzy­jaźnieni za sobą - "Moi przyjaciele i koledzy z okupacyjnej Politechniki - Konstancin; prawdopodobnie lipiec 1944r: od lewej: Zbigniew Łukowiecki i Andrzej Krupiński (poległ pod Boernerowem 2.08.1944").

Dowiedziałem się, że Zbyszek był na początku wakacji w domu, ale pod koniec lipca poje­chał do Warszawy i od tej pory nie mieli o nim żadnych wiadomości. Po chwili w przed­pokoju zjawił się pan Łukowiecki. Musiałem powtarzać i przysięgać, że Zby­szek nie był w Po­w­staniu razem ze mną, że nie wiem nawet w jakim zgrupowaniu walczył, bo do konspiracji trafił innymi drogami niż ja i nie mam pojęcia co się z nim dzieje.

Poprosili mnie do pokoju i zaczęli wypytywać jeszcze raz od początku. Musiałem w wiel­kim skrócie opowiedzieć moje powstaniowe losy. Gdy skończyłem, zapytali o Andrze­ja Krupiń­skie­go. Powiedziałem, że straciłem go z oczu podczas marszu do Kampinosu i nie wiem co się z nim stało pod Boernerowem. W tym momencie doszli do wniosku, że ukrywam przed nimi prawdę, a ich syn musiał być razem z Andrzejem i ze mną (przypomnieli sobie, że byliśmy w jednej "paczce" przyjaciół) i na pewno zginął.

Byłem zmęczony i zdenerwowany tą sytuacją. Chyba niezbyt grzecznie powie­działem: „rozu­miem wasz niepokój o syna, ale nie wiem nic o losie moich rodziców i siostry, nie wiem co się z nimi działo podczas Powstania i nie wiem, czy żyją, nie wiem co stało się z moją narzeczoną i tak samo nie wiem nic o Zbyszku”. Chyba zauważyli moje rozdrażnienie, bo zmie­nili temat rozmowy. „Pewnie pan jest głodny, zaraz coś przygotuję”. „Nie, dziękuję mam jeszcze resztki wałówki z Iwanowic. Marzę tylko o po­rząd­nym umyciu się i bardzo chciałbym zmie­­nić bieliznę, ale nie mam nic na zmianę”. „To przecież nie problem, są rzeczy Zbyszka; bardzo proszę do łazienki, zaraz podam wszystko, co potrzebne”.

W łazience rozkoszowałem się możliwością porządnego umycia. Docenić to może tylko ten, kto jak ja od około 10 tygodni mył się w najlepszym wypadku pod pompą lub w cebrzyku koło studni. A nie należały do wyjątków dni, gdy o umyciu się w ogóle nie było mowy. 
Do my­cia musiałem zdjąć opatrunek z ramienia. W ferworze zmywania z siebie pokładów brudu zapomniałem, że dla mojej niezabliźnionej rany może nie być wskazane moczenie w wo­dzie. Było jednak już za późno Byłem mokry od stóp do czubka głowy.

Pan Łukowiecki przed wojną był starostą na Podolu lub Wołyniu. Niestety nie pamiętam już miejscowości. Udało mu się uciec z całą rodziną przed bolszewikami i osiadł w Krakowie. Ofic­jalnie zajmował się działalnością charytatywną w RGO[4]). Myś­lę jednak, że naprawdę był w kon­spiracyjnej służbie cywilnej.

Zaraz po obiedzie pani Łukowiecka zauważyła, że z wielkim trudem usiłuję utrzymać otwar­te oczy. Zaproponowała mi pójście spać, pomimo jeszcze wczesnej godziny. Nie miałem siły opo­nować. Po raz pierwszy od blisko trzech miesięcy leżałem  w uczciwym domo­wym łóżku. Zasnąłem na­tych­miast. Obudziłem się następnego dnia w południe. Łukowieccy byli już niespokojni co się ze mną dzieje.

 Nie! Pomyliłem się! Spałem w prawdziwym łóżku w nocy z 15-ego na 16-ty sierpnia. Batal­ion "Żubr" przeszedł w składzie kolumny liczącej około 800[5]) ludzi, z Kampi­nosu do War­szawy na Żoliborz, przynosząc zrzutową broń i amu­nicję. Byliśmy obciążeni jak juczne muły i dosz­liśmy dosłownie resztkami sił. Nasza kompania "wylądowała" późno w nocy na podwórzu bloków VII kolonii WSM przy ulicy Suzina. Mieszkańcy przyjęli nas entuzjastycznie. Za zgodą dowództwa zostaliśmy zaproszeni do miesz­kań na bardzo
spóź­nioną kolację i odpoczynek

Mnie zaprosiła jakaś starsza pani. Pamiętam, że myłem się w prawdziwej łazience (choć wo­dy już w kranach nie było), coś jadłem i nie wiem jak znalazłem się w łóżku. Obudziłem się na drugi dzień rano w czystej pościeli, w pokoju, w którym były wszyst­kie szyby, a meble i różne bibeloty stały na swoich miejscach.

Moja staruszka, słysząc, że już nie śpię, przyniosła mi do łóżka gorącą herbatę i 
pie­czo­ny w domu chleb z ... konfiturami.

Pan Łukowiecki przyniósł mi z RGO "przydział" ciuchów: dwa komplety bielizny (dwie flanelowe koszule, kalesony, skarpetki), spodnie z grubego sukna (chyba jakieś wojskowe, przefarbowane na ciemno brązowy kolor), jakąś marynarkę, której zu­pełnie nie mogę sobie przypomnieć oraz ocieplaną kurtkę z niemieckiego ersatz materiału. Złośliwi mówili, że z 
pa­pieru. Wytrzymała jed­nak do wiosny 1945 roku i nawet nieco chroniła przed mrozem. Naresz­cie pozbyłem się na dobre damskiego płaszcza, który do tej pory wpędzał mnie w kom­pleksy, a ponadto zbyt zwracał uwagę swym krojem. Popołudniu przyszedł z wizytą do państwa Łukowieckich pan w śred­nim wieku. Został mi przedstawiony jako przyjaciel rodziny, który wpadał od czasu do czasu na plotki i akurat dziś także wpadł. Nie wiem w jakim celu stosowali wobec mnie taki kamuflaż, gdyż po kilku mi­nutach nie miałem już wątpliwości, że jest to ktoś z wy­wiadu wojskowego lub cywilnego. Domownicy pod byle pretek­stem wyszli z po­ko­ju, a ja musiałem jeszcze raz opowiedzieć co się ze mną działo podczas Powstania. Przerywał przy tym często moją relację dopytując się o różne szczegóły, które mnie
wyda­wały się zupełnie nieistotne.

Od pierwszego dnia mego pobytu w Krakowie pan Łukowiecki usiłował dowiedzieć się o los moich rodziców i siostry. Miał duże możliwości; z racji swej pracy w RGO spotykał się z wieloma ludź­mi. Niestety nie trafił na nikogo, kto był w czasie Pow­stania na ulicy Miodowej.

Przynosił mi codziennie gazetę krakowską. Co najmniej dwie jej strony były za­pełnione ogło­szeniami ludzi poszukujących się wzajemnie; przeważnie z Warszawy. Przeglądałem uważ­nie te ogłoszenia, ale bezskutecznie. Na drugi lub trzeci dzień przy­niósł starsze gazety, tak że miałem możność przejrzenia chyba wszystkich ogłoszeń, jakie się ukazały od dnia przyjazdu pierwszych transportów osób cywilnych ewakuowanych z War­szawy. Niestety wszys­tko bez skutku. Doszliśmy do wniosku, że wobec tego ja muszę dać ogłoszenie. Ustaliliśmy bardzo krótki tekst: "Maciej Bernhardt poszukuje matki Stefanii, ojca Wacława i siostry Danuty zamieszkałych w Warszawie ulica Miodowa 9. Wiadomości pod grzecz­nościo­wym adresem ul. Kanonicza nr x, m. y.

Po kilku dniach pobytu na ulicy Kanoniczej odespałem się wreszcie, miałem dużo wolnego czasu i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Mieszkanie było bardzo maleńkie. Nie miałem tam nic do roboty. Nie byłem w stanie czytać książek. Po paru minutach myślałem o naj­bliższych, przypominały mi się obrazy zapamiętane podczas Pow­stania. Czułem się okrop­nie psychicznie, potwornie nudziłem się; brakowało mi możliwości ruchu. Nie byłem w sta­nie usiedzieć w domu. A wyjście na ulicę w mojej sytuacji było na­prawdę niebezpieczne.

Po naradzie z panem Łukowieckim ustaliliśmy, że jednak muszę mieć trochę ruchu. Będę wychodził pod wieczór, gdy ruch na ulicy jest minimalny i będę spa­cerował od domu do kościoła odległego o  250 - 300 metrów i z powrotem. Zawsze w ten sposób "złapię" trochę powietrza i ruchu.

 Najbliższego wieczoru zaopatrzony w pożyczony kieszonkowy zegarek  wybrałem się na spacer. Pomysł był znakomity. Brakowało mi tej odrobiny ruchu i powietrza. Spacerowałem tak z pół godziny, wstąpiłem na chwilę do koś­cioła i na mniej więcej kwadrans przed godziną policyjną wracałem do domu. Po pierwszym takim spacerze byłem dobrze zmęczony. Jednak z formą było u mnie nie tęgo. Odbyły się tylko dwa takie spacery. Trzeci zakończył się w sposób zupełnie niespodziewany.

 Nocleg w kościele

Wyszedłem na wieczorny "spacer" tak samo jak w poprzednie dni. Doszedłem do
koś­cioła, zawróciłem w stronę domu, ale nie doszedłem do bramy. Miałem w budynku zwracać jak najmniej uwagi na siebie, gdyż mieszkałem niemeldowany i nikt nie powinien podejrzewać, że mogę tu przebywać.

 Zobaczyłem przed bramą chłopca w wieku 10 - 12 lat, którego widywałem już uprzednio przez okno i wiedziałem, że jest to syn (czy też może krewny) dozorcy. Zawróciłem więc i jesz­cze raz poszedłem w stronę centrum miasta. Poszedłem tym razem nieco dalej za kościół. Na mieście był spokój, ruch minimalny. Ludzie, jak zjawy, przesuwali się po
zaciem­nionych ulicach. Nie miałem zegarka, tym razem zapomniałem wziąć ze sobą wielką staroświecką "cebulę", którą pożyczano mi na moje wieczorne eskapady. Według moich obliczeń czas już było wracać, tym bar­dziej, że państwo Łukowieccy prosili, żeby nie wracać na ostatnią chwilę przed godziną policyjną.

W pobliżu domu zobaczyłem ze zdumieniem, że po drugiej stronie ulicy stoją dwa
samo­chody osobowe, a w moją stronę ktoś się zbliża. W tej dzielnicy i o tej porze samochód mógł oznaczać tylko "wizytę" Niemców. Za późno było na ucieczkę. Na szczęście to syn (?) dozorcy szedł w moim kierunku; bawił się małą piłką. Uderzał nią o chodnik, łapał, znów uderzał itd. i coś mruczał, czy nucił w takt uderzeń piłki. Gdy mijaliśmy się usłyszałem "A u Łu­ko­wieckich Niemcy, u Łuko­wieckich Niemcy, niech pan nie wraca ..." Potraktowałem chłopca jak powietrze; zatrzymałem się przed bramą najbliższego domu i zawróciłem.

Co można zrobić w obcym mieście, na kilka (jak mi się wydawało) minut przed godziną policyjną, mając jeszcze do tego "trefne" warszawskie papiery. Przechodząc przed kościołem, nie namyślając się wszedłem do środka. Kościół był zupełnie pusty. Światła pogaszone, z wy­­jątkiem czerwonej lampki przed ołtarzem i małej żarówki nad drzwiami wejściowymi. Ksiądz wychodził właśnie z konfesjonału i patrząc na zegarek powiedział do mnie. "Za piętnaście minut godzina policyjna. Nie mogę cię już wyspowiadać, bo nie zdążę na plebanię. Musisz przyjść jutro".

"Do spowiedzi na pewno powinienem pójść, ale teraz sprowadza mnie do kościoła inny powód". Najkrócej jak umiałem wyjaśniłem mu moją sytuację.

"Co z tobą zrobić ?" usłyszałem. "Na plebanię nie mogę cię zabrać. Jedyne co mogę zrobić, to zamknąć cię w kościele. Pomyślę przez noc, a jutro rano coś z tobą zrobimy." Zaprowadził mnie do zakrystii, wyciągnął z szafy czerwony chodnik (uży­wany chyba do paradnych ślubów) i jakieś stare sutanny. „Zrób sobie posłanie. Tylko w żadnym wypadku nie wolno ci zapalać tu światła. No i zostań z Bogiem. Muszę się spieszyć, żeby zdążyć na plebanię. Nie daleko, ale już strasznie późno. A tu za drzwiami jest  WC”. Zgasił świa­tło i wyszedł. W zam­ku zazgrzytał przekręcany klucz.

W zakrystii było zupełnie ciemno, nic nie widziałem. Usiadłem na zwiniętym chod­niku i zam­knąłem oczy, mając nadzieję, że przyzwyczają się do ciemności. Po chwili otworzyłem je. W dalszym ciągu nic nie było widać. Widocznie okno było zasłonięte czarnym papierem. Idio­tyczna sytuacja.

Z trudem odwinąłem kawałek chodnika, namacałem sutanny wiszące na krześle, które przy tej okazji przewróciłem. Narobiłem takiego hałasu, że wydawało mi się iż musiał być słyszany w całym Krakowie i że zaraz wpadnie tu zwabiona hałasem, policja. Nic się jednak nie działo. Tylko z zewnątrz dochodziło miauczenie kota.

Ułożyłem się na chodniku, przykryłem kurtką i sutannami i usiłowałem usnąć. Dość długo sen nie nadchodził. Majaczyły mi się przed oczyma jakieś powstaniowe sytu­acje, koledzy, którzy zginęli, jakieś wspomnienia przedwojenne. Nie wiem kiedy usnąłem; chyba bardzo póź­no.

Obudziłem się potwornie zmarznięty. Zobaczyłem słabe światło na krawędzi rulonu czar­nego papieru zasłaniającego okno. Wstałem i nieco je odsłoniłem. Na zewnątrz zaczynało świ­tać. Usiłowałem rozgrzać się. Nic jednak nie pomagało zwijanie chod­nika i intensywna gimnas­tyka.

Czas wlókł się niemiłosiernie. W końcu zacząłem znowu drzemać. Ocknąłem się na odgłos otwieranych drzwi. Do zakrystii weszło dwoje ludzi: mężczyzna po czter­dziestce i młoda dziew­czyna. Nie zdziwiła ich moja obecność. Bez słowa wyciągnęli z teczki termos, naleli ku­bek gorącej herbaty. Niech pan pije; musiał pan tu nieźle zmarznąć. Wyciągnęli też kilka kromek chleba posmarowanych smalcem ze skwarkami i cebulą oraz kawałek białego sera.

"Niech pan się naje. Musi pan tu poczekać do popołudnia. Przyjdziemy po pana, gdy zac­znie się ściemniać. Może pan tu siedzieć spokojnie. Nikt z księży, ministran­tów, ani kościelny, ani organista nie będzie się niczemu dziwić i o nic pytać. W koś­ciele lepiej się nie pokazywać. Nie wszyscy przychodzą w pobożnym celu. Musimy już iść. Zobaczymy się przed wieczorem". Po chwili wszedł kościelny i zabrał się do sprzątania, nieco później przyszły dwie zakonnice. Wszyscy traktowali mnie jak po­wietrze. Po jakimś czasie pojawił się "mój" ksiądz. Zapytał jak mi się spało, radził być dobrej myśli i zaczął przygotowywać się do odprawiania mszy.

Do zakrystii od czasu do czasu ktoś przychodził: a to w sprawie chrztu, a to ktoś dopytywał się o świadectwo ślubu. Ruch był minimalny. Czas wlókł się niemiłosiernie. Wydawało mi się, że ten dzień nigdy się nie skończy.

Koło południa weszła do zakrystii okutana w chustę babina. Myślałem, że żebracz­ka. Zaczęła rozwijać pakunek, który przyniosła ze sobą. Ukazał się garnek z dymiącą zupą i 
ka­wał chleba. Postawiła to przede mną, powiedziała smacznego i dodała: już niedługo po pana przyjdą. Gorąca zupa i zmęczenie sytuacją zrobiły swoje. Nie wiem kiedy zasnąłem siedząc na krześle. Obudziło mnie szarpanie za ramię.

Zobaczyłem dziew­czynę, którą poznałem rano, oraz dwóch mężczyzn. Przedsta­wili się pse­udonimami. Niech się pan zbiera - zaraz idziemy. Wyszliśmy na ulicę. Szliśmy bardzo długo przez miasto, a później przedmieście zabudowane biednymi domkami. Jeden z 
męż­czyzn szedł pierwszy; za nim w odległości z 50 - 100 metrów ja z dziewczyną; kilkanaście kroków za nami - drugi. Z trudem utrzymywałem narzucone tempo. Nie odzyskałem jeszcze dobrej formy.

W małym, ale schludnie utrzymanym domku, przywitał nas właściciel. Jak sam się przed­­stawił był w połowie kolejarzem, a w po­łowie z zamiło­wania ogrodnikiem. Zosta­liśmy poczę­stowani skromną kolacją. Rozmowa była towarzysko-nijaka. Nie pytali mnie o nic, nie poruszali też żadnych tematów, które mogłyby ich zdekon­spirować. Widocznie niedowierzali mi. Nie mogłem się temu dziwić - ostatecznie nic o mnie nie wiedzieli. Po kolacji dowie­działem się, że następnego dnia zostanę przekazany dalej.

Gospo­dyni zaprowadziła mnie do maleń­kiego pokoiku na poddaszu. gdzie było przygotowane posłanie na starej kanapie. Na taborecie stała miednica, obok konewka z wodą i wiadro. Tu może się pan umyć i życzę dobrej nocy. Wyłącznik światła jest na dole przy schodach. Jak pan będzie gotów proszę zastukać w podłogę to zgasimy. W pokoiku było ciepło, za to kanapa była okropnie niewy­godna. Wysiedziana, zapa­dała się w połowie, sprężyny uwierały przez pokrycie i trzeszczały przy najmniejszym ruchu. Mimo wszy­stko było tu lepiej niż wczoraj w zakrystii.

Następnego dnia wcześnie rano, po śniadaniu poje­chaliśmy parokonnym wozem
zała­dowanym ziemniakami, kapustą i podobnymi specjałami, na targ do miej­sco­wości, której nazwy nigdy przed tym nie słyszałem i nie zapamiętałem. Oprócz gospodarza i mnie jechał jeszcze mężczyzna, który poprzedniego dnia wieczorem stanowił naszą „straż tylną”. Jechaliśmy dość długo, myślę, że co najmniej z 5 - 6 kilometrów. Targ znajdował się w małym miasteczku, czy może raczej dość dużej osadzie. Handel szedł kiepsko, ale koło południa wóz nasz był prawie pusty.

Koło godziny czternastej zjawiła się dziewczyna, ta sama, która "opiekowała się" mną wczo­raj. Na moją uwagę, po przywitaniu się, że łącznik dotychczas się nie zgłosił, odpowiedziała: "jak to, przecież jestem, zaraz idziemy". Chwilę rozmawiała na boku z mymi towarzyszami, pożegnała się z nimi i ruszyliśmy. Byłem przygotowany na długi marsz i trochę bałem się czy dam radę, bo czułem jeszcze w kościach wczorajszą wędrówkę. Szliśmy boczną wiej­ską drogą, następnie polnymi ścieżkami, przez jakiś zagajnik. Podobnie jak wczoraj, wszelkie próby nawiązania rozmowy moja przewodniczka zbywała milczeniem lub dawała monosylabowe odpowiedzi, nie zachęcające do dalszej konwersacji.

 U partyzantów

Szliśmy dość długo; myślę, że nie mniej niż 2 godziny; w małym rzadkim zagajniku
usły­szeliśmy: "stój, kto idzie - jeden niech się zbliży i poda hasło". Zatrzymała nas czujka oddziału party­zanckiego. Moja opie­kunka dała mi znak, abym pozostał na miejscu, podeszła kilkanaście kroków, poda­ła hasło, któ­re­go nie zrozumiałem. Po chwili wracała do mnie wraz z trzema uzbrojonymi ludź­mi Widać było, że znają ją bardzo dobrze. Wiedzieli też już od niej kim jestem. Przedstawili się pseudonimami i z nieukrywaną ciekawością przyglądali się jak wygląda prawdziwy powstaniec. Ja zaś przyglądałem się jak wyglądają podkrakowscy party­zanci. Ubrani byli raczej po cywilnemu i gdy­by nie wojskowe pasy na kurtkach i furażerki z orzełkami, mogliby uchodzić za cywili. Uzbrojeni byli dobrze. Jeden miał niemiecki pistolet maszynowy Schmeissera, drugi kara­bin, trzeci pistolet parabellum; wszyscy za pasem mieli
zatknięte niemieckie granaty

Ten z karabinem dołączył do nas i w trójkę poszliśmy do widocznych w odległości około pół kilometra zabudowań. Była to dość spora wieś. Kwaterowało w niej do­wództwo oddziału party­zanckiego AK. W budynku mleczarni zastaliśmy porucz­nika, sierżanta i trzymającego się na uboczu cywila. Zameldowałem się zgodnie z regu­laminem. Widziałem, że zostało to przyjęte z uzna­niem. Podali swoje pseudonimy oraz numer i nazwę oddzia­łu. Przyjęli mnie bardzo sympatycznie. Wie­dzieli, o tym, że z Krakowa dostarczą im warszawskiego powstańca. W wielkim skrócie przedstawiłem im moje losy powstaniowe oraz ucieczkę z transportu. Słu­chali, nie zadając żadnych pytań. Jedynie zain­te­resowali się jak goi się moja rana i stwierdzili, że za dzień lub dwa ma przyjechać do oddziału lekarz, który się nimi opiekuje i polecili sierżantowi, aby dopilnował, żebym został przez niego zbadany.

Na zakończenie porucznik powiedział do mnie tonem uprzejmym, ale oficjalnym: "Nie mamy wątpliwości, że wszystko co pan powiedział jest prawdą, ale sam pan rozumie, że
mu­simy to spraw­dzić; na razie dostaje pan przydział do grupy apro­wizacyjnej i nie damy panu broni, zresz­tą jest pan ranny i wyczerpany, należy się panu trochę odpoczynku. Jutro dostanie pan papier i ma pan cały dzień na napisanie przebiegu swej służby w AK, a szczegól­nie dokładnie podczas Powstania i jak pan uniknął niewoli".

"Ma pan czym pisać? Ołówek, nie! to ma być przyzwoicie napisane, dostanie pan pióro; rozumie pan o co proszę? Chcemy nie tylko dowiedzieć się więcej szczegółów o Powstaniu, ale proszę podawać także takie fakty, które pomogą pana zidenty­fikować. A teraz sierżancie, pro­szę zaprowadzić podchorążego na kwaterę, zapro­wiantować i w ogóle zaopiekować się jak należy".

Na drugi dzień dostałem, zgodnie z zapowie­dzią, kilka arkuszy papieru w kratkę, obsadkę ze stalówką i szkolny kałamarz. Na moją uwagę, że nie potrafię już pisać takim przyrządem, pożyczono skądś wieczne pióro, nawet całkiem dobre.

Usiadłem przy stole w chałupie i zacząłem pisać. Szło mi to strasznie opornie. Nie przypusz­czałem nigdy, że dwa miesiące Powstania i blisko miesiąc późniejszej tu­łacz­ki może tak na mnie podziałać. Nie mogłem sklecić poprawnie zdania. Tekst wydawał mi się strasznie pro­stacki i niezgrabny, a ponadto miałem kłopoty z usta­leniem kolejności zdarzeń. Wiele z nich doskonale pamiętałem, niekiedy nawet z najdrobniejszymi szcze­gółami.
Jedno­cześnie trudno mi było dojść co działo się wcześniej, a co później; myliły się pseudonimy. Niektórych nie byłem w stanie sobie przypomnieć. Zapisałem już sporo papieru, a daleko było jeszcze do końca i nie układało się to wszystko w rozsądną całość. Zacząłem się obawiać, że moje "wy­pra­cowanie" może spowodować, że stanę się osobą podejrzaną.

Moje zmagania z własną pamięcią i opornym piórem przerwał mi obiad (bardzo dobry i obfity). Pod jego koniec przyszedł cywil, który był obecny poprzedniego dnia przy mojej pier­­wszej rozmowie, do której zresztą zupełnie się nie wtrącał. Przywitał się z wszy­stkimi obe­c­nymi i zapytał mnie czy już skończyłem. Odpowiedziałem, że jeszcze nie i wspomnia­łem o nie­­spodziewanych kłopotach i trudnościach na jakie napotkałem. Nic na to nie odpowie­dział, zmie­nił temat i włączył się do ogólnej roz­mowy na temat sytuacji wojennej.

Po obiedzie poprosił mnie do sąsiedniej, pustej, izby. Przedstawił się jako pra­cownik wywia­du i stwierdził, że musi ze mną porozmawiać. Poprosił o moje "wypra­cowanie" i 
prze­czytał je uważnie. "No nie jest tak źle jak pan mówił. Proszę jeszcze o podanie pseudonimów lub naz­wisk oraz jednostek w których służyli, ludzi, którzy pana znają i mogą potwierdzić pana toż­samość i udział w AK i Powstaniu". No ale ma pan na to jeszcze czas do wieczora, a teraz porozmawiajmy”.

Facet wyglądał bardzo niepozornie, ale był niesłychanie bystry i bardzo inteli­gentny. Pytał mnie np. o nazwiska i imiona moich bliższych i dalszych krewnych, ludzi których dobrze znałem. Zdecydowanie zainteresowały go dwa nazwiska: mego wuja Rzewnickiego - emerytowanego inżyniera elektryka i dość znanego przed wojną taternika oraz przyjaciela mego ojca - sędziego (czy też prokuratora) Stypuł­kowskiego. Gdy z rozmowy wynikło, że byłem studentem wojennej politechniki (PWST) poprosił o wy­mie­nienie nazwisk kilku profesorów, a przy jednym z nich zapytał "a jaki przedmiot wykładał ?". Gdy mu odpowiedziałem, że "części maszyn", poprosił żebym mu wyjaśnił co obejmuje ten przedmiot. Gdy z rozmowy wynikło, że podczas Powstania obsługiwałem zrzutowy granatnik przeciwpancerny "Piat" - prosił, żebym go opisał i podał jak się go ładuje, jaką ma donośność i skuteczność itd.

Następnie interesowało go gdzie zamelinowałem się w Krakowie. Podałem naz­wisko i adres państwa Łukowieckich, dodałem też, że pewno bardzo się o mnie niepokoją i tu opowiedziałem dla czego zrezygnowałem z gościny u nich. Facet popatrzył na mnie, skrzywił się, co miało zapewne oznaczać uśmiech i dodał tonem całkiem już nieurzędowym. "Niech się pan o to nie martwi. Wiedzą już, że znalazł pan kontakt z nami. Szukali pana przez odpowiednie służby konspi­racyjne".

Ucie­szyłem się "byli dla mnie bardzo życzliwi i nie chciałem im przysparzać niepo­kojów, dość mają zmartwień o syna, który był w Powstaniu i nic o nim nie wiedzą. No a ponadto teraz przestaję być podejrzanym facetem, o którym nic nie wiadomo". W tym miejscu przerwał mi i z miną nieco mniej urzędową niż w początkowej fazie prze­słuchania dodał: "I tak musimy sprawdzić pana zgodnie z naszymi wymaganiami. Przed kolacją przyślę tu po - jak pan to nazwał - wypracowanie i nadamy temu normalny bieg". Czując się teraz znacznie pewniej zażartowałem "ale czy zdąży się wszystko wyjaśnić przed zakończeniem wojny". "Niech się pan nie martwi o to. Wojna się już kończy, ale zdąży pan jeszcze powojować".

Kolejne dni były raczej nudne. Przepisywałem jakieś rozliczenia aprowizacyjne, jeździłem furmanką po żywność do sąsiednich wsi. Pomagałem przygotowywać transporty żywności, bielizny, mydła itd. dla oddziałów leśnych. Nie pozwolono mi jednak na jazdę do nich. "Musi pan poczekać na zakończenie weryfikacji". Ładna historia, pomyślałem, przecież to może trwać mie­siącami. Moi koledzy są w niewoli, albo nie żyją, jak więc można zweryfikować podane przeze mnie informacje? Bez tego przyjdzie mi tu do końca wojny liczyć bochenki chle­ba, kostki mydła, rozwozić brudną bieliznę partyzantów do prania po chałupach i kom­pletować czystą itd. Miła perspektywa, nie ma co !

Następnego dnia wezwano mnie do lekarza, który przyjechał na zapowiedzianą
wcześ­niej wizytę do oddziału. Zawiadomiono mnie, że mam się do niego zgłosić. Przy­jechał do wsi ofic­jalnie i w miejscowej szkole podstawowej przyjmował miesz­kańców wioski i 
pac­jentów z oko­­licy, a wśród nich i partyzantów. Był to starszy pan, chyba już po sześćdziesiątce, typo­wy lekarz wiejski "omnibus"; jowialny i sympa­tyczny.

„Powiem porucznikowi, żeby dali panu odpocząć, a jak tylko będzie możliwość, trzeba koniecznie rękę prześwietlić". Pożegna­liśmy się jak starzy znajomi.

Następnych kilka dni nie miałem nic do roboty. Zgodnie z zaleceniem lekarza pozwolono mi odpocząć. Pierwszego dnia byłem z tego nawet zadowolony, bo moje dotychczasowe zajęcia były beznadziejnie nudne i rzeczywiście czułem się wciąż mocno zmęczony. Następnego dnia bezczynność stała się jednak uciążliwa, a ko­lejnych kilka dni było z tego powodu wprost trud­nych do wytrzymania. Ktoś poczciwy dostarczył mi parę książek beletrystycznych, ale nie byłem w stanie skupić się i po kilkunastu minutach przerywałem czytanie. Czułem się fatalnie, a moja przestrzelona ręka, do tej pory nie sprawiająca mi większych kłopotów, zaczęła coraz bardziej przypominać o swoim istnieniu.

Po około dziesięciu dniach od przybycia do oddziału zostałem wezwany do
znanego mi już porucznika. "Mam dla pana dobrą nowinę" przywitał mnie. "Podane przez pana informacje zostały potwierdzone. Ma pan od tej chwili pełne prawa żołnierza Armii Krajowej. Prawdę mó­wiąc, nie mieliśmy od początku wątpliwości, ale musieliśmy  postępować zgodnie z obo­wią­­zują­cymi nas rozkazami". Uścisnął mi serdecznie rękę, aż syknąłem z bólu. "Och, przepraszam, zapomniałem, że lekarz mówił mi, że coś nie bardzo goi się pańska rana. Wie pan - zamyślił się chwilę - niech mnie pan źle nie zrozumie, może pan pozostać w oddziale jako rekonwalescent, ale widzę, że źle się pan czuje w tej roli. Możemy pana wysłać na jakąś naszą melinę, aby pan doszedł do siebie. Jeżeli ma pan niezbyt daleko krewnych lub zna­jomych, gdzie mógłby pan się zadekować, to chętnie dam panu urlop. Prawdę mówiąc, w razie nagłej akcji nie wielka z pana będzie tu pociecha ..."

Przyznaję, że niezbyt dobrze czuję się w mojej obecnej roli i stan rannej ręki
zaczyna mnie niepokoić, ale w tej okolicy nie mam żadnych moż­liwości zadekowania się. Nikogo tu nie znam. "Niech się pan tym nie martwi, znajdziemy coś dla pana, a jak pan dojdzie do siebie, to czekamy na pana w oddziale".

Chciałem się już odmeldować, ale pan porucznik miał tego dnia wyraźną ochotę na poga­wędkę. Zatrzymał mnie i rozmawialiśmy bardzo sympatycznie przez co najmniej kwadrans. Nagle wpadło mi do głowy, że właściwie jest miejsce, gdzie chyba mógłbym się zatrzymać. „Chyba coś mam, panie poruczniku. Niestety nie w najbliż­szej okolicy, lecz koło Radomska”.

"To dość daleko stąd, około 100 kilometrów. Nie chcę być niedyskretny, ale muszę wiedzieć coś więcej".

Moja starsza o 8 lat siostra studiowała przed wojną weterynarię. Od kilku lat mieszkała u nas jej koleżanka ze studiów i przyjaciółka - Ala Bartyzel. Jej ojciec był urzędnikiem w gminie we wsi koło Radomska (niestety zapomniałem już jej nazwę). Ala mieszkała u nas przez całe studia, aż do wojny. Przyjeżdżała jeszcze kilkakrotnie pod­­czas okupacji zdawać - podobnie jak Danusia - ostatnie egzaminy z piątego roku. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że w domu rodziców Ali, na pewno będę mógł się zatrzy­mać, a może także będą tam coś wiedzieli o losie mojej rodziny.

Pan porucznik nie był zachwycony moją opowieścią. W okolicach Radomska wprawdzie dzia­łały silne oddziały partyzanckie i bez trudności mogłem dostać prze­niesienie. Problemem było jednak dostanie się tam. Na piechotę - zbyt daleko, a ko­leją bardzo niebezpiecznie. Pociągi na trasie Kraków - Warszawa były pod ścisłą kontrolą niemiecką. Przeprowadzano dokładną kontrolę dokumentów i rewi­do­wano pasażerów. Wielu ludzi aresztowano.

„W pana wieku, z kenkartą warszawską i ranną ręką małe są szanse, aby pan tam dojechał. Okolice Radomska są opanowane przez AK i może się pan tam czuć dość pewnie, ale samo miasto i tamtejsze Gestapo mają jak najgorszą opinię. Może być poważnym problemem wydos­tanie się z dworca i przejście przez miasto, a także dotarcie do wsi odległej od Radomska o kilka kilometrów. Nie mamy tu szczegó­ło­wych danych o sytuacji w tamtym terenie. Nie mam także prawa podać panu kon­taktów, bo to sprawa prywatna i zbyt małej wagi, żeby zwiększać możliwość dekon­spiracji naszych powiązań. Pomyślę jednak, może wpadnie mi do głowy jakiś dobry pomysł. Na razie, niech pan odpoczywa. Cześć, do jutra”.

 



[1] Nazwisko jej wyleciało mi z pamięci. Przypominam sobie jedynie, że mieszkała do Powstania przy ulicy Czarnieckiego, niedaleko Placu Inwalidów i że była ciotką mego kolegi Janka Filip­kowskiego (zginął na Mokotowie).  

[2]) według mapy około 6 km

[3]) czyli tyle ile ja obecnie, gdy wybieram dla Gapa’y fragmeny wspomnień pisanych w końcu lat 40-tych.

[4]) Rada Główna Opiekuńcza – tolerowana przez Niemców

[5]) Według niektórych publikacji ok. 600

 


Fragment wspomnień
„Po Powstaniu

 

Część II. 
Od końcowych dni października1944 do pierwszych dni lutego 1945

 

Jadę do Radomska

Na drugi dzień po obiedzie zostałem wezwany niespodziewanie do porucznika. Zastałem u niego "cy­wila" z wywiadu. „Wiemy, że zachowała się panu, wysta­wiona w 1943 roku, praw­dziwa (choć „lewa"), legi­tymacja z firmy zbie­rającej złom w War­szawie, ważna do końca 1944 roku. Do­­­sz­liśmy do wnio­­sku, że może pan względnie bezpiecznie jechać do swych zna­jomych koło Radomska. Dos­­ta­nie pan "niemal prawdziwy" dokument z firmy zajmującej się dostawą zło­mu do hut na Śląsku, że jedzie pan do istniejącego naprawdę punktu zbiór­ki złomu w Ra­domsku w sprawie przy­spieszenia dostaw, a także zaś­wiadcze­nie, że został pan zwolniony z transportu ewakuowanych z Warszawy. Tego os­tat­niego nikt nie jest w sta­nie sprawdzić. Transportowano setki ty­sięcy ludzi i nie istnieje ża­den ich rejestr, więc wszys­tko będzie wyglądać w miarę praw­dziwie, Damy panu także zapasowy, awaryj­ny kontakt w Ra­domsku, gdyby miał pan kło­poty.

Wyjechałem nazajutrz o świcie. Wozem do najbliższej stacyjki, bocznej linii kole­jowej. Tam wsiadłem się do pociągu osobowo-towarowe­go jadącego (a raczej wleką­cego się) do najbliższej stacji na trasie Kraków - Warszawa. Odległość wynosiła około 30 km. Pociąg zatrzymywał się na najmniejszych stacyjkach, odstawiał na bocznice wagony; z in­nych je zabierał. Jazda taka trwała ponad trzy godziny. Nie było w tym czasie żadnych niespodzianek. Przed końcem jazdy przy­szedł do mnie konduktor, sprawdził mój bilet i powiedział. „Dojeżdża­my do końca naszej trasy. Przesiądzie się pan tam na pospieszny. Musi pan mieć bilet i spec­jalną przepustkę. Proszę na stacji iść za mną”.

Na peronie był tłum ludzi i kręciło się spo­ro Niemców; cywilnych, wojskowych, a także patrole żandar­merii i po­licji. Nasz pociąg zatrzymał się przy bocznym pero­nie, znacz­nie mniej zatło­czonym. Wysiadłem i poszed­łem za konduktorem do pomie­sz­czenia służbowego dla pol­skich kolejarzy. Po chwili do pomieszczenia weszło dwóch kolejarzy niemieckich. Załatwiali jakieś sprawy służbowe. Na mnie nie zwrócili uwagi. Po dob­rej godzinie przyszedł wre­szcie "mój" kolejarz. Wręczył mi bilet oraz prze­pustkę in blanco. Wpisałem imię i 
na­z­wisko oraz cel podróży po nie­miecku: Dienst­reise (podróż służbowa). Na moje pytanie ile mu jes­tem winien za bilet oburzył się: „coś pan, wszystko jest załatwione jak po­trze­ba, a za bi­let odbiorę sobie od szmu­glerów. Stać ich na to, żeby ta­kim jak pan bilet opła­cić”.

„Pociąg pospieszny przyjeżdża za pól godziny. Będzie potwornie za­tło­­czony. Proszę się do niego nie pchać i cierpliwie czekać. Docze­piamy tu wagon pocztowy i jeden osobowy trze­­ciej klasy, ale jak już wszyscy pa­sa­żerowie się wepchną. Po­wiem panu gdzie stanąć, to na pewno dostanie się pan do środka”.

Prognoza kolejarza spełniła się co do joty. Pociąg przyjechał punktualnie i na stacji zaczęły się tzw. "dantejskie sceny". Do tego jesz­cze w sto­jącym po­ciągu Niemcy prze­prowadzali kontrolę dokumentów pasa­żerów i kil­kanaście osób wyciąg­nęli z wa­gonów. Ja w tym cza­sie siedzia­łem sobie wygodnie na ławce na peronie i czytałem w gazecie o 
bo­hater­skim odwrocie armii nie­mieckiej i bandy­ckich nalotach na miasta niemie­ckie, w wyniku których znisz­czo­ne zostały wy­łącznie szpitale i muzea, a zgi­nęły i zostały ranne staruszki i dzieci.

Na kilka minut przed planowym odjazdem pociągu, stanąłem w miejscu wska­zanym przez kolejarza. Podjechał wagon pocztowy i osobowy. Drzwi wejściowe zatrzy­mały się niemal dokładnie przede mną. Wszedłem do wagonu bez trudności i na­wet zna­lazłem
sie­dzące miejsce. W cią­gu kilku minut, jakie zostały do odjazdu pociągu, Wagon wypełnił się "na szty­wno". Skąd się ci ludzie wzięli - nie wiem. Peron był prze­cież niemal pusty.

Podróż przebiegała bez nadzwyczajnych emocji, wyłączając oczywiście opo­wieści współpasażerów o ostrzeliwaniu pociągów przez partyzantów. Jak się później do­wiedzia­łem, wypadki takie rzeczywiście miały miejsce. Tylko że par­ty­zantka AK i NSZ os­trze­liwała pociągi urlopowe niemieckie, zaś radziecka i po­dobno także AL, strze­lały do wszy­stkiego co się rusza.

Po mniej więcej godzinie do przedziału wszedł konduktor w towa­rzystwie dwóch żandarmów z charakterystycznymi "blachami" na piersiach Sprawdzali do­kładnie bilety, przepustki i doku­menty. Podałem bilet kon­du­ktorowi, a prze­pustkę, legitymację warszawskiej firmy skupu złomu i pismo o celu podróży - żandarmom. Przejrzeli je uważnie i od­dali z 
życz­liwą uwagą dla człowieka, któ­ry pracuje dla dobra przemysłu zbro­je­niowego Rzeszy:

 „Wczoraj w okolicznych la­sach była ob­ława na ban­dy­tów (to znaczy partyzantów) i ma­my nadzieję, że podróż przebiegnie spo­kojnie". Odpowiedziałem im, że „cieszę się, że moja podróż służbowa wy­­­padła akurat w takim terminie i że też mam nadzieję, że nic nie
prze­­szkodzi mi w wy­konaniu zadania”.

Niedługo po kontroli biletów wjechaliśmy na dworzec w Radomsku. "Znajomi" żandarmi też tam wysiadali. Na dworcu były dwa wyjścia z pe­ronu dla pasażerów: jedno dla Niemców i dru­gie, przy którym kłębił się zbity tłum, dla Polaków. Stanąłem na peronie zasta­nawiając się czy lepiej pchać się razem z tłu­mem, czy też poczekać aż tłok się trochę rozładuje.
Prze­chodzący obok mnie żandarmi kiwnęli na mnie ręką: pan jedzie służ­bowo, ma pan prawo przejść bez tłoku. Przy drzwiach stała oczywiście kontrola policyjna i woj­skowa. Prowadziłem z żandar­mami ożywioną rozmowę (wtedy mówiłem zupełnie nieźle po
nie­miecku i do tego z dobrym akcentem) na temat słusz­ności ich prze­widy­wań, że podróż przeminie bez zakłó­ceń. Przeszed­łem przez bram­kę bez za­trzymania, nie po­kazując nawet dokumentów.

Byłem w Radomsku pierwszy raz w ży­ciu. Pojęcia nie miałem w którą stronę się ruszyć, ani w jakim kierunku leży wieś XX[1]), w której mieszkali rodzice Ali. Na pod­jeździe stało kilka dorożek. Pod­szedłem do pierw­szej i zapytałem jak daleko do XX. Doroż­karz odpowiedział mi, że kilkanaście kilo­metrów. Cholera, za daleko, aby iść na piechotę, dorożka tak daleko nie pojedzie, a po­nadto nie mam forsy na zapłacenie takiego kursu.

„A do kogo pan tam jedzie”, zapytał dorożkarz, widząc moją skwaszoną mi­nę. Do pana Bartyzela, pisarza w gminie. „On już tam nie mieszka, prze­nieśli się do YY, będzie już ze dwa lata”. Nic o tym nie wiedziałem. Fakt, że Ala nie była już bardzo dawno w War­­szawie. Być może pisała o tym do Danusi, ale umknęło to mojej uwa­dze. Nie była to przecież dla mnie najważniejsza nowina. Nie ma rady, trzeba iść na rezer­wowy punkt kon­taktowy. Zde­cydowany na nieprzewidzianą zmia­nę planów, z ciekawości raczej, niż w na­dziei, że informacja ta może mi się zaraz przydać, zapytałem jak daleko jest do wsi YY. „A będzie tak z 6 km”. I jest pan pewien, że Bartyzelowie tam mieszkają. „No pewno, prze­cież tu ich wszyscy w oko­licy znają. On jest dalej urzędnikiem, tyle że w innej gminie, a ta jego córka to jest doktorem od zwierząt”. No, teraz to jestem pewien, że meta jest blisko !

A ile bierze pan za kurs do YY ? Nie pamiętam już jaka to była suma. Wiem tylko, że było mnie na nią stać. Miałem w portfelu, wychodząc na Powstanie, nieco ponad 500 zł. Praktycznie nic z tego nie wydałem, bo nie było gdzie i na co. W Krakowie dostałem zapomogę z RGO - chyba 300 zł. Nie miałem ochoty i zapału do wędrówki po nieznanym terenie, dopytywania się o drogę i ludzi.

No to jedziemy. Po niecałej godzinie byliśmy na miejscu, budząc niemałą sen­sację, bo na dorożkę nikt tu o zdrowych zmysłach nie wydawał pieniędzy. Polowano na targu na wozy, które wieczorem wracały w pożądanym kierunku z targu do domu. Kosz­towało to wielokrotnie taniej.

Rodziców Ali nie znałem. Na szczęście Ala była w domu, poznała mnie natyc­hmiast.
Zo­stałem przyjęty bardzo serdecznie. Dopiero później zoriento­wałem się, że na moje pytanie o rodziców i Da­nu­się dos­tałem dziwną odpowiedź, że jutro będziemy próbowali się czegoś dowie­dzieć. Był już wieczór, byłem zmęczony wrażeniami tego dnia. Zjadłem kolację, przy której oczy same mi się zamykały. Odpo­wiadałem półgębkiem na pytania. Pamiętam, że po kolacji Ala zmieniała mi opatrunek. Nie wiem kiedy i jak znalazłem się w łóż­ku.

Idę do Wielgomłyn

Na drugi dzień rano dowiedziałem się, że Ojciec wraz z naszą gospo­sią Marynią znajduje się we wsi Wielgomłyny, odległej stąd o kilka­na­ście ki­lometrów. Ala go nie widziała, lecz wieści roz­chodzą się tu błys­ka­­wicznie (mimo, że telefon jest tylko w gminie i na pewno na podsłuchu) i wia­­domość o sta­rym doktorze z War­szawy, ze Starówki, inwa­li­dzie bez lewej rę­ki, bardzo szczup­łym, doszła wkrót­ce po jego przy­jeździe, czyli ponad mie­siąc temu. Nie było natomiast żadnych wia­do­­mości o Ma­mie i Danusi. Nie pytałem o nic. Zrozu­mia­łem, że nie żyją.

Po usłyszeniu tej wiadomości chciałem natychmiast iść do Wiel­gomłyn. Rodzi­ce Ali sta­nowczo mi to odradzili, tłumacząc, że „nies­po­­dziewane moje zjawienie się może być zbyt silnym przeżyciem dla chorego na serce Ojca. Posta­ramy się go jakoś ostrożnie zawiadomić, że pan żyje. Może będzie ktoś jechać w tam­tą stronę wozem, to się pan za­bie­rze. Do Wielgomłyn to ładny kawał drogi, a wi­dać, że pan też nie jest w najlepszej formie”. Chyba musiałem na­praw­dę tak wyglądać i nie naj­lepiej się czuć, bo ustąpiłem.

Nie wiem co robiłem przez cały ten dzień. W pamięci zupełnie biała pla­ma.
Nas­tępnego dnia koło południa otrzymałem wiadomość, że Ojciec wie, że żyję, bo
dotarła do niego krakowska gazeta z moim ogło­szeniem i już wie o moim po­bycie tutaj, a Mary­nia – nasza gosposia - jest w drodze do YY, żeby mnie przypro­wadzić do Ojca. Nie wiem jak wędrowały te wiadomości, chyba przez telefon w gminie, choć był on wyłącznie do rozmów służ­bo­wych i na pewno na podsłuchu.

Następnego dnia, koło południa, przyszła do YY nasza gosposia Marynia. Zastu­kała do drzwi domu, przy­witała się i zdecydowanym głosem powiedziała "przy­szłam po pana Macieja". Ze mną przy­witała się tak jakbyśmy się wczoraj rozstali i zarządziła "proszę zbierać swoje rzeczy i wracamy, pan doktor będzie się niecierpliwić".

Z tru­dem dała się namówić przez gos­po­darzy, że przeszła już kilkanaście (14 ?)
kilo­metrów i czeka ją jesz­cze taka sama droga, więc warto przed nią odpocząć.
Prze­konał ją dopie­ro ar­gu­ment, że ja nie mogę iść taki kawał drogi przed obiadem. Jestem ran­ny, wyczerpany i mu­szę się najeść, abym miał siły iść tak da­leko. No to – stwier­dziła - zbierajmy rzeczy pana Macieja, szkoda tracić czasu.

Była bardzo zawiedziona, że nie mam absolutnie żadnego bagażu, Tylko zmiana bielizny, szmatki, w które była zawinięta wałówka, a także mały ręcznik, kawałek mydła i 
za­pasowa chus­teczka do nosa - była to "wy­prawa" jaką dos­tałem na drogę. Wczoraj dołożyłem do niej jeszcze kawałki zielonego, pstrokatego nylonu (dopiero po wojnie dowiedziałem się, że ten nowy materiał tak się nazywa) i ny­lonowych linek ze spado­chronów, ze zrzutów broni w Kampinosie. Odciąłem je na pamiątkę i nosiłem w tylnej kieszeni spodni. Przetrwały szczę­śliwie wszystkie moje przygody, łącznie z zamianą spodni w Iwan­o­wicach. Przyz­naję, że noszenie tego przy sobie było właś­ciwie bezsensowne, gdyż narażało mnie podczas ewen­tualnej rewizji na pytania, na które nie było rozsądniej
odpo­wiedzi. Nie mogłem się jednak z nimi rozstać, a do­tych­czas nie miałem gdzie zostawić na przechowanie.

Marynia stwierdziła, że absolutnie nie pozwoli, abym "to" nosił ze sobą (trze­ba przyznać, że wykazała tu dużo więcej zdrowego rozsądku niż ja do tej pory). Oddałem więc "to" Ali na prze­chowanie. W gospodarstwie wiejskim nie było pro­blemem bez­pieczne ukrycie szmatek i kawał­ka sznur­ka, które mieściły się w tylnej kieszeni spodni. Niestety nigdy do mnie nie wróciły.

Niedługo po tym Ala zawołała nas na obiad. Przy stole siedzieli jej rodzice, brat i ja z Mary­nią. Marynia zdała suchą relację, jakby chcia­ła ubiec pytania.

26-ego sierpnia, około godziny 2 po południu dom nasz został zbom­bardowany przez sztu­kasy. Były to ostatnie dni walki o Starówkę. Uli­­ca Miodowa od co najmniej tygodnia znajdowała się na pierwszej linii frontu. Marynia była w tym czasie w piwnicy sąsiedniego domu, gdzie do­cho­dziła woda ze studni artezyjskiej. Poszła tam po wodę. Ojciec opatrywał rannego w piwnicy w lewej oficynie naszego domu. W naszej piwnicy (usy­tuowanej w prawej oficynie) znajdowała się Mama, Danusia, jej półtora­roczny synek Jacek i matka Hanki, mojej narzeczonej, Maria Rychłowska.

Danusia po kilku pierwszych dniach Powstania przyszła z synkiem na Miodową, gdyż wydawało się jej, że będzie tam bezpieczniej. Razem z nią przyszła pani Rych­łowska. Bomby spadły na prawą oficynę naszego domu na Miodowej i zwaliły ją aż do piwnic.
Właś­nie w tej części znajdowała się nasza piwnica. Reszta domu została w du­żym stopniu zniszczona, ale piwnice i wyj­ścia z nich ocalały. Marynia wraz z innymi oca­lałymi ludźmi próbowała dokopać się do naszej piwnicy, ale bezsku­tecznie. Ojca znalazła ogłuszonego i kompletnie załamanego. Opiekowała się nim do końca walk, podczas przej­ścia do
Prusz­kowa, w pruszkowskim obozie, podczas tran­s­portu kolejowego do Radomska, przejazdu wozem ki­l­kanaście kilometrów do Wiel­gomłyn, gdzie przydzielono mu, wraz z wielu innymi ocalałymi z War­szawy, tym­cza­sowe miejsce pobytu. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Ojciec przeżył to wszy­stko wyłącznie dzięki niej.

Wyszliśmy z YY chyba koło godziny 3-ej po południu. Dzień był pogodny, ale już chłodny. Podczas marszu było mi nawet za gorąco w mo­jej papierowej kurtce, ale gdybyśmy jechali wozem, to na pewno zmarzł­bym już porządnie. Szliśmy w zupełnym milczeniu około trzech godzin, odpoczywając tylko raz przez nie wię­cej niż 5 minut. Gdy dochodziliśmy do Wielgomłyn zaczęło się już ściemniać W dom­ku, w któ­rym mieszkał Ojciec, paliła się już lampa naftowa.

Wielgomłyny

Ojciec przywitał mnie serdecznie, starając się ukryć wzruszenie. Tym razem zupełnie mu się to nie udało. "Wiesz już, że nie masz Matki, Siostry, i Jacusia też już nie ma".
Roz­płakał się jak dziecko. Nigdy jeszcze nie widziałem go w takim sta­nie. Bardzo długo nie mógł się uspokoić. Wreszcie nagle opanował się i powiedział zwykłym swym, spokojnym, gło­sem: "pokaż tę swoją ranną rękę; zobaczymy jak to wygląda". Poprosił Marynię o po­moc. Zdjęła mi bandaż i opatrunek z ręki, przysunęła lampę naftową. Ojciec długo oglądał rękę z wszy­stkich stron.

Ocenił że rana po wlocie pocisku goi się bardzo dobrze i za parę dni obejdzie się już bez opatrunku. Natomiast rana po wylocie pocisku jest znacznie rozleglejsza i wciąż jeszcze nie jest zagojona. Kazał mi wyrwać kartkę z leżącego na stole szkol­nego zeszytu, coś na niej napisał i poprosił Marynię, że­by poszła z tym do apteki i przy­niosła przepisane lekarstwo. Zdziwiłem się, gdzie o tej porze szukać tu apteki. Okazało się, że w tej miejscowości jest apteka pana Dworzaczka i to bardzo dobrze zaopatrzona. Warto przy tym zauważyć, że działo się to na „zapadłej” wsi na „głębokiej" prowincji, w pią­tym roku wojny.

Ojciec przyjechał tu z pierwszą, niezbyt liczną, grupą wypędzonych War­sza­wiaków.
Został bardzo dobrze i ser­decznie przyjęty. Odstąpiono mu w domku przy rynku pokój z kuch­nią z pod­­­stawowym umeblowaniem i poś­cielą, garnkami, tale­rzami, sztućcami.
Ze­bra­no we wsi bie­­­­­liznę osobistą, płaszcz, sweter, ręczniki itp. Również Marynia do­stała najpo­trzeb­niejsze dla siebie rzeczy oso­biste. Dostarczono opał do pieca kuchen­nego oraz pod­stawowe produkty żywnościowe. I to wszystko bez pieniędzy.

Wiedziano, że Ojciec wyszedł z Warsza­wy tak, jak poszedł opatrywać ran­nego. Miał w por­tmonetce trochę bilonu. Pienią­dze i biżu­terię miała przy sobie Mama. Ojciec nie miał nawet swej obrączki ślubnej. Nie nosił jej, gdy przyjmował pacjentów. Marynia, gdy poszła po wodę do pobliskiej piwnicy, też nie miała oczy­wiście przy so­bie pieniędzy, ani złotych drobiaz­gów, które kupowała, "żeby nie chodzić po prośbie na stare lata".

We wsi i najbliższej okolicy nie było lekarza. Chętnych o poradę u lekarza, o któ­rym w do­­­­datku miejscowy aptekarz mówił, że "to sława z War­szawy" było wielu. Ojciec nie chciał przyjmować pieniędzy, gdyż wszystko dostał tu za darmo. Po kilku dniach (ale było to
jesz­cze na parę tygodni przed moim przybyciem) pan aptekarz prze­kazał Ojcu jak
postanowiono (ale nie wiem co to było za gremium) rozwiązać sprawę honorariów lekarskich. Opłata będzie w na­tu­rze w postaci jajek, mleka, mąki. kur itd. na ile będzie pacjenta stać, plus minimalna - niestety nie pamiętam już jaka - opłata w pieniądzach, "bo pan doktor to nie może przecież nie mieć na papierosy i nie będzie na targu sprze­dawać otrzymanej kury, żeby je sobie kupić". Było to mądre i sprawiedliwe rozwiązanie. A postawa miesz­kańców Wielgomłyn na prawdę wzru­szająca.

Ojciec miał, zwłaszcza w pierwszych dniach po przybyciu, sporo pacjentów. Dzięki temu nie bra­kowało nam żywności i opału, a najważniejsze, że miał zajęcie, które, choć na chwilę, pozwa­lało mu zapomnieć o ostatnich przeżyciach. W praktyce lekarskiej po­magała mu (był przecież inwalidą bez ręki i choć robił sam zastrzyki, to jednak nie mógł złożyć wygo­towanej strzy­kawki, lub otworzyć ampułki z lekarstwem i nabrać go do niej) studentka tajnej
medycy­ny - chyba 3-ego lub 4-ego roku - Janka Karcz. Była to bratanica miej­scowego
organisty, która przebywała z rodziną w Wiel­gomłynach na wakacjach i nie miała z nich
dokąd wracać.

Warunki pobytu w Wielgomłynach mieliśmy, w porównaniu z tymi jakie były udziałem większości wypędzonych warszawiaków, doskonałe. Jedynym istotnym man­kamentem było to, że dom nie był skanalizowany i trzeba było korzystać ze "sławojki" na podwórzu. Był to poważny problem, zwłaszcza dla Ojca, podczas ostrej zimy 44/45 roku.

Wielgomłyny stanowiły zaple­cze dla oddzia­łów par­tyzantki AK. Niemal wszyscy dorośli mieszkańcy tej miejscowości byli żołnie­rzami AK lub z nią współpracowali. Niemcy
poka­zywali się tu rzadko, bo teren był dla nich niebezpieczny. Jeżeli "składali wizytę" to
władzom cywilnym towarzy­szył sil­ny oddział wojska lub policji. Wieś była o tym zawsze uprzedzana i spora gru­pa ludzi, któ­rzy nie powinni spotkać się z Niem­cami, zdążała przed ich przy­byciem, znik­nąć w po­blis­kich lasach.

Nawiązałem, zaraz po przybyciu, kontakt z miejscowym oddziałem AK. Przyjęli mnie bardzo serdecznie. Byli uprzedzeni o moim przybyciu na ich teren. Do dziś sta­nowi dla mnie tajemnicę, w jaki sposób, podczas okupacji, gdy telefony i te­legraf były pod ścisła kontrolą niemiecką, tajne informacje AK były przekazywane szybko, dok­ładnie i bezpiecznie.
Więk­szość żołnierzy miejscowej jednostki AK była rozlo­kowana po wsiach (zima była bardzo ostra).  Sprawnie działająca sieć alar­mowa mogła ich szybko ściągnąć do miejsca spotkania ze stosunkowo nie­licznymi oddzia­łami zimu­jącymi w dobrze ukrytych ziemiankach w lasach. Dosta­łem przy­dział do grupy zimu­jącej w Wielgomłynach.

Miałem też spo­t­kania z "zimującymi" żołnierzami, którym starałem się przekazać
doś­­wiadczenia i obser­wacje z walk w Warszawie oraz uczyłem ich, pos­łu­gując się szkicami,
obsługi i zasad strzelania ze zrzu­to­wych, angielskich gra­nat­ników przeciwpancernych Piat.

.Uregulowany, spokojny tryb życia, dobre, choć bardzo proste odży­wianie, codzien­ne dłu­gie spa­cery i rąbanie drzewa sprawiły, że szybko wracałem do pełnej sprawności
fizy­cz­nej. Czułem się fizycznie coraz le­piej. Ranna ręka wygoiła się niemal zupełnie i mogłem się nią posłu­giwać prawie tak jak przed zranieniem. Psychicznie czułem się kiepsko. Wciąż jesz­cze nie mo­g­łem przestać myśleć o najbliższych, którzy zginęli w Powstaniu.

 Zdawałem sobie także sprawę z tego, że wojna się kończy i że, choć Niemcy ją
prze­grają, to jednak zakończenie będzie zupełnie od­mien­ne od oczekiwanego.
O bol­sze­wikach wiedziałem dostatecznie dużo od Ro­dziców, którzy przeżyli rewo­lucję w Mos­­kwie, aby wie­dzieć czego można się po nich spodziewać. Wiedziałem też od
na­ocz­nych świadków, co się dzi­a­ło na terenach zajętych przez nich w 1939 roku. Pozna­łem też pomoc, jakiej nam udzielili podczas Powstania.

Moich naj­bliższych zabiły niemiec­kie bomby, ale było to w 26-ym dniu Powstania. W tym czasie Rosjanie mieli znaczną przewagę w powietrzu, lotniska sowieckie znaj­do­­wały się w odległości kilku­dziesięciu kilometrów od Warszawy, a War­sza­wa była w za­sięgu ich artylerii przeciw­lotniczej. Niemieckie sztu­kasy latały jednak przez nikogo nie niepokojone i zrzucały bom­by jak na poligonie, niszcząc systematycznie jeden po drugim punkty naszego opo­ru. Rosjanie nie próbowali też zniszczyć nie­mieckich lotnisk polowych, rozlokowanych dokoła Warszawy, z których startowały sztukasy ...

Martwiłem się też o Ojca. Wiedziałem, że stan jego zdrowia jest zły, że jesteś­my bezdomni, bez pieniędzy, bez niczego ...

Porucznik Andrzej

Święta Bożego Narodzenia 1944 roku, to najsmutniejsze Święta w mo­im życiu. Byliśmy zaproszeni na wigilię do domu organisty, pana Karcza. Był to bardzo sympa­tyczny dom;
ludzie życzliwi, uczynni, starali się po­móc nam nie tylko pod względem materialnym, ale
także podtrzymać na duchu. Ojciec nie chciał jednak iść tam na wigilię. Namawiali go długo, po kolei niemal wszyscy przedstawiciele tej licznej rodziny. Muszę przy­znać, że robili to
bardzo taktownie. W końcu Ojciec ustąpił. Przy­kro było odmawiać tym życzliwym ludziom, choć wo­leliśmy wszyscy zostać w tym dniu w domu sami.

Wiem, że byliśmy tam na wigilii, ale zupełnie nie pamiętam jej przebiegu. Jak przez mgłę widzę taż okres Świąt i Nowego Roku oraz pier­wszych dni stycznia. Jedyne
wspo­mnie­nie, to bardzo silne mrozy, ponad 20 stopni trzymające przez wiele dni..

Któregoś dnia, wcześnie rano, przyszedł do Wielgomłyn duży oddział party­zancki por. An­drzeja, legendarnego dowódcy na tym terenie. Przywę­drował mar­szem ubezpie­czonym, ale widać było, że czuje się w tej okoli­cy bardzo pewnie. Fakt, że Niemców nie było tu już chyba od kilku tygo­dni.

Por. Andrzej zarządził odprawę miejscowych dowódców od szczebla (o ile­ pamię­tam) dowódcy drużyny. Największa sala w miej­scowej szkole z tru­dem mieściła wszyst­kich
przy­byłych. Zostałem zapro­szony na tę od­prawę. Dowódca oraz drugi oficer, również w stopniu porucznika, przed­stawili nam sytuację na froncie rosyjskim, a także w skrócie na froncie zachodnim i włoskim. Podali bardzo wiele przykładów wrogiego sto­sun­ku Armii
Czer­wonej i ber­­­lingowców do oddzia­łów AK. Uprzedzili o zas­­k­a­kująco szeroko roz­winiętej siatce agen­tów Moskwy. Większość z obec­nych słuchała tych informacji z nie­dowierzaniem. Niby wszyscy mieliśmy wyrobione zdanie o bol­sze­wikach i wie­dzieliśmy, co działo się na
na­szych ziemiach wschodnich, a jednak nie mieściło się w naszych głowach, że nas może spotkać taki sam los.

Wnioski z odprawy nie były wesołe: Z nowym okupantem nie możemy wal­­czyć, bo
wal­ka taka nie ma szans powodzenia, a ponadto byłoby to działanie na korzyść Niemiec - nie do przyjęcia dla nikogo z nas. Pomoc państw zachodnich i na­szej armii z frontów zachodniego i włoskiego jest nierealna ze względu na odległość oraz obecność oddziałów sowieckich na ziemiach polskich. „Musicie – usłyszeliśmy - liczyć się z możliwością rozpusz­czenia oddzia­łów AK do domów. Na razie mamy rozkaz unikania wszelkich starć z Armią Czerwoną i utrzy­­mania sprawnej łączności na wszelkich szcze­blach dowodze­nia.

Po odprawie por. Andrzej zatrzymał kilku obecnych, w tym - ku moje­mu zas­ko­czeniu - także i mnie. Wypytywał o przebieg Powstania na Żoli­borzu oraz o prze­marsz i powrót do Puszczy Kampinoskiej. Szczególnie interesowało go za­cho­wanie się od­dzia­łów węgierskich, obecnych w jej okolicy, przebieg zrzutów alianckich w Pusz­czy i w mie­ście, nastroje żoł­nierzy po kapitulacji itd. Za­da­wał mnóstwo drobiazgowych pytań. Wreszcie podzię­kował.
Odmel­dowałem się i wróciłem do domu do Ojca.

Siadaliśmy właśnie do obiadu, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyła Marynia
i usły­szeliśmy, że ktoś pyta o pana doktora. Ojciec wyszedł myśląc, że to pa­cjent po poradę
i po chwili wszedł do pokoju z ... por. Andrzejem. Niespo­dziewany gość przeprosił uprzejmie za "najście". Stwierdził, że chce zapo­znać się z nastrojami wśród lud­ności, w tym i wśród ewa­ku­owanych warszawiaków. Marynia, bez pytania, postawiła przed nim talerz pełen kartoflanej zupy. Podziękował i zos­tał na naszym skromnym obiedzie. Rozmowa dotyczyła
oczy­wiście sytuacji wo­jen­nej i politycznej. Wynikające z niej wnioski nie były wesołe.

W pewnej chwili porucznik spojrzał na zegarek, przeprosił nas na chwilę, podniósł z krze­­­sła swą futrzaną czapkę i wyjął z niej minia­turowy aparat radiowy na słu­chawki.
"Prze­pra­szam, teraz BBC nadaje wia­domości, a między nimi szyf­rowane komunikaty dla
oddzia­łów AK". Słu­chał dłuższą chwilę z uwagą. Wreszcie odłożył aparat i widząc moje nim zain­tere­sowanie, położył go na stole. "Niech pan się mu przypatrzy; to jest naj­nowsze
osiąg­nię­cie tech­niki. Aparat ma lampy nowego typu, metalowe, bardzo małe, pobierające niedużo prądu z baterii (tran­zystorów jeszcze nie znano), zminiaturyzowany w taki sposób, że mieści się pod zimową czapką. Mogę słuchać zarówno stacji alian­ckich, jak i nie­mieckich oraz ro­syjskich i to podczas marszu lub jazdy wozem. Fan­tas­tyczne osiąg­nięcie. Szkoda tylko, że nie mieliśmy czegoś podobnego wcze­śniej. Niech pan spróbuje jaki znakomity odbiór". Spró­bowałem.  Rze­czywiście, odbiór był bez zarzutu. 

"Wyzwolenie"

Pewnej styczniowej nocy, nad ranem obudziło nas dalekie dudnienie kanonady
artyle­ryjskiej. Było oczywiste, że rozpoczęła się radziecka ofensywa Po kilku godzinach kanonada ustała. Od czasu do czasu tylko słychać było bardzo odległe pojedyncze wybuchy Trudno było się zor­ien­tować czy ofensywa załamała się, czy też nacierające wojska nie napoty­kają na opór Niemców. Dzień przeszedł spokojnie; ludzie byli raczej za­cie­kawieni niż zanie­po­kojeni Nie pojawił się żaden oddział niemiec­ki, nie było też wi­dać partyzantów. Nie otrzy­maliśmy żadnych rozkazów. Z na­słuchu radiowego wiedzieliś­my o rozpoczęciu ofensywy i jej pomyślnym przebiegu.

Następnego wieczora chwilami słychać było bardzo dalekie odgłosy salw ar­ty­leryjskich. Jasne było, że Wielgomłyny nie leżały na głównym, ani nawet na pomoc­ni­czym, kierunku
natarcia. Możemy więc nie obawiać się ciężkich walk w okolicy i wszys­tkich związanych z tym skutków. Z dru­­­giej jednak strony rozbite oddziały niemieckie mogą szukać schro­nienia w oko­licz­nych lasach i przy okazji spalić pobliskie wsie, aby oczy­ś­cić przedpole.

Miejscowy dowódca AK zarządził alarm bojowy i wyprowadził nasz oddział ze wsi,
pozo­stawiając w niej jedynie czujki z dobrze ukrytą ra­dio­stacją. Przeczesywaliśmy do rana pobliskie lasy w poszukiwaniu kry­jących się oddziałów niemieckich. Nad ranem nasze czujki wytropiły przechodzący przez las oddział nie­miecki. Posuwał się bardzo cicho i os­trożnie, wysyłając patrole we wszystkich  kierunkach. Nie udało się nam ustalić jego wiel­koś­ci. Przypus­z­czalnie był w sile batalionu piechoty. Depta­liśmy mu po piętach, ale nie
atako­waliśmy nie mając pełnego roz­pozna­nia. Mieliś­my rozkaż unikania wszel­kich
"nieporo­zu­mień" z "wyzwoli­cie­lami". Oddział niemiecki obcho­dził Radomsko dużym łukiem od zachodu i południa. Nad ranem straciliśmy z nim kontakt i bar­dzo zmęczeni wróciliśmy do Wielgo­młyn.

Cały dzień oczekiwaliśmy wkroczenia wojsk radzieckich. Na próżno. Dzień prze­szedł spokojnie, nic niezwykłego się nie działo. Wieczorem po­ja­wił się niespodziewanie motocykl z ko­szem i trzema Niem­cami. Zatrzy­mali się na rynku, rozglądali się nie­pewnie dokoła.
Spra­wiali wrażenie, że chcą o coś zapytać. Wszystkie okna we wsi były ciemne, ale z każdego na pewno byli obserwowani. Wszyscy oczekiwali Rosjan. Na od­gł­os silnika
motocykla z każde-go okna na rynku przyglądano się "czy już przyszli". Rozbrojenie trzech Niemców, choć każ­dy z nich trzymał w ręku pistolet maszynowy, nie stanowiło żadnego problemu. Nikt się jednak nie ruszył. Niemcy przez chwilę rozmawiali ze sobą i odjechali bez prze­szkód.

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, gdybyśmy oczekiwali wkroczenia naszych wojsk; praw­dziwego wyzwolenia. Przecież we wsi było ze stu akowców i to bardzo dobrze
uzbro­jonych. Pamiętam trzy posterunki w domach na rynku. Mogliśmy wystrzelać Niem­ców jak kacz­ki. Nie padł jed­nak ani jeden strzał. Tak jakby nie wypadało strzelać do ucieki­nie­rów, któ­rzy nie mają szans na wymknięcie się Rosjanom i są już skazani na śmierć.

Po paru godzinach weszły do Wielgomłyn straże przednie piechoty rosyjskiej. Rozstawili posterunki, a część z nich siadła na gankach, po drewutniach, chlewikach i spała. Mróz tej nocy był silny, co najmniej z 15 stopni. Mieszkańcy zapraszali ich do do­mów, częstowali
gorącą her­­batą, mlekiem, zupą, chlebem. Odmawiali, zarówno po­częstunku, jak i we­j­ścia do domów. Mieliśmy wrażenie, że surowo za­bro­niono im wszel­kich kontaktów z miejscową
ludnością.

Ojciec mój doskonale mówił po rosyjsku. Kończył gimnazjum rosyjskie i całą pierwszą wojnę spędził w Rosji. Wyszedł przed dom i usiłował roz­mawiać z przybyłymi żołnierzami. Ze zdumieniem stwierdził, że nie ro­zumieją oni po rosyjsku. Po dłuższej chwili przyszedł
podofi­cer Ros­janin, który także odmówił wejścia do domu i talerza gorącej zupy, który
wyniosła mu Marynia. Tłumaczył się, że muszą być w pogotowiu, bo w każdej chwili mogą tu być Niemcy. Był to kiepski wykręt, bo front przesunął się już daleko na zachód. Widocznie takie mieli roz­kazy, aby nie nawiązywać kontaktu z tu­tejszymi "burżujami".

Warszawa 1945 r.

Nie wiele zapamiętałem z wędrówki z Wielgomłyn do Warszawy. Nie pa­mię­tam nawet dokładnych dat. Wyruszyliśmy z moim szwagrem, (który dotarł do Wielgomłyn w
po­szu­kiwaniu swej żony - a mojej siostry) najprawdopodobniej mię­dzy 22 i  24 stycznia. Dotarliśmy do Warszawy chyba jeszcze w os­tat­nich dniach stycznia. Pamiętam przejście po lodzie przez zamarzniętą Wisłę i zaskoczenie jakie sprawiała Pra­ga, sto­sun­kowo mało zniszczona działaniami wojen­nymi, pełna wojska, tłumów ludzi, handlu na ulicach i wrzawy.

Zatrzymaliśmy się w skromnej, czynszowej kamienicy przy bocznej uliczce, chyba w oko­licy ulicy Ząbkowskiej u znajomych mego szwagra.

Następnego dnia poszliśmy na ulicę Miodową. Nie była jeszcze uprzątnięta z gruzów. Wydeptano zaledwie ścież­kę na (byłej) jezdni wśród zalegających ją gruzów. Dom był
częściowo zburzony i cał­kowicie wypalony. Od ulicy zachowała się brama wejściowa i frontowy mur, mniej więcej do 2-go piętra. Nasz balkon był silnie postrzelany, ale trzymał się na kolumnach bal­konu na pierwszym piętrze. Z trzech okien (a raczej otworów okiennych w mu­rze) salonu, zachowało się częściowo jedno, najbliższe balkonu. Pozostałych można było się jedynie domyślać.

Z relacji Ojca i Maryni wiem, że gdy po zdobyciu tego rejonu przez Niemców, opuszczali resztki naszego domu, zniszczona całkowicie była tylko prawa oficyna; część frontowa i lewa oficyna były po­dziurawiona pociskami, ale nie spalone. Wszystkie pożary udało się
obroń­com ugasić. Ocalałe resztki Niemcy planowo palili po upadku Powstania.

Weszliśmy do bramy. Klatka schodowa była zawalona; nie było mowy o wejściu nawet na pierwsze piętro. Podwórze zasłane było grubą war­stwą gruzu. Wejście na nie było wcale proste, zwłaszcza, że gruz po­kry­ty był grubą warstwą śniegu. Rozej­rzałem się dokoła. Po
salonie, pokoju stołowym, mo­im pokoju, służbowym i kuchni nie zos­tało nawet wspomnienie. Ocalał fragment okna gabinetu Ojca, balkon pokoju stołowego oraz całe okno i sufit łazienki Jedna wielka kupa gruzów.

Pod prawą oficyną znajdowała się nasza piwnica, w któ­rej schronili się moi najbliżsi. Natomiast przeciwległa (lewa) i po­p­­rzeczna oficyna były wypalone, ale niemal  kom­pletne.
Ocalało także wejście do kuchennej klatki schodowej w prawej oficynie oraz schody
prowadzące z niej do piwnicy. Zeszliśmy nimi na dół. Dostaliśmy się do początku głównego korytarza piwnicznego. Dwa, trzy metry dalej korytarz pod sufit był zasypany gruzem i 
po­piołem. Mieliśmy ze sobą łopatkę saperską oraz duży mło­tek. Z gruzów wyciągnęliśmy stalowy pręt. Próbowaliśmy odkopać gruz i przebić się przez solidny mur, wykonany jeszcze w ubie­głym stuleciu. Straszna robota przy świetle przyniesionej ze sobą świeczki. Wreszcie, gdy udało się nam pokonać opór cegieł i prze­bić niewielki otwór, okazało się, że wnętrze
piw­nicy jest zasypane gruzem i popio­łem, co najmniej do wysokości wybi­tego otworu, a najpraw­dopodobniej - do sufitu, jeżeli jej sufit w ogó­­le istnieje. Nie była to jednak jeszcze nasza piwnica, lecz przylegająca do niej piwnica sąsiadów. Dostanie się do naszej było niemożliwe.

Wyszliśmy na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Byliśmy po­rządnie zmę­czeni. Odpoczywaliśmy z pół godziny zastanawiając się co dalej robić. W zasadzie, ze względów bez­pieczeństwa, należy najpierw roze­brać, grożące w każ­dej chwili zawaleniem, wypalone ściany, a nas­tę­pnie rozkopywać gruzy od góry w miejscu, gdzie znajdowała się nasza
piw­nica. Do tego potrzebny był zespół ludzi i od­powiednie dra­biny lub rusztowania oraz kilofy do rozbijania ścian.

Po odpoczynku postanowiliśmy jeszcze spróbować rozeznać sytuację od strony
sąsied­niego domu (Miodowa 11). Dom ten był częściowo zbu­rzony i jak wszystkie - całkowicie wypalony. Jednak cześć jego przy­le­gająca do naszego domu ocalała; była oczywiście wypa­lona. Dostaliśmy się bez trudu do piwnicy i do wybitego podczas Powstania przejścia do naszego domu. Przejście to było zasypane gruzem i popiołem. Nie było możliwości prze­do­s­tania się.

Wróciliśmy na Pragę ledwie żywi. Przechodziliśmy Wisłę już po ciemku. Najbar­dziej
dokuczało nam pragnienie. Przez cały dzień nic nie piliśmy. Nie wzięliśmy picia ze sobą, jedynie suchą "wałówkę", a o kupieniu czegokolwiek nie było nawet mowy. Śniegu było
wprawdzie dużo, ale był brudny, a pod nim leżały jeszcze nie­pogrzebane ciała ludzi i 
zwie­rząt. Nie nadawał się do zaspokojenia pragnienia.

Na drugi dzień poszedłem wymienić pieniądze. Okupacyjne "mły­nar­ki" straciły już
war­tość i wymieniano każdemu 500 „młynarek” na 500 no­­wych złotówek. Przy okazji wycinano z kenkarty pieczęć ze swa­s­tyką ja­ko dowód wymiany pieniędzy. Otrzymałem od mego szwagra dodatkową „lewą” kenkartę i 500 złotych. W pierwszych dniach bez trudności wymieniano pieniądze „dla kogoś z rodziny lub sąsiada” byle kenkarta nie miała wyciętego orła ze swastyka – dowodu wymiany pieniędzy.

Idąc ulicą Targową zoba­czyłem afisze wzywające do wyjazdu na Ziemie Odzyskane w celu ich zagos­poda­ro­wania. Wydało mi się, że to dla mnie dobry pomysł. Poszedłem do pun­ktu informa­cyjnego wska­zanego na afiszu. Było tam sporo ludzi, któ­rzy, tak jak ja, chcieli dowie­dzieć się szczegółów. Poszukiwano fa­chow­­ców we wszelkich możliwych zawodach. Gdy powie­dzia­łem urzęd­niko­wi, że mam dyplom technika i dwa lata wojennej po­li­­techniki, aż pod­sko­czył na krześle i natychmiast zaciągnął mnie do swe­go szefa. Ten jeszcze raz zapytał mnie o kwalifikacje. A gdy mu je­ powtó­rzyłem, stwier­dził, że takich właśnie ludzi nam
potrzeba.

Ale ja nie mam żadnych dowodów na to co panu powiedziałem. Wszy­stko prze­padło pod­czas Powstania. Gość sprawdził adres w kenkarcie i bur­­k­nął "rze­czy­wiście na Miodowej mogło się nic nie zachować". Popa­trzył spod oka na mnie i znienacka zapytał, "a czy wie pan czym różni się stal od żeliwa?". Pytanie banalne, odpowie­działem bez na­my­słu i prawi­dłowo. Wyjął z szuflady biurka suwak logarytmiczny i za­­pytał "a tym umie się pan posługiwać?". Oczywiście. "No to niech pan mi to poli­czy" i napisał na marginesie gazety jakieś proste dzia­łanie.

Rzucił okiem na podany wynik: „No nie wiem czy wszystko co pan powiedział jest
praw­dą, ale ma pan pojęcie o technice. W tej chwili najbardziej potrze­bujemy ludzi na
wy­brze­żu, zwłaszcza w Gdańsku. Dam panu tam skie­rowanie. Może pan jechać choć­by
dzisiaj. Skie­ro­wanie służy za bez­płatny bilet". Kazał urzędnikowi, który mnie do niego
przyprowadził wypisać odpowiedni dokument, a gdy ten wyszedł rzucił od niechcenia "A na temat udziału w Po­­­­w­staniu niech pan za dużo nie opowiada, to może być nie­zdrowe". Po chwili podpisał przy­gotowane skierowanie i za­pytał "kiedy pan jedzie?" Właś­ciwie nic mnie tu już nie trzyma, więc chyba jutro lub pojutrze. "To dobrze, tam potrzeba ludzi i kli­mat dla pana zdrowszy. Niech pan jak najprędzej jedzie. Pociągi odchodzą ze stacji w Ożarowie.

 Żegnając się, podzię­­kowałem mu za informacje i ra­dy, jakich mi udzielił i po­wiedziałem, że „będę dbał o zdrowie”. Uś­miech­nął się znacząco i dodał "Życzę po­wo­dzenia".

Wracałem do domu w dobrym nastroju. No wreszcie zaczyna się coś układać. Mam pracę, choć jeszcze nie wiem jaką. Podobno Gdańsk jest bardzo zniszczony, ale przecież musi się znaleźć jakieś mieszkanie. Jestem poszukiwanym fachowcem; Ojciec jako lekarz, mimo słabego zdro­­­wia, też przecież może się przydać. Lekarzy bardzo brakuje.

W nieznane

Na drugi dzień wstałem wcześnie rano; było jeszcze ciemno. Byłem już gotowy do
wyjś­cia, gdy pojawiła się gospodyni i w sposób nie znoszący sprzeciwu zapowiedziała, że nie wypuści mnie na mróz bez śnia­­dania. Nie broniłem się mocno, bo byłem głodny i 
zasta­na­wia­łem się jak wytrzymam bez jedzenia cały dzień, a może nawet i dłużej.

Na ulicy Targowej grupka ludzi stała przy tablicy ogłoszeń. Podszedłem do nich i 
zoba­czyłem wywieszone dwa, czy trzy egzemplarze gazety. Obok wiadomości z frontu i miejsco­wych komunikatów była tam także krótka wzmianka o powołaniu zespołu
przej­mującego i uru­­chamia­jącego kopalnie węgla na Górnym Śląsku, kierowanego przez
inżyniera Bole­sława Krupińskiego. Nie było najmniejszej wątpliwości, to ojciec mego poległego kolegi i przy­­­­ja­­ciela, Andrze­ja Krupińskiego.

W tym momencie zacząłem żałować, że przyjąłem skierowanie do Gdańska. Przecież muszę skomunikować się z panem Krupińskim i prze­kazać mu wszystko co wiem (to znaczy bardzo niewiele) o śmierci jego syna. Na Śląsku też przecież pracy nie brakuje.

Poszedłem jeszcze raz na ulicę Miodową. Stanąłem na gruzach naprzeciw naszego domu i długo przypatrywałem się jego resztkom. Tak bardzo żałowałem, że nie mam przy sobie aparatu fotograficznego. Ko­niecznie chciałem utrwalić w pamięci to co zostało ze wspo­­mnień mo­jej młodości. Byłem zapalonym fotografem, miałem niezły sprzęt: małą "Retinę" Kodaka i profesjonalnego Voigtlaendera. Robi­łem naprawdę dobre zdjęcia. Obydwa aparaty leżą tu pod gruzami, razem z ok. dwoma tysiącami moich zdjęć. Wiele z nich
zro­bi­łem podczas wojny i okupacji. Myślę, że część z nich miała wartość doku­mentacyjną.

Długo stałem tam na ulicy Miodowej. Wreszcie dotkliwy chłód zmusił mnie do wędrówki dalej. Szedłem Senatorską, przez Plac Teatralny, Bielańską i Plac Bankowy do Leszna. Wszy­­stkie te ulice i pla­ce znałem tak dobrze, tyle razy nimi chodziłem. Teraz szło się ścieżką przetartą w śniegu pokrywającym ruiny, wśród absolutnej ciszy i w zasięgu wzroku,
naj­częściej, nie było widać żywej duszy. Dopiero na Lesznie zo­baczyłem pojedynczych ludzi i małe grupki wędrujące nie wiadomo dokąd i po co. Z Leszna skręciłem w ulicę Orlą. Dom, w któ­rym mieszkała Danusia z Pawłem był całkowicie wypalony, ale nie zburzony. Jak się później dowiedziałem podobno nikt z jego mieszkańców nie zginął ...

Znów Boernerów

Wędrując Lesznem w kierunku zachodnim postanowiłem dość do Boernerowa. Przecież to niemal po drodze do Ożarowa. Był to niezły kawałek drogi. Dziś autobusem jedzie się tam ze śródmieścia około pół godziny. Doszedłem na miejsce około południa, może nieznacznie później. Poszedłem przede wszystkim na pole, na którym por. Starża stracił prawie całą
naszą kompanię. Na polu widoczne były dwa duże groby zbiorowe i  10 (12?) grobów
poje­dyn­czych.

W zimowej scenerii teren ten wyglądał zupełnie inaczej niż w upal­ny sierpniowy ranek. Klucząc po polu starałem się odtworzyć przebieg marszu kolumny i miejsce do którego
doszedłem, a raczej doczołgałem się. Pierwsze pojedyncze groby były o około 50 metrów dalej.

Przez cały czas mojej wędrówki po tym polu nie było na nim nikogo oprócz mnie.
Zbierałem się już do powrotu do Boernerowa, gdy zobaczyłem nadchodzącego ze strony przeciwnej starego człowieka nio­sącego niewielki worek na plecach. Gdy przechodził koło mnie grze­cznie zapytałem go czy wie coś na temat tych grobów i ma­sakry, która miała tu miejsce. Odpowiedział niezrozumiałym mruknięciem, poprawił worek na ramieniu i 
przyspie­szył kroku. Sta­ry dziwak pomyślałem i po­woli poszedłem w stronę widocznych
pomiędzy drzewami dom­­ków Boer­nerowa.

Nie wiem, która była to godzina, nie miałem przecież zegarka. Wydawało mi się, że
mu­si być około południa, może nieznacznie później. Nigdzie nie było widać ludzi, choć z wielu kominów uchodził dym. Kręciłem się po tym niewielkim osiedlu licząc, że w końcu spotkam kogoś na ulicy. Wreszcie z jednego z domków wyszła starsza kobieta. Podbiegłem do niej i zapy­tałem ją o groby na polu. Obej­rzała się dokoła, powiedziała, że nic na ten temat nie wie, przy­spieszyła kroku i zniknęła za rogiem uliczki. Nie miałem odwagi zachodzić do domków, ale jak w takiej sy­­tuacji zebrać jakiekolwiek wiado­mości na temat interesujących mnie wydarzeń. Po chwili zobaczyłem kobietę z kilku­letnim dzieckiem ciąg­nącą na sankach drewno na opał. Jej reakcja na moje pytania była nie­mal identyczna. Co za ludzie tu mieszkają, pomyślałem, skąd tacy się w ogóle wzię­li. Nie miałem jeszcze żadnych
doświad­czeń ze służbą bezpie­czeństwa i NKWD i ich zachowanie było dla mnie całkowicie niezro­zumiałe. Miałem je zrozumieć już bardzo niedługo.

Zbierałem się już do wyjścia z Boernerowa, gdy na uliczce osiedla zobaczyłem dość mło­dego mężczyznę, idącego energicznym kro­kiem. No ten to na pewno będzie coś
wiedzieć, a przynajmniej da się z nim porozmawiać. Rzeczywiście, gość koło trzydziestki, lekko za­cią­gający, jak na kresach wschodnich, wysłuchał cierpliwie mojego pytania i 
uprzej­­mie odpowiedział, że nie umie dać na nie od­powiedzi, bo prze­bywa tu od bardzo
nie­dawna, ale chętnie zaprowadzi mnie do swych gospodarzy, którzy są starymi
mieszkańcami Boernerowa i na pewno coś wiedzą o tych grobach na polu. Przypomina
sobie, że mówili coś na ten temat, ale on jest nietutejszy i nie pamięta szczegółów.

Podziękowałem mu i poszliśmy razem do jego gospodarzy. Zapukał, drzwi otwo­rzyły się, wszedłem do ciemnej sieni i natych­miast usłyszałem: "ruki w wierch", a trzech drabów z pistoletami w rę­ku zaczęło sprawdzać czy nie mam broni. Rozwinęli moją wałówkę,
spraw­dzili co w środku i grzecznie oddali. Wyciągnęli mi z kieszeni kurt­ki kennkartę, podali memu "przewodnikowi", który nie patrząc wrzucił ją do szuflady biurka. Na moje pytania o co tu chodzi nikt nie re­agował. Jeden z obecnych skinął na mnie, żebym szedł za nim. Popro­wa­dził mnie po schodach do piwnicy, otwo­rzył jakieś drzwi, wepchnął do środka i drzwi się za mną zamknęły.

W piwnicy był półmrok. Dopiero po chwili zobaczyłem, że znajduje się w niej jeszcze pięciu ludzi. Przyglądali mi się nic nie mówiąc. Powiedziałem coś do nich, nic nie
odpo­wie­dzieli. Usiadłem więc w ką­cie na słomie i zastanawiałem się o co tu chodzi.
Poczułem głód, nie jadłem nic od  śniadania, wprawdzie obfitego, ale od tego czasu mi­nę­ło już z osiem godzin, no i zrobiłem  co najmniej z 15 kilometrów. Wy­cią­gnąłem więc moją wałówkę i zaczą­łem jeść. Przełknąłem kilka kę­sów i zwróciłem się do obecnych "przepraszam panów, może panowie są głodni, proszę się poczęstować" popatrzyli zdziwieni na mnie i nic nie odpo­wiedzieli. Dwóch z nich szeptało chwilę w kącie. Jeden z nich w końcu odpowiedział "dzię­ku­je­my, jeżeli ma pan za dużo je­dzenia, to chętnie panu pomożemy, żeby nie musiał pan nosić".

Zjedli, podziękowali, ale nie kwapili się do rozmowy. Nie, to nie, pomyślałem, zwi­ną­łem się na słomie i zasnąłem. Obudził mnie ruch w piwnicy. Okazało się, że przynie­siono nam "kolację". Składała się na nią  wodnista, ale gorąca zupa i kawał czarnego chleba. Nie mia­łem menażki na zupę. Jeden z moich towarzyszy  zrewanżował się za wcześniejszy
poczę­stunek i pożyczył mi swoją. Wszyscy byli bardzo pow­ściągliwi w rozmowie: "proszę, dziękuję; ostro­żnie bo się rozle­je; mama w domu robiła lepszą zupę" itp. Ani słowa na temat kim są, jak się tu znaleźli, o co właściwie chodzi; jedynie nic nie znaczące słowa i kawałki zdań. Między sobą rozmawiali, ale szeptem, tak, że nie mogłem nic zrozumieć.

W jakiś czas po kolacji jeden z nich, który wydawał się ich przywódcą, bo zwracali się do niego z pewnym - jak mi się wydawało - szacunkiem, niespodziewanie zwrócił się do mnie. "No, kolego myślę, że teraz już wiesz, że znajdujemy się pod czułą opieka NKWD. Ci tutaj, to zwykli łapacze, złapali nas dziś rano. Ale w nocy lub ju­tro rano prze­wiozą nas tam, gdzie zajmą się nami fachowcy, ofice­rowie śledczy. Przypomnij sobie swój życiorys, bo oni nie lubią jak się nie zgadza".

Nie miałem wątpliwości, że zatrzymało nas NKWD  tylko nie mogłem zrozumieć za co. Dopiero później dowiedziałem się, że natychmiast po zajęciu Warszawy Armia Czerwona
zajęła się intensywnie tropieniem AKowców w pobliskiej Puszczy Kampinoskiej. Spe­cjalnie zainte­re­so­wała się m.in. Boernerowem jako jedną z baz łączności z Puszczą. Na razie rysowała się miła perspektywa śledztwa w tej sprawie. Ludzie siedzący wraz ze mną prawdopodobnie byli AKowcami złapanymi w zdekonspirowanym pun­kcie kontak­towym. Nie wesoło. Zanim coś się wyjaśni, o ile w ogóle mo­że się tu coś wyjaśnić, można wylądować na Syberii.

Próbowałem nawiązać rozmowę z moimi towarzyszami, ale bez re­zul­tatu. Nie mieli zupeł­nie na to ochoty. Prawdopodobnie uważali mnie za wtyczkę, która ma podsłuchać ich roz­mo­wy. Między sobą natomiast szeptali niemal cały czas. Sprawiali wrażenie, jakby na coś czekali. Ale może mnie się tylko tak zdawało. Myśli kłębiły mi się w głowie. Martwiłem się co to będzie, jak Ojciec nie dostanie ode mnie obie­canej szybko wiado­mości. Zadręczy się przecież na śmierć.

Nie wiem kiedy usnąłem, pomimo zimna, które dawało się nam wszy­stkim coraz
bar­dziej we znaki. Obudził mnie jakiś ruch i prze­raź­liwe zimno w piwnicy. Moi współ­lokatorzy, po­mimo mrozu otworzyli małe, okra­towane okienko pod sufitem i wyraźnie nasłuchiwali. Z da­­le­ka do­chodziły fałszywe zawodzenia pijackie. Dwóch pijaków prze­krzy­kiwało się
na­wzajem. Po chwili ucichli.

Zamknijcie to okno, przecież zimno tu jak cholera. „Cicho bądź - usłyszałem w 
odpo­wiedzi - tu jest duszno i trzeba przewietrzyć”.  Najmłodszy z kompanów, kawał byka, usiadł przy mnie i syknął mi do ucha. "Nie ruszaj się i nie odzywaj, bo zaduszę. Tu ma być cicho; wszyscy śpią, rozumiesz?" Nie wiele rozumiałem, prócz tego, że mam być cicho, bo coś się tu szykuje. Chyba te pijackie krzyki nie były bez znaczenia. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Wreszcie usły­szeliśmy warkot silnika samochodu. Zbli­żał się, stawał się coraz wyraź­niejszy. Przed domem samochód zatrzymał się, Po chwili pod­je­chał drugi. Usłyszałem rozmowę w języku rosyjskim. Przyje­chali po nas, pomyślałem. Słychać było otwieranie drzwi wejściowych, chwi­lę rozmowy, jakieś bardzo krótkie zamieszanie i do naszej piwn­icy wpadło dwóch uzbrojonych młodych mężczyzn w polskich mundurach. 

Moi kompani rzucili się im na szyję. A ten to kto? zapytał jeden z przybyłych. Nie wiemy. Wpakowali go nam po południu. Albo ktoś z na­szych, albo wtyczka. Nie mamy czasu na
roz­myślania. Prędko wy­chodzić, wszyscy! Przy drzwiach wejściowych leżał martwy, ten sam mężczyzna, który mnie tu uprzejmie przyprowadził. Nie było żadnej strzelaniny, musiał
dos­tać nożem. Drugi leżał dalej w kory­tarzu, nie widziałem go dobrze, ale chyba także nie żył. Kilku stało pod ścianą ze skrępowanymi już fachowo rękami i zakneblo­wa­nymi ustami. Wyszliśmy na dwór. Przed domem stały dwa samochody z pracu­ją­cymi silnikami. Łazik Willys i poniemiecka ciężarówka Opel Blitz o skrzy­ni przykrytej opończą.

Wszyscy uwolnieni załadowali się do ciężarówki. Wszyscy, prócz mnie, mieli broń. Nie zauważyłem, kiedy ją dostali. Chwilę jeszcze cze­kaliśmy, jak się później okazało, na część naszych wyzwolicieli, którzy zamykali w tym czasie pięciu powiązanych "łapaczy"  w piwnicy.

Ruszyliśmy ostro z miejsca i samochody skierowały się w stronę wsi Babice Stare. Jadący z nami jeden z "wyzwolicieli" odezwał się do mnie: "Nie mamy możliwości zabrać cię ze sobą, bo nie wiemy kim jesteś. Wysadzimy ciebie z dala ode wsi, bo gdybyś chciał nas
zdra­dzić, to zanim dojdziesz do jakiegoś posterunku i wytłumaczysz o co chodzi, my
bę­dziemy daleko. Jeżeli jesteśmy nadmiernie ostrożni, no to nie miej nam tego za złe i 
za­pamiętaj, że Ruscy mają dużo lepszy wywiad niż mieli Niemcy i niestety wielu Polaków dla nich pracuje". Zastukał w szoferkę, samochód się zatrzy­mał. "Wysiadaj i powodzenia jeżeli jesteś swój".

Wyrecytowałem jak na szkoleniu rekruckim: "Podchorąży Zdzich odmeldowuje się" i wys­ko­czyłem z samochodu. "Cześć! nie daj się drugi raz złapać, bo może nas nie być pod ręką" usły­szałem w odpowiedzi i ciężarowy Opel "Blitz" odjechał.

Nocna wędrówka

Znalazłem się w nocy (przypuszczam, że była godzina druga lub trzecia nad ranem) na środku drogi w zupełnie nieznanym terenie. Widziałem, że jechaliśmy przez Stare Babice - ten teren znałem z za­jęć w podchorążówce - ale po tym samochód kilkakrotnie skręcał, jakiś czas jechał chyba, sądząc z wybojów, po polnej drodze i zu­peł­nie straciłem orientację.

Pierwsza rzecz, stanąłem pod najbliższym drzewem. Marzyłem o tej chwili od daw­na.
Nie wiedzia­łem, w którym kierunku iść. Bałem się, że mogę po ciem­ku niespo­dzie­wanie wpaść na posterunek lub patrol wojskowy lub partyzancki. Jak wytłumaczę swoją tu
obec­ność i wędrówkę w nocy. Trzeba chyba prze­cze­kać do rana. Nie wesoła perspek­tywa, nie wiem która godzina, a do tego, jak na złość, przed świtem bierze całkiem solidny mróz. Nie przeszkadzałby w marszu, ale ustać w miejscu - trudno.

Nagle przerażenie: Przecież w szufladzie biurka u NKWDzistów została moja kennkarta z prawdziwym imieniem i nazwiskiem i z zaś­wiad­czeniem z Wielgomłyn. Przecież teraz oni dojdą do Ojca. Poczułem jak oblewa mnie zimny pot. I nagle olś­nienie: owszem mają
kenkartę, ale nie moją, tylko "lewą" mego szwagra wystawioną w miejscowości na wschodzie Polski, która została całkowicie zniszczona podczas działań wojennych, a zawarte w niej dane są fik­cyj­ne. Można długo szukać jej właściciela.

Moja siedzi w pra­wej wewnęt­rznej kieszeni marynarki, razem ze skierowaniem do
Gdań­ska. Gwałtownie rozpinam kurtkę i spraw­dzam: są resztki starego portfela, wyczuwam w nim kenkartę. Odetchnąłem, kamień spadł mi z serca.

 Mróz dokuczał mi coraz bardziej. Nie wiele pomagało machanie rę­kami i ćwiczenie przysiadów. W pewnej chwili usłyszałem daleki gwizd lokomotywy, po chwili jeszcze jeden i jesz­cze jeden. Mniej więcej moż­na było określić kierunek. Trudniej odległość. Nie wiem na ile ki­lo­­me­trów w mroźną noc słychać taki sygnał?

Przypomniałem sobie, że w domu Rodzi­ców nieraz słyszałem bardzo wyraźnie w nocy gwizdy lo­komotyw z dworca Gdańskiego. Z ulicy Miodowej do dworca było w pros­tej linii z półtora kilo­metra. Ale to było w lecie, przy otwartych okn­ach. W zimie głos rozchodzi się dużo lepiej, a gwizd był tu ledwo sły­szalny, więc do torów może tu być i kilka kilo­metrów. A ile do dworca w Ożarowie?

Byłem już tak zmarznięty, że mimo oczywistych przeciwwskazań, po­stanowiłem iść w kie­runku, z którego wydawało mi się, że słychać by­ło kolejowe odgłosy. Niestety, droga, na której stałem, prze­bie­gała mniej więcej pod kątem prostym do kierunku, który mnie
inte­reso­wał. Postanowiłem iść przed siebie i skręcić w lewo w najbliższą drogę lub ścieżkę. Pomimo braku księżyca droga była dobrze widoczna. Wyjeżdżone koleiny od­ci­nały się od białego śnie­gu.

Po przejściu mniej więcej kilometra skręciłem w lewo w pol­ną drogę. Nie mogłem sprawdzić czy posuwam się w dobrym kierunku, gdyż, jak na złość, lokomotywa (loko­motywy?) umilkła i nie dochodziły żadne odgłosy ko­le­jowe. Po prawej stronie, na horyzoncie widać było dużą ciemną pla­mę. Nie wiadomo las czy zabudowania wsi. Przy ziemi pojawiła się lekka mgła i w ciem­ności trudno było rozpoznać kontury.

Zwolniłem kroku, rozgrzałem się już zupełnie, a nie chciałem dojść do wsi przed świtem. Ciemna plama z prawej strony zbliżała się jednak coraz bardziej. Wciąż jednak nie mogłem jej rozpoznać. Na skrzy­żowaniu polnych dróg stała mała wiejska kapliczka. Przy niej pie­niek, który kiedyś służył może za podparcie ławeczki. Przysiadłem na nim. Nie tyle ze zmęczenia, ile z chęci przeczekania, żeby jakoś do­trwać do świtu.

Nie byłem zmęczony, ani śpiący. Emo­­c­­je ostatnich zda­rzeń skutecznie odsuwały senność. Musiałem jednak zdrzemnąć się (choć nie wiem jak to możliwe, bo pieniek nie był najwygodniejszym sie­dziskiem). Obudziły mnie kroki na drodze, wyraźnie skrzypiał śnieg. Dochodziła do mnie stara babina niosąca w płachcie na plecach bańkę z mle­kiem.

Usłyszałem stary głos: "Niech będzie pochwalony". Odpowiedziałem: "Na wieki wieków". "A toś mnie pan przestraszył. Patrzyłam pod nogi i zo­­baczyłam pana dopiero na parę
kroków. Diabeł jaki czy co pomy­ślałam, ale jak siedzi koło kapliczki, to chyba nie diabeł.

Co pan tu robi?". „Czekam aż się rozwidni, zabłądziłem i boję się dalej błą­dzić po ciemku. "A dokąd to panu droga?" Idę do stacji w Oża­rowie. "No to już niedaleko; będzie ze trzy kilometry. Ja idę, i tu wy­mieniła nazwę miejscowości, której nie pamiętam, to mogę pana ka­wa­łek podprowadzić, a dalej to już prosta droga".

Przyjrzała mi się z bliska. "Młodyś, pewnie od partyzantów. Strasznie ich szu­kają, gorzej jak za Niemców. Ale z tej strony jest spokojnie, od puszczy daleko. Polami dojdziesz panie spokojnie. Na stacji musisz uważać".

Na stacji to już się nie mam czego bać, ale jak do niej dojść bezpiecznie i wytłumaczyć się skąd idę. "A skąd idziesz?". Z Pragi, ale nie najkrótszą drogą. "No to powiesz, że poszedłeś szukać noclegu we wsi.

Na stacji teraz tam tłumy ludzi, cze­kają godzinami na pociągi, a niektórzy to nawet po parę dni. Wie­lu idzie do pobliskich wiosek kupić jedzenie, lub przenocować". 

Dzię­kuję za radę, bo nie bardzo wiedziałem co robić. "A nie ma za co".

"No ja tu skręcam w prawo, a pan niech idzie dalej prosto i za takim małym stawkiem trzeba skręcić w drogę między polami. Za zagaj­nikiem będzie już widać pierwsze domki
Ożarowa. Za mniej jak za go­dzi­nę będzie pan na stacji. No to zostań z Bogiem". „Bóg zapłać za dobre rady, do widzenia”.

Tego samego dnia pod wieczór wyjechałem pociągiem towarowym z zamiarem dostania się, zgod­nie z posiadanym skierowaniem, do Gdańska. Wylądowałem jednak w Katowicach; ale to jest już zupełnie inna historia.

                                                                               MB

Warszawa, Sierpień 2004 r.

 

P.S.

Na jesieni 1946 roku pojechałem do Wielgomłyn, aby odwiedzić ludzi, którym tak wiele zawdzięczam,. Jechałem z Radomska na skrzy­ni samochodu ciężarowego. Po drodze dosiadł się starszy mężczyzna, który poznał mnie i po chwili nieobowiązującej rozmowy powiedział, abym przy pierwszej okazji wysiadł i wracał. „Tu wszyscy wiedzą, że pan był w AK. Miejscowe UB urządza tu ciągłe polowania na AKowców; niech pan stąd znika i prędko  nie pokazuje się”. Miałem już własne doświadczenia z tą instytucją, więc skorzystałem z dobrej rady.

Kolejny raz pojechałem do Wielgomłyn samochodem w roku 1960 lub 1961. Nie spotkałem nikogo ze znajomych, nikt także mnie nie rozpoznał. Później moje, dość zawiłe, losy nie doprowadziły mnie już nigdy więcej do Wielgomłyn.

Dziś, od wielu lat na emeryturze, jestem za stary i zbyt mało ruchliwy, na odwiedzenie Wielgomłyn. Ale zachowałem o tej miejscowości, a przede wszystkim, jej mieszkańcach, najlepsze wspomnienia.

M.B.

 

 



[1]) pamiętam, że wieś ta miała „dziwną”, niepolską (?) nazwę; nie odnalazlem jej na dokładnej mapie sztabowej; nazwa żadnej ze wsi (po lewej stronie torów kolejpwych w stronę Warszawy) w promieniu 20 km od Radomska nie przypomniała mi wielokrotnie słyszanej, ale nie zapamiętanej, „dziwnej” nazwy.

 


PO POWSTANIU – CZĘŚĆ 3

KOLEJARZ PO RAZ DRUGI

 

Świtało już, gdy dochodziłem do pierwszych zabudowań Ożarowa. Pomiędzy domami kręcili się ludzie i moja obecność nie wzbudziła szczególnego zainteresowania. Na stacji kolejowej był zbity tłum ludzi. Nie sposób było dopchać się do okienka informacji, ani do żadnego kolejarza. Od przygodnych informatorów uzyskiwałem dokładnie sprzeczne informacje, zgodne jedynie co do tego, że nic nie wiadomo kiedy będzie pociąg i dokąd będzie jechać. Bilety właściwie nie są potrzebne, bo do pociągu wpuszczają tylko wojskowych i tych co mają urzędowe rozkazy wyjazdu.
Rozkazu wyjazdu nie miałem (nie wiedziałem wtedy, że taki dokument w ogóle istnieje), ale miałem oficjalne skierowanie do Gdańska, w którym było napisane wyraźnie, że służy jednocześnie jako bilet na przejazd. Nie było sensu przepychać się do okienek na stacji. Poszedłem do dyżurnego ruchu. Więcej było takich mądrych i przed wejściem do dyżurki stało dwóch kolejarzy z biało-czerwonymi opaskami i pepeszami na ramieniu, zagradzając wejście. Wyciągnąłem swe skierowanie z widoczną z daleka wielką pieczęcią i zatrzymany przez strażników stwierdziłem, że ja nie przychodzę prosić o informacje, ani prosić o wpuszczenie do pociągu (którego na razie nie ma i nikt nie wie kiedy będzie). Ja mam rozkaz dojechać do Gdańska i dyżurny musi mi to umożliwić.
Papier z pieczęcią robił wtedy wrażenie na osobach urzędowych. Zostałem wpuszczony przed oblicze dyżurnego ruchu. Był to polski kolejarz, ale miał dwóch "pomocników" Rosjan. Wyjaśniłem mu sprawę, jakiś cywil tłumaczył moje przemówienie na rosyjski. Jeden z Rosjan wziął ode mnie skierowanie, poprosił cywila o przetłumaczenie. "Nu da, jemu nada jechać".
Dyżurny nie umiał powiedzieć kiedy będzie pociąg do Gdańska. Nie wiadomo czy dziś będzie pociąg bezpośredni. Trzeba jechać w tamtym kierunku i łapać następne okazje. Pierwszeństwo mają transporty wojskowe. Czasami biorą pasażerów jadących służbowo, ale to zależy od komendanta transportu. Na ogół odmawiają. Na razie nic nie wiedzą o pociągach "dla ludzi". Zapowiedziany jest na razie jeden transport wojskowy. Szczegółów nie zna, a gdyby znał to i tak by nie powiedział, bo to tajemnica. Zapytałem go czy można tu dostać coś do jedzenia. Zawiadowca wziął słuchawkę telefonu, zakręcił korbką: "przyślę tam do was jednego głodnego, nakarmcie go; jedzie służbowo". Wskazał mi pobliską nastawnię. Tam obok mają kuchnię wojskową obsługującą kolejarzy. Coś się tam dla pana znajdzie. Podziękowałem i poszedłem wzdłuż torów do nastawni.
Siedziało tam dwóch polskich kolejarzy w starszym wieku i trzech młodych ludzi z opaskami na rękawie. Jeden miał pepeszę pozostali - karabiny. Wylegitymowali mnie. "Siadajcie towarzyszu - po raz pierwszy w życiu zwrócono się do mnie w ten sposób - zaraz damy wam coś do jedzenia". Za chwilę przyniósł blaszany talerz pełen dymiącej, gorącej żołnierskiej grochówki oraz pół bochenka chleba. "Proszę jedzcie. Jedziecie przejmować i zabezpieczać poniemieckie maszyny (tak miałem zapisane w skierowaniu) i warsztaty. To urzędowa misja, musicie być w dobrej formie. Proszę, nie krępujcie się. Może być dolewka. Przyniosę wam jeszcze wojskowych sucharów na drogę, na pewno się przydadzą". Zjadłem z apetytem, nie krępowałem się, poprosiłem o dolewkę i schowałem do swej torby kilka wojskowych sucharów. W nastawni było ciepło, mały piecyk był rozgrzany do czerwoności. Węgla tu nie brakowało. Oparłem głowę o ścianę i natychmiast usnąłem. Poprzedniej nocy praktycznie w ogóle nie spałem
Obudził mnie ruch w nastawni. Okazało się, że niemal jednocześnie nadjechały trzy pociągi, Z tego (podobno) dwa niezapowiedziane. Kolejarze klęli potężnie na bałagan w ruchu pociągów wojskowych, których kierownicy nic sobie nie robili z polskich kolegów i prowadzili je według własnego, na ogół pijanego, rozeznania. To cud, że nie doszło jeszcze do poważniejszej katastrofy. Podobno dwa dni wcześniej dwa jadące niedaleko stąd, po tym samym torze naprzeciw siebie, pociągi wojskowe zatrzymały się w odległości zaledwie 50 metrów. Jeden z nich wiózł duży transport amunicji dla frontu.
Niestety żaden z przybyłych pociągów nie jechał w kierunku Gdańska. W ogólnym, nieopisanym zamęcie nastąpiła niespodziewanie chwila spokoju. Nie dzwonił żaden z telefonów kolejowych, ani wojskowych i nikt nie dobijał się do drzwi nastawni. Jeden z jej pracowników, starszy wiekiem kolejarz, przysiadł się do mnie. "Muszę chwilę odsapnąć, bo zwariuję w tym bałaganie". Nalał sobie kubek herbaty, wyciągnął z zza pazuchy mała butelkę z wódką i spojrzał na mnie pytająco. Kiwnąłem głową - dostałem swoją porcję "wzmocnionej" herbaty, ale w kubku blaszanym, innego nie było.
Jeżeli panu się spieszy, to mogę pana umieścić na lokomotywie pociągu towarowego idącego do Katowic przez Koluszki. Prowadzi go mój kuzyn. Przesiądzie się pan po drodze, może w Koluszkach, może na innej stacji. On panu doradzi. Musi pan jak najprędzej stąd się wydostać, bo tu jest najgorzej. Węzeł warszawski jest rozbity i przerwany. Przecież oba mosty kolejowe w Warszawie są zniszczone. To jest ślepa, końcowa stacja, a amatorów jazdy bez liku. Dalej na pewno będzie łatwiej".
Chyba rzeczywiście nie mam innego wyjścia, tu mogę czekać nawet kilka dni. Zresztą im dalej od Warszawy i Boernerowa, tym lepiej. "Zgadzam się proszę pana, ale jak mam panu i pana kuzynowi wywdzięczyć się za przysługę?"
"Coś pan! Jedziesz pan służbowo, to mój obowiązek panu pomóc. Przecież widzę, żeś pan nie szabrownik i wojenny handlarz. Może się jeszcze kiedy spotkamy, to mi pan postawisz kielicha i będziemy kwita! "Na razie siedź pan cicho i nabieraj sił, bo licho nie śpi, a lokomotywa lub tender to nie wagon sypialny".
Skorzystałem z dobrej rady, dostałem z kuchni polowej pełną menażkę czegoś co było zbyt gęste jak na krupnik, ale zbyt rzadkie jak na kaszę. Dało się wszakże zjeść. Usiadłem najedzony w kącie i drzemałem. Poderwał mnie "mój" kolejarz. Towarowy do Katowic będzie niedługo odjeżdżać. Podprowadzę pana do mego kuzyna.
Szliśmy dość długo. "Mój" pociąg stał na bocznicy, był bardzo długi. Po dobrze nagrzanej nastawni wydawało mi się, że na dworze jest bardzo silny mróz. Z rozmowy przechodzących obok kolejarzy wynikało, że tylko kilka stopni. Maszynista wyszedł z parowozu, przywitał się z kuzynem, przez chwilę uważnie mi się przyglądał. "Może pan jechać" i podał mi rękę.
"A teraz na lokomotywę i przejść na tender. Tam w kącie jest takie miejsce, gdzie nie bardzo wieje podczas jazdy. Niech pan tam się schowa. Mój pomocnik wszystko wie i nie będzie o nic pytać. Po tym pogadamy. Pożegnałem się z kolejarzem z nastawni i wdrapałem się do lokomotywy, pomocnik ścisnął mi rękę tak, że mało nie pogruchotał kości; chłop mógł być zapaśnikiem ciężkiej wagi.
Po chwili maszynista wrócił, odchylił składane siedzenie, usiadł i zapalił fajkę: “No to teraz sobie poczekamy. Pan pewnie uważa, że maszynista to nic tylko jeździ. A ja panu powiem, że najwięcej to się czeka. Nawet w normalnych czasach, a już podczas wojny to nic tylko czekanie”.
Wbrew jego przewidywaniom po niezbyt długim czasie semafor wskazał wolną drogę i powoli ruszyliśmy z miejsca. Kamień spadł mi z serca. Wprawdzie teoretycznie nie zostawiłem za sobą żadnych śladów, że byłem zamieszany - zresztą przypadkowo, ale co to kogo obchodzi - w Boernerowską historię, wolałem jednak być jak najdalej od tego fatalnego dla mnie miejsca. Przypomniało mi się jednak, że w próbach nawiązania rozmowy z moimi współlokatorami w piwnicy, chyba wspomniałem coś mimochodem o tym, że miałem jechać do Gdańska. Nie byłem tego pewien, bo zbyt dużo było ostatnio wydarzeń i wrażeń. Nie pamiętałem czy mówiłem coś na ten temat, czy też tylko miałem taki zamiar.
W tym momencie wpadł mi do głowy pomysł, aby zamiast do Gdańska pojechać do Katowic do pana Krupińskiego. Nie mam wprawdzie odpowiedniego skierowania, ale przecież zawsze mogę się na niego powołać. W punkcie werbującym ludzi do wyjazdu na Ziemie Odzyskane było tylu ludzi, tak prymitywny sposób rejestracji i wypisywania skierowań, że chyba nikt nigdy nie będzie w stanie sprawdzić kto ze skierowanych nie dojechał i dla czego.
Zresztą nie miałem przecież możliwości dojazdu i pojechałem tam, gdzie to było możliwe i gdzie także potrzeba było ludzi do pracy. Zdecydowałem się, jadę do Katowic !
Pociąg jechał początkowo bardzo wolno. Tory były miejscami uszkodzone przez wycofujących się Niemców i naprawiono je tylko prowizorycznie. Nawet przy bardzo niewielkiej prędkości lokomotywa kiwała się solidnie na boki i trzeba było dobrze się trzymać, aby nie upaść. Wreszcie wyjechaliśmy na prosty odcinek i maszynista nieco przyspieszył i wyraźnie odetchnął. Wyciągnął fajkę, zapalił i poczęstował tytoniem swego pomocnika. Kiwnął na mnie: "chce pan fajkowego tytoniu? Dobry amerykański. Dostałem wczoraj od ruskich; wiozłem jakiś ważniaków i dostałem w prezencie całą paczkę". Dziękuję nie palę fajki. "Eh, to nie wie pan co dobre !"
Podszedłem do niego bliżej, wyraźnie miał ochotę sobie pogadać. "To co, pierwszy raz jest pan na lokomotywie ?" A pierwszy, ale co nieco wiem o tej maszynie. To jest polska, przedwojenna lokomotywa z fabryki w Chrzanowie i wyrecytowałem mu jej podstawowe cechy charakterystyczne. Faceta dosłownie zatkało. "A skąd pan to wie"? A ze szkoły. "Przecież w szkole o tym nie uczą". A to zależy w jakiej. "Znaczy się chodziłeś pan do technikum?" No tak, coś w tym rodzaju. Pokiwał z niedowierzaniem głową. "Coś mi pan za młodo na to wygląda, ale faktycznie trochę pan wie o tej maszynie".
Podróż do Katowic trwała ponad dobę. Jechaliśmy w sumie pewnie nie więcej jak 9, może 10 godzin. Reszta to były postoje pod zamkniętym semaforem i wyczekiwanie na bocznicach małych stacyjek na przejazd transportów wojskowych. Nie nudziłem się jednak. Maszynista był bardzo interesującym człowiekiem i gadaliśmy niemal cały czas, zresztą nie tylko o naszej lokomotywie. Rozstaliśmy się około godziny drugiej po południu, w wielkiej przyjaźni, na jednej z licznych bocznic towarowych w Katowicach. Niestety nie zapamiętałem jego nazwiska.

                                                                               MB

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1.

----- Original Message -----
From: "Wielgomłyny"
To: <dho@dho.com.pl>; <narodowa@narodowa.pl>
Sent: Tuesday, August 28, 2007 12:52 PM
Subject: pytanie o pamietnik



Szanowni Panstwo
Na stronie www.narodowa.pl pod adresem
http://www.narodowa.pl/Pamietniki/22/eksponat.htm
znajdują się ciekawe wspomnienia z czasów okupacji. W związku z tym, że
prowadzę stronę internetową Wielgomłyn (www.wielgomlyny.eu), w których to
przebywał przed i w trakcie "wyzwolenia" 1945 Autor mam pytanie czy mogę
wykorzystać fragmenty pamiętnika, dotyczące gminy Wielgomłyny. Fragmenty
byłyby umieszczone na stronie internetowej i w książce - monografii
Wielgomłyn, która ukaże się, ale dopiero za kilka lat. Oczywiście w
bibliografii byłoby podane źródło, skąd zaczerpnąłem cytat.
Z poważaniem i nadzieją na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby
Tomasz Michał Kolmasiak

 

 

Powrót