Eksponat Numer - 1 (dział) - 26 (Numer Eksponatu)

 

----- Original Message -----

From: Adrian M.

To: narodowa@narodowa.pl

Sent: Monday, March 14, 2005 1:40 PM

Subject: Re: Kronika Rodzinna...

  

Kronika Polskiej Rodziny cierpliwie spisywana dla dzieci...


Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę

Please click on the photo to enlarge

Rozdział pierwszy

Prapradziadkowie

Opisana na kartach tej Kroniki historia nie sięga daleko - tylko cztery pokolenia wstecz. Już o wszystkich prawie rodzicach Waszych prapradziadków wiadomo akurat tyle, że byli i ta oczywistość musi nam wystarczyć za cały po nich spadek. Dwie wojny światowe i zawodna pamięć ludzka sprawiły, że po pewnym gruncie dojść możemy zaledwie do ostatnich lat wieku XIX. Czyniąc krok ku czasom wcześniejszym nieuchronnie natrafimy na próżnię, której nigdy nie będziemy mogli wypełnić żywymi postaciami. Opowieść może się więc zacząć dopiero od Waszych prapradziadków.

Jan Markowski i Antonina z domu Kwiatkowska (prapradziadkowie) - Tadeusz Markowski (pradziadek) - Jerzy Markowski (dziadek) - Adrian Markowski (tata)

Podobnie jak wszyscy Wasi prapradziadkowie, Jan i Antonina Markowscy należą do pokolenia, które przyszło na świat w końcu XIX stulecia. Jan Markowski urodził się w roku 1879, zmarł zaś przeżywszy lat 62, 16 kwietnia 1941. Jego żona, Antonina z domu Kwiatkowska, urodzona w roku 1880, zmarła 24 lutego 1942, a więc również w wieku lat 62. Gdzie przyszli na świat, nie mamy pewności. Kilka lat spędzić musieli na Śląsku, ponieważ ich syn (Wasz pradziadek Tadeusz) urodził się w 1913 roku, miejscowości Niwka, leżącej w okolicach Sosnowca (w ówczesnym Królestwie Polskim pod panowaniem Rosji). W początkach lat dwudziestych, może trochę wcześniej osiedlili się na stałe w Warszawie.

Prapradziadek Jan był robotnikiem pracującym na kolei, zwanej wówczas żelazną. Należał do Polskiej Partii Socjalistycznej - Lewica. Człowiekiem całkiem pospolitym jednak z pewnością nie był, skoro w 1905 roku w Warszawie odważył się wziąć udział w zamachu na jakiegoś bliżej nie znanego carskiego policmajstra. Następne cztery lata spędził prapradziadek najpierw w Cytadeli Warszawskiej, a potem w więzieniu w Piotrkowie Trybunalskim. Wyrok jak za czyn tej kategorii prawdopodobnie niewysoki, Jan Markowski zawdzięczał tej okoliczności, że rola jego ograniczała się do przywiezienia dorożką zamachowców w okolice Mostu Kierbedzia i - jak łatwo się domyśleć nieudanej - próby ucieczki przed pościgiem.
Prapradziadek Jan wyróżnia się i tym również, że jemu jednemu w całej rodzinie walka o niepodległość przyniosła wymierne korzyści. Po roku 1918 otrzymał medal wraz z przyzwoitą wcale, jak wspomina pradziadek Tadeusz, dożywotnią pensją.
Szczegóły dotyczące zamachu, które znamy dzięki relacji pradziadka Tadeusza mogą budzić pewne zastrzeżenia. Kto czytał z uwagą, ten spostrzegł, że zamach miał mieć miejsce w Warszawie, na kilkanaście lat przed opuszczeniem przez prapradziadków Niwki. Najwcześniejsze wspomnienia pradziadka Tadeusza pochodzą już z Warszawy, co oznacza, że Jan i Antonina musieli przeprowadzić się tam między jego narodzinami (rokiem 1913), a czasem, gdy rozpoczął naukę w szkole powszechnej (około roku 1920). Można wnioskować, że prapradziadkowie początkowo mieszkali w Warszawie i dopiero po powrocie Jana z więzienia (około roku 1909) przenieśli się w okolice Sosnowca, skąd powrócili po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.
Co do żony Jana, Antoniny z domu Kwiatkowskiej, wiadomo tyle tylko, że wychowała pięcioro dzieci. W prapradziadkowym domu zdecydowanie się nie przelewało i Antonina podejmowała starania, by dorzucić coś do wspomnianej pensji i niewysokich kolejarskich zarobków. Godziła wychowanie dzieci z pracą, która polegała na praniu i sprzątaniu w okolicznych domach.

W każdym bądź razie wraz z Janem ukształtowała charakter pradziadka Tadeusza w taki sposób, że będzie jeszcze o czym opowiedzieć.
Mogiła Jana i Antoniny znajduje się na cmentarzu bródnowskim w Warszawie. Zaczynając pisać, wcale nie wiedziałem o jej istnieniu. Pierwszy raz w życiu odwiedziłem ją dopiero w dzień Święta Zmarłych 1996 roku.

Konstanty Feldman i Katarzyna z domu Konrad (prapradziadkowie) - Anna Markowska z domu Feldman (prababcia) - Jerzy Markowski (dziadek) - Adrian Markowski (tata)

Kolejna opowieść zajmie niewiele miejsca i więcej w niej będzie domysłów niż dat i faktów. O Konstantym i Katarzynie Feldman z domu Konrad pamięta się bowiem tyle, że rodzinnym ich miastem był Królewiec, a na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych mieszkali w Soczewce pod Płockiem. Nazwisko tchnące z brzmienia niemczyzną, zdaje się potwierdzać to, co się rzekło o Królewcu. Jakie wiatry przygnały ich nad Wisłę, Pan Bóg jeden raczy wiedzieć. Konstanty Feldman rodzić się musiał mniej więcej wtedy, co i Jan Markowski, bo gdy ten ostatni znalazł się wskutek opisanych wcześniej wypadków w Warszawskiej Cytadeli, ojciec prababci Ani przebywał na Krymie, a potem długo wędrował po dalekich krajach jako żołnierz carskiego wojska, podczas japońskiej wojny. Przeżyć i zobaczyć musiał wiele, bo starczyło tego na długie opowieści, które kilkuletniej Ani wydawały się baśniami. Jeżeli jeszcze coś pewnego o Konstantym i Katarzynie można wnioskować, to to jedynie, że dom ich do bogatych na pewno nie należał, jako że prababcia Ania już w szesnastym roku życia musiała rozpocząć pracę i nie skończyła nawet szkoły powszechnej.

O śmierci ich wiemy niewiele. Katarzyna (zapewne znacznie młodsza od Konstantego), po zgonie męża, gdzieś w latach pięćdziesiątych, przeniosła się do Lwowa. Zauroczona podobno wspomnieniami Konstantego, widziała w osiedleniu się za wschodnią granicą krok rokujący jak najlepsze perspektywy. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rzecz działa się przecież w czasach stalinizmu. Przedsięwzięcie to w żaden rozsądny sposób wyjaśnić się nie daje. Poprzestańmy więc na stwierdzeniu, że Konstanty do końca swych dni zdaje się wspominał potęgę Rosji, zaś Katarzyna rozstała się z życiem we Lwowie, poznawszy zapewne dogłębnie, jak oczywista ułuda wspomnień sprzed półwiecza może odbiegać od rzeczywistości, w której trzeba żyć, popełniwszy omyłkę. Gdybyż nie musiały za to płacić następne pokolenia! Bo trzeba dodać, że za wschodnią granicę przeniosła się Katarzyna nie sama. Namówiła na to siostrę babci Ani i jej męża, którzy zabrali z sobą dwie córki i syna! Do dziś żyją gdzieś we Lwowie Wasi dalecy krewni.

Franciszek Kuciński i Antonina z domu Krupińska (prapradziadkowie) - Władysław Kuciński (pradziadek) - Barbara Markowska z domu Kucińska (babcia) - Adrian Markowski (tata)

Ciekawie całkiem przedstawiają się dzieje rodziców ojca mojej mamy - Władysława Kucińskiego. Franciszek i Antonina z domu Krupińska, w początkach wieku mieszkali we wsi Kuflew pod Mińskiem Mazowieckim i obecnością swoją tak zmienili losy części jej mieszkańców, że przez czas pewien podobno jedna z tamtejszych ulic nosiła imię Franciszka Kucińskiego.
Franciszek wywodził się ze szlachty. Jeszcze jego syn, Władysław przyznawał się do herbu. Szkicował go nawet mojej Mamie, która, będąc wówczas małym dzieckiem, nie zapamiętała niestety kształtów rysunku. Mógł być to herb mazowieckich Kucińskich - Ogończyk, jednak trudno o pewność.

Już za życia Franciszka herb ten nie miał zresztą żadnego znaczenia, bo szlachtą prapradziadek był tylko z nazwy - nie posiadał majątku, a jedyną nadzieję na poprawę losu czerpał z obstawiania carskiej loterii. Co najdziwniejsze, nie przeliczył się wcale i w pierwszych latach XX wieku wygrał tak ogromną sumę, że nie tylko sam z żoną przeniósł się do Rosji na dorobek, lecz jeszcze i spośród sąsiadów zabrał każdego, kto tylko chciał z nim pojechać. Tym oto sposobem, za sprawą Franciszka Kucińskiego liczba ludności wsi uległa dramatycznej zmianie, który to fakt potomni uczcili nazywając jedną z ulic jego imieniem. Czego jak czego, ale fantazji prapradziadkowi odmówić nie można!
Dziś oczywiście próżno szukać w Kuflewie ulicy Kucińskiego. Pisząc te stronice, w sierpniu 1995 roku zadzwoniłem do parafii, gdzie zainstalowano jedyny w całej wsi telefon. Tamtejszy ksiądz wyjaśnił mi, że ulic w Kuflewie od dawna nie ma. Domy oznaczone są numerami. Onegdaj był Kuflew miastem, lecz prawa miejskie utracił niedługo po roku 1863, co było karą za udział jego mieszkańców w powstaniu styczniowym. Obdarzone nazwami ulice istniały jeszcze przez lat kilkadziesiąt, lecz siłą rzeczy znikały w miarę jak ubywało ludności. O jakiekolwiek dokumenty także trudno, bo większość z nich, w tym i dawne księgi parafialne, zaginęła podczas ostatniej wojny. Tak więc, poza tym, co ostało się w ludzkiej pamięci i kilkoma trzyrublowymi banknotami, o których jeszcze przyjdzie wspomnieć, po prapradziadkowych wyczynach i śladu nie ma.
W swojej podróży, której celem było pomnożenie i tak już przyzwoitych pieniędzy, Franciszek zapędził się daleko, bo aż do Irkucka. Prawdą jest, że nie znosił tamtejszego klimatu, we wspomnieniach bowiem dość często przeklinał mróz, który sprawiał, że po splunięciu, na ziemię spadała nie ślina, lecz bryłka lodu. Swego jednak dopiął, stając się człowiekiem bardzo bogatym. Wolno sądzić, że źródłem prapradziadkowego majątku były piekarnie.


Opowieść o prapradziadku nie ma szczęśliwego zakończenia. Majątek jego przepadł niedługo przed wybuchem I wojny światowej, czy może bolszewickim przewrotem. Stało się to za sprawą Antoniny, która z nie dających się dziś zrozumieć przyczyn wymieniła złoto na gotówkę. Operacja zaowocowała w ten oczywisty sposób, że wkrótce oboje mogli cieszyć się widokiem bardzo dużej liczby banknotów, ładnych co prawda, lecz już całkiem bezwartościowych.
Próżno dziś dociec szczegółów postępku praprababci, nie mając pojęcia o ówczesnych sposobach lokowania kapitału. Podejrzewać jednak wolno, że między innymi wypłaciła z banku nieprawdopodobną jakąś sumę z zamiarem trzymania jej pod poduszką. Wydaje się to tym bardziej pewne, że część pieniędzy przetrwała następne pół wieku, i jeszcze ja sam, będąc dzieckiem mogłem oglądać kilkaset przynajmniej trzyrublowych banknotów z 1905 roku, spoczywających w szufladzie babcinej szafy (prapradziadkowie musieli przywieźć je do Polski w 1922 roku).
Franciszek, o ile wiadomo, zmarł gdzieś u progu lat trzydziestych. Mogiły jego trzeba szukać zapewne w Mińsku Mazowieckim, gdzie spędził ostatnie lata życia. Antonina rozstała się z życiem w początku lat sześćdziesiątych, a więc niedługo przed moim urodzeniem. Jej grób znajduje się na cmentarzu w Ursusie.
Jedno rzec trzeba na obronę praprababci: 13 października 1904 roku w Irkucku urodziła bliźnięta, którym nadano imiona Franciszek i Władysław. Ten ostatni, o którym będzie jeszcze niejedno do powiedzenia, w 1922 roku wrócił wraz z rodzicami do Polski i osiedlił się w Warszawie. Jest on Waszym pradziadkiem.

Józef Kicman i Sabina z domu Kerber (prapradziadkowie) - Izabella Kucińska z domu Kicman (prababcia) - Barbara Markowska z domu Kucińska (babcia) - Adrian Markowski (tata)

Wygląda na to, że po liniach męskich więcej jakoś zostaje, bo o rodzicach Waszej prababci, Izabelli Kucińskiej z domu Kicman wiadomo mniej więcej tyle, co i o Feldmanach. Dziwne brzmiące i rzadko spotykane nazwisko Kicman nic właściwie nie mówi o pochodzeniu (w połowie lat dziewięćdziesiątych, nosiło je zaledwie dwieście osób w Polsce). Józef Kicman i Sabina Maria z domu Kerber mieli ponoć majątek w okolicach Legionowa. Jaką nosił nazwę i gdzie choć w przybliżeniu mógł się znajdować pozostanie na zawsze tajemnicą. W pamięci potomnych zachowało się tyle jedynie, że nazwa majątku zawierała słowo Góra, jednak i to wydaje się nie całkiem pewne.
Z jedynego dotyczącego Kicmanów, a zachowanego do dziś dokumentu dowiadujemy się, że rodzice Sabiny nosili imiona Jan i Teodozja (są to jedyni praprapradziadkowie, których imiona znamy), sama zaś praprababcia przyszła na świat 26 października 1883 roku, zmarła natomiast 19 października 1969 w Warszawie, gdzie mieszkała w należącym do Kicmanów, piętrowym domu przy ulicy Liwskiej 12.
Z napisu na grobie prapradziadków, na cmentarzu bródnowskim dowiedzieć się można jeszcze i tego, że Józef zmarł 24 czerwca 1942 roku, licząc sobie lat 62, tak więc na świat przyjść musiał w roku 1880. Ostatnią wiadomością, jaką możemy podać o Kicmanach jest fakt, że w początkach wieku, w całkiem nie wyjaśniony sposób znaleźli się w Charkowie, gdzie 3 kwietnia 1913 roku przyszła na świat Wasza prababcia Izabella.

(W miejscu, gdzie była kamienica Kicmanów stoją dziś bloki osiedla Bródno. Być może, rozpoczęty w końcu lat dziewięćdziesiątych proces, doprowadzi kiedyś do tego, że spadkobiercy Jana i Teodozji, w tym również moja Mama, otrzymają zadośćuczynienie za zabrany przez państwo dom przy Liwskiej 12.)
Na tym niestety przyjdzie zakończyć, chociaż wiedzę o prapradziadkach czerpać mogłem z samego źródła, prababcia Izabella bowiem mieszkała ze mną i moimi rodzicami aż do roku 1979 i do ostatnich chwil umysł miała jasny. Cóż, nie mogłem wtedy przewidzieć, że kiedyś przyjdzie mi dociekać rodzinnych dziejów. W chwili jej śmierci miałem tylko 13 lat.

Rozdział drugi

Pradziadkowie

Bóg tak rozporządził losami opisanych rodzin, że w następnym pokoleniu, wywodzące się z nich dzieci połączyły się w małżeństwa, z czego wynikło przyjście na świat Waszych dziadków, a potem i rodziców.
Syn Jana i Antoniny Markowskich, Tadeusz ożenił się z Anną, córką Feldmanów (Konstantego i Katarzyny), a Władysław Kuciński (syn Franciszka i Antoniny) ożenił się z Izabellą Kicman (córką Józefa i Sabiny). Przedziwny jest łańcuch zdarzeń, który prowadzi do narodzin człowieka!

Tadeusz Markowski i Anna z domu Feldman (pradziadkowie) - Jerzy Markowski (dziadek) - Adrian Markowski (tata)

Zacznijmy od Tadeusza Markowskiego, którego historia ma tę bezcenną zaletę, że została utrwalona na piśmie, w czymś w rodzaju pamiętnika, z którego łatwo można zaczerpnąć wiadomości o jego życiu. Z tego właśnie źródła pochodzi wszystko niemal, co rzekło się już o prapradziadkach Markowskich, teraz zaś również dzięki pamiętnikowi przejść będzie można do opowieści o losach samego pradziadka, i to od jego dzieciństwa aż do lat powojennych.
Pradziadek Tadeusz urodził się 6 stycznia 1913 we wspomnianej już Niwce pod Sosnowcem. Jego najwcześniejsze wspomnienia pochodzą jednak już z Warszawy, z domu przy ulicy Przyokopowej 3. Wychował się na podwórku czynszowej kamienicy i razem z czworgiem rodzeństwa pokonywał codziennie cztery kilometry, jakie dzieliły ulicę Przyokopową od Łuckiej, gdzie znajdowała się szkoła powszechna. Szkoły tej zresztą żadne chyba z dzieci Jana i Antoniny nie skończyło, co było skutkiem najoczywistszej biedy. Bieda ta musiała być naprawdę dotkliwą, skoro prapradziadkowe potomstwo zaczynało pracę już w wieku lat kilkunastu.
Do człowieka z wykształceniem mniej jeszcze niż siedem klas liczącym, trudno mieć pretensję, że imał się zajęć, które ponad przeciętność żadną miarą wybić go nie mogły. Pradziadek pracował jako pomocnik murarza, stolarz, był robotnikiem w fabryce Wedla, wreszcie, już po wojnie, zaczepił się na budowie warszawskiego metra i w końcu przy robotach geologicznych. Gdyby na tym poprzestał, nie byłoby o czym pisać. Na szczęście, życie jego płynęło całkiem innym jeszcze nurtem, który wyniósł go w takie strony, gdzie o przeciętności mówić nie można. Pasją jego było uprawianie sportu znanego przed wojną pod nazwą walk francuskich, czyli dzisiejszych zapasów.
Zaczynał pradziadek w 1932 roku w warszawskiej Legii, zdobywając drugie miejsce w Mistrzostwach Warszawy. W połowie lat trzydziestych zmienił klub, przenosząc się do Rywala, założonego przez Emila Wedla, właściciela Fabryki Czekolady. W barwach tego właśnie klubu, zdobył w 1935 roku najpierw tytuł Mistrza Warszawy, później zaś Wicemistrza Polski i podwójny ten sukces powtórzył w roku 1938. Rzecz dziwna, ale po wojnie, która oznaczała dla niego prawie sześć lat ciężkich robót, wcale nie spuścił z tonu. W początkach lat pięćdziesiątych jeszcze raz stanął na podium w Mistrzostwach Warszawy i Mistrzostwach Polski, zdobywając te same co wcześniej tytuły. Przedwojenny format człowieka! Niedługo przyjdzie na ten temat coś więcej powiedzieć.
Na jesieni 1935 roku Tadeusz został powołany do wojska. Ciężkie zdaje się były początki jego służby w 8 Pułku Artylerii Lekkiej w Płocku, lecz z tego, co pisze wnioskować można w sposób oczywisty, że obowiązek wobec Ojczyzny (pisanej wielką literą) uważał za świętość. Jest to pierwsza lekcja przedwojennego myślenia, bo Ojczyzna przecie ani pradziadka ani bliskich jego wcale nie rozpieszczała.
Podczas przepustek, pradziadek zwykł chodzić do parku na Górze Tumskiej. Spoglądał na zamek, płynącą w dole Wisłę i po raz pierwszy w życiu zapewne rozmyślał o historii. Właśnie w tym parku, któregoś wieczoru, jego uwagę zwróciła jedna ze spacerujących dziewcząt. Była to Anna Feldman, jego przyszła żona, matka mojego taty.
Anna Feldman urodziła się 12 listopada 1911 roku, tak więc gdy poznała przyszłego męża miała lat 24. Tak jak i on pozbawiona wykształcenia, pracowała w jednej z płockich fabryk. Kiedy pradziadek Tadeusz zakończył służbę wojskową, pod koniec 1936 roku, wyjechała z nim do Warszawy i dzięki znajomościom narzeczonego, natychmiast dostała pracę u Wedla. Wzięli ślub 15 sierpnia 1937 roku, a 27 listopada, Anna urodziła pierwsze ze swoich trojga dzieci, którym był Jerzy, mój Tata.
Pradziadkowie wiedli spokojne i dostatnie życie, aż do 24 sierpnia 1939 roku. Tego właśnie dnia Tadeusz otrzymał kartę mobilizacyjną, zobowiązującą go do stawienia się w ciągu 48 godzin w Zajezierzu pod Dęblinem, gdzie znajdował się 28 Pułk Artylerii Lekkiej. Pożegnawszy się z rodziną, wsiadł do pociągu na dworcu Warszawa Wschodnia, nie zdając sobie sprawy, że większość z żegnających go osób zobaczyć mu przyjdzie dopiero za lat sześć, a rodziców swoich widzi po raz ostatni.
Krótkie, wrześniowe dzieje 28 Pułku Artylerii Lekkiej dają się ująć w kilku zdaniach. W ostatnich dniach sierpnia pułk dotarł do Wielunia, a następnie do Praszki. Wytrzymał tam do 3 września i rozpoczął odwrót w kierunku Warszawy. Przez trzy dni bronił się pod Łodzią, następnie ostatkami sił dociągnął do Błonia, gdzie 12 września został okrążony i w całości prawie wzięty do niewoli. Krótka w rzeczy samej historia, jakże niestety typowa dla tamtej tragicznej jesieni.
Pradziadek maszerował w kolumnie jeńców. Trudno w to uwierzyć, lecz z kart pamiętnika wynika w sposób jednoznaczny, że myśli jego skupiały się bardziej na sprawach żołnierskich, niż na niepewnym dniu jutrzejszym. Włożył mundur, żeby bronić Ojczyzny. Nie obronił jej, bo i nie mógł, ale rozgoryczenia stłumić łatwo nie umiał. By zrozumieć sedno rzeczy, wystarczy powołać się na jedno tylko zdanie z pamiętnika, w którym pradziadek literalnie stwierdza, że podczas odwrotu spod granicy czuł się „wrogiem własnego narodu”. Nic dodać, nic ująć. Przedwojennego myślenia lekcja następna, a i nie ostatnia.
Ktoś może gotów uznać słowa pradziadka za dowód naiwności albo i nawet ślepoty na rzeczywisty układ sił. Nic bardziej mylnego! Z beznadziejności położenia zdawał sobie sprawę, przewagę wroga dostrzegał. Były wtedy jednak i takie rzeczy, których żadne kalkulacje imać się nie chciały, a które w wyższej stały cenie niż ludzkie życie. Czasy niedawne, a tak mocno udeptano nad nimi ziemię, że mało kto pamięta, jaką z nich można wyciągnąć naukę...
Jeńcy zostali doprowadzeni do Mszczonowa. Tu pradziadek otarł się o śmierć, ujmując zaś rzecz ściślej uciekł przed nią, przeskakując kościelny mur, za którym wziętych do niewoli stłoczono na nocleg. Było to tak: wieczorem Niemcy, przeszukując jeńców, wcale zresztą nie po raz pierwszy, znaleźli w pradziadkowej kieszeni brzytwę. Poprzednio pozwolono mu ją zatrzymać, więc pozornie nie powinien był mieć powodu do obaw. Tym razem jednak, wraz z dwoma innymi nieszczęśnikami został odciągnięty na bok, wyprowadzony w pole, tuż za kościelnym murem, a wkrótce dostał do rąk łopatę, co w tych okolicznościach uczyniło sytuację dość jasną.
Pradziadek kopał swój własny grób, tak, jak robiłby to każdy na jego miejscu, powoli i bez entuzjazmu. Jednocześnie gorączkowo szukał sposobu ratowania skóry. Trudne to było zadanie, bo człowiek sparaliżowany lękiem o własne życie wiele wymyślić i zrobić nie zdoła ... chyba, że chowa w zanadrzu coś, co więcej dla niego warte. II Rzeczpospolita i służba w jej wojsku wyposażyła pradziadka w broń tego rodzaju. Otrząsnął się, pomyślawszy o honorze żołnierskim, z którym sporządzanie własnej mogiły na oczach wroga jakoś nie dawało się pogodzić. Szybko porzucił rozważania o ucieczce w pole, bo mogła przynieść najwyżej godną śmierć, lecz w żadnym wypadku ocalenie i wybrał drugą możliwość, tyleż dla niego oczywistą, co zaskakującą dla stojącego pod murem plutonu egzekucyjnego. Gdy żołnierze na chwilę spuścili go z oczu, skoczył na nich, roztrącił, przesadził mur i wpadł w tłum jeńców po drugiej stronie. Tyle jeszcze miał siły, by ukryć się w na kościelnym chórze i pozbyć się tego, co mogło go zdradzić, gdyby Niemcy poderwali się do pościgu. Pozbył się dwóch, widocznych przy każdym uchyleniu ust, złotych zębów. Zwyczajnie je sobie wybił tym, co akurat miał pod ręką. Aż się prosi, by znów rzec słowo o przedwojennej szkole!
Z Mszczonowa jeńców poprowadzono przez Rawę Mazowiecką, do Częstochowy, skąd jeszcze we wrześniu zostali przewiezieni koleją do Austrii. Następnie, już w październiku, trafili pod Magdeburg, do Stalagu XI A.
Bite pięć lat strawił pradziadek na niewolniczej pracy na niemieckich polach, najpierw w okolicach Magdeburga, a później Dessau. Biorąc pod uwagę okoliczności, los wcale nie najgorszy, choć trudno dociec, czy świadomość, że bywa znacznie gorzej, może znieczulić człowieka na głód, ukąszenia wszy i bydlęcą pracę. Pradziadka zdaje się jakoś nie znieczuliła, bo w końcu podjął, w tych warunkach całkiem przecież beznadziejną, próbę ucieczki.
Siłą rzeczy daleko nie zaszedł. Schwytano go już w Dessau i odesłano do kamieniołomów karnego obozu w Austrii, gdzie szybko pojął, że dotychczas III Rzesza obdarzała go samymi tylko dobrodziejstwami. Po trzech miesiącach, wyczerpany do granic, gotów był zostać dozgonnym kaleką, byle tylko powrócić choćby i do pracy w polu.
Tu zaczyna się opowieść niezwykła, bo dotycząca proroczego snu. Jako się rzekło, dla wyjścia z obozu zamierzał pradziadek poświęcić resztki własnego zdrowia. O ucieczce myśleć już nie próbował i z całą wyrazistością dostrzegał fakt, że wynieść życia z kamieniołomów nie zdoła. Na szczęście, niemieckie przepisy przewidywały możliwość zwalniania więźniów. Wystarczyło, by zostali uznani za niezdolnych do pracy. W specyficznej dla czasu i miejsca interpretacji, przepis ten oznaczał pozbywanie się takich, co stracili przynajmniej rękę albo nogę.
Pradziadek wybrał utratę nogi jako zło mniejsze i postanowił podłożyć ją pod jeden z wagoników, służących do przewozu kamieni. Wagoniki te pchali po szynach więźniowie, więc nieszczęście mogło zdarzyć się przy byle potknięciu. Prostota i chłodna kalkulacja ... zupełnie jak kilka lat wcześniej pod kościelnym murem w Mszczonowie.
Od desperackiego kroku powstrzymał pradziadka ... sen. W noc poprzedzającą zaplanowany wypadek przyśniło mu się, że zostanie zwolniony z obozu. Czy w spełnienie tego snu uwierzył, wypada raczej wątpić, faktem jest jednak, że następnego dnia na włożenie nogi pod koła się nie zdecydował. I bardzo dobrze zrobił, bo jakby na przekór jego własnemu zdrowemu rozsądkowi, sen sprawdził się co do joty jeszcze tego samego popołudnia! Pozwólcie, że nie będę szukał jakiś wymyślnych określeń i nazwę to zdarzenie zwyczajnie - cudem.
Na tym kończy się najciekawszy rozdział pradziadkowych dziejów. Rok 1945 zastał go na tych samych dokładnie polach, z których był wcześniej uciekał. Gdy nadciągnęły wojska sowieckie, niewiele myśląc wsiadł wraz z innymi Polakami na wóz i pociągnął w kierunku Warszawy. Do zburzonego miasta dowiózł go sowiecki pociąg towarowy, w którym jakoś udało mu się ukryć na granicy.
W tym miejscu trzeba opisać scenę być może mało ważną, lecz przemawiającą do wyobraźni. Pociąg przejeżdżał przez Warszawę. Pradziadek wyskoczył z niego za Wisłą, w okolicach Ogrodu Zoologicznego. Po sześciu długich latach znowu był w swoim mieście, które zapamiętał takim, jakim było w sierpniu 1939 roku, kiedy na Dworcu Wschodnim żegnał się z rodziną. Przez dłuższy czas stał na nasypie kolejowym, patrząc ze łzami w oczach na ruiny i zadając sobie pytanie, czy w zgliszczach mógł przetrwać ktokolwiek z tych, co czekali na jego powrót. Koniec opisu mało ważnej sceny, która tak jakoś dziwnie wryła mi się w pamięć, że pisząc te słowa mam ją przed oczami, jakbym był jej świadkiem i zdaje mi się, że czuję nadwiślański powiew wiatru, który przywitał pradziadka Tadeusza na praskim brzegu. Ale czas powrócić do historycznej prozy.
Należał pradziadek do tych szczęśliwców, którzy bez trudu odnaleźli swoich bliskich. Jeszcze tego samego dnia witał się z rodzeństwem, a następnego ranka wyruszył pod Płock, do Soczewki, gdzie czekała na niego żona z synem. Zabrakło tylko rodziców, którzy zmarli podczas okupacji.
Życia zawodowego też od nowa zaczynać nie musiał. Czekało na niego miejsce w Fabryce Wedla. Nie wytrzymał tam jednak długo. Wkrótce wyczuł nieprawdopodobne możliwości kryjące się w handlu i zajął się nim z pasją, którą porównać można chyba tylko do tej, która przyniosła mu mistrzowskie tytuły w zapasach. Handlował czym popadło, a że czasy były wręcz wymarzone, przez ładnych parę lat rodzina opływała w dostatek, którego źródłem był sklep, prowadzony wspólnie z jego siostrą na Bazarze Różyckiego. Idylla zakończyła się w roku 1950 wraz z obłożeniem sklepu domiarem podatkowym, co zmusiło pradziadka do poszukiwania innego zajęcia. Zatrudnił się na budowie warszawskiego metra, a po jej przerwaniu, wyuczony fachu, wiercił studnie w różnych zakątkach Polski, zabierając ze sobą, podczas wakacji, swojego syna, a mojego Tatę, mającego podówczas lat nieco mniej niż dwadzieścia.
Dziś pradziadek Tadeusz jak na człowieka z górą dziewięćdziesięcioletniego trzyma się tak, że daj Boże każdemu. Pozostało w nim coś z dawnej tężyzny, do niedawna jeszcze czasami dawało o sobie znać zamiłowanie do handlu. Widujecie go często, pozostanie więc w Waszej pamięci... cóż więcej opowiadać.

Władysław Kuciński (pradziadek) - Barbara Markowska z domu Kucińska (babcia) - Adrian Markowski (tata)

Pradziadek Władysław Kuciński, ojciec babci Basi, podzieliłby zapewne los wielu opisanych w tym skrypcie postaci, o których ani wiadomo kim byli i jaki przyszło im pędzić żywot, gdyby nie tragiczny w skutkach fakt, że na kilka miesięcy przed jego śmiercią znaleźli się tacy, co próbowali wszystko wybadać i spisać. Okoliczność w skutkach naprawdę tragiczna, bo ludźmi tymi byli oficerowie śledczy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, którym wcale nie o to chodziło, by utrwalić pamięć o pradziadku, a o to tylko, by co prędzej sprowadzić go do mogiły. Wypada jednak rzecz całą zacząć od początku.
Pradziadek Władysław przyszedł na świat 13 października 1904 roku, w odległym Irkucku. Daleko to naprawdę od wszystkiego co znamy, za Uralem, wielkimi syberyjskimi rzekami Obem i Jenisiejem, tam, gdzie z Bajkału bierze początek Angara. Przyszedł na świat jako jedno z bliźniąt, o których wspomnieć przyszło, opisując dzieje ich obdarzonego szlachecką fantazją ojca, Franciszka i matki, Antoniny, tej co to wolała trzymać pieniądze pod poduszką. W Irkucku zdobył też jakieś, trudne dziś do określenia wykształcenie. Spory w tej sprawie jest mętlik, bo w samych aktach znaleźć można przynajmniej dwie różne wersje, a na dodatek zupełnie co innego pisze pradziadek w swoim życiorysie z 1949 roku. Stańmy więc na tym, że najprawdopodobniej wykształcenie jego zawierało się między szkołą powszechną, a średnią.
O czasach tych wiadomo jeszcze i to, że przed wyjazdem do Polski, przepracował rok jako telegrafista na irkuckiej, czy pobliskiej jakieś stacji kolejowej. Odmiennie jakoś od tych co urodzili się nad Wisłą musiało ukształtować jego charakter dzieciństwo syberyjskie. Wkrótce przyjdzie się o tym dowodnie przekonać.
Polskę zobaczył Władysław dopiero w roku 1922, gdy Franciszek i Antonina postanowili wrócić w rodzinne strony. Daleki to musiał być skok dla osiemnastoletniego chłopca wychowanego nad Bajkałem. Po raz pierwszy przyszło mu ujrzeć ojczyznę, którą musiał znać z opowiadań, po raz pierwszy usłyszeć na ulicy polską mowę. Znalazłszy się w Warszawie zamieszkał wraz z rodzicami przy ulicy Długiej 6. Dodać wypada, że pomimo niedawnej finansowej katastrofy, Franciszkowi i Antoninie powodzić się musiało wcale nie najgorzej, skoro, jak twierdzi jedna z notatek MBP, ojciec Władysława posiadać miał własne przedsiębiorstwo. Nie było ono chyba zbyt duże, bo w życiorysie określa pradziadek swoją rodzinę jako rzemieślniczą, choć trzeba wziąć poprawkę na to, że po wojnie w życiorysach pisało się różne rzeczy. Wygląda jednak na to, że Antoninie nie udało się doprowadzić majątku do kompletnej ruiny.
Całe następne trzy dziesięciolecia pradziadkowego życia jesteśmy w stanie opisać tylko z pomocą kilku suchych faktów. Władysław ukończył szkołę techniczną. W latach 1925-27 służył w 21 Pułku Ułanów w Równym, gdzie otrzymał stopień kaprala, a zdjąwszy mundur, rozpoczął pracę w Urzędzie Telefonów Międzymiastowych i Telegrafów, przy ulicy Nowogrodzkiej 45. 27 października 1936 roku ożenił się z Izabellą Kicman, córką Józefa i Sabiny Kicmanów. Tyle suche fakty, żywcem niemal spisane z pożółkłych kartek.
Nagły i tragiczny zwrot w pradziadkowym życiorysie nastąpił dokładnie o 10.30 rano, 17 grudnia 1952. Władysław był już wówczas szefem działu technicznego w Dyrekcji Warszawskiego Okręgu Telekomunikacyjnego, mającej siedzibę w tym samym budynku przy Nowogrodzkiej, w którym rozpoczynał pracę ponad dwadzieścia lat wcześniej. Tego właśnie zimowego poranka, w sąsiadującej z pomieszczeniami biurowymi centrali telefonicznej wybuchł pożar. Nie był to absolutnie żaden kataklizm, po prostu spalił się jeden z elementów wyposażenia, co o tyle miało prawo się zdarzyć, że większość jego części była konserwowana naftą i podczas pracy znajdowała się w sąsiedztwie iskier elektrycznych.
Ogień ugaszono natychmiast, uszkodzenia usunięto w ciągu kilku dni i sprawa z pewnością utonęłaby w niepamięci, gdyby nie zainstalowany wśród pracowników informator o pseudonimie „Ryś”, który skwapliwie doniósł o wszystkim bezpiece. Jak łatwo się domyśleć, dla bezpieki był to zupełnie wystarczający pretekst do wszczęcia śledztwa, które w ciągu bodaj tygodnia, całkiem nie wiedzieć czemu skupiło się na osobie pradziadka. Aresztowano go w noc poprzedzającą Wigilię Bożego Narodzenia 1952 roku.
Początkowo, wysuwane przeciw Władysławowi oskarżenia koncentrowały się wokół pomysłu, że osobiście wzniecił pożar, czemu nadano groźnie brzmiącą nazwę sabotażu. Absurdalny ten zarzut żadnym sposobem dowieść się nie dawał, bo na podstawie zeznań to tylko można było przeciw pradziadkowi wysunąć, że zobaczywszy ludzi gaszących ogień, usunął się na bok i do pomocy jakoś się nie spieszył. Wyczuć musiał chyba na co się zanosi, bo zagadnięty następnego dnia przez któregoś z pracowników, wprost stwierdził, że wolał trzymać się z daleka, bo „nie chce mieć do czynienia z władzami”.
Po blisko sześciu miesiącach śledztwa stwierdzono, że sabotażu Władysław co prawda się nie dopuścił, lecz ogień też nie wziął się sam z siebie, wobec czego za przyczynę wypadku należy uznać pradziadkowe zaniedbania w sprawowaniu kierowniczych obowiązków. Szybko przekazano sprawę Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która od ręki skazała go na dwadzieścia cztery miesiące ciężkich robót. Karę tę miał odbyć pradziadek w obozie pracy przy ulicy Anielewicza w Warszawie. By pozostać w zgodzie z faktami, należy dodać, że wyrok wkrótce złagodzono do osiemnastu, a następnie dziewięciu miesięcy, co dla Władysława nie miało już jednak żadnego znaczenia. Zmarł w szpitalu więziennym przy ulicy Anielewicza 26, 9 czerwca 1953 roku, w trzy dni akurat po tym, jak ręka jakiegoś urzędnika przystawiła pieczątkę na ostatnim z dotyczących jego sprawy dokumentów.
Na tym właściwie opowieść o Władysławie Kucińskim można by zakończyć, jednak przeszkadzają temu dwa co najmniej pytania, na które w aktach próżno szukać odpowiedzi. Po pierwsze: z dokumentów dowiadujemy się, że oprócz pradziadka zatrzymano dwóch pracowników centrali, z których jeden już pod koniec lat czterdziestych wzbudzał zainteresowanie kieleckiej bezpieki. Dlaczego więc oskarżenia zostały skierowane prawie od razu przeciw członkowi dyrekcji, najmniej w gruncie rzeczy związanemu z wypadkiem? Po drugie: skąd nagła śmierć w kilka dni zaledwie po wydaniu ostatecznego wyroku? Prababcia Izabella, która odwiedziła męża w pierwszych dniach czerwca, zastała go całkiem zdrowym, w akcie zgonu natomiast, jako przyczynę śmierci podano przewlekłą gruźlicę. Okoliczności te wyglądają zbyt podejrzanie, by można było przejść nad nimi do porządku dziennego. Warto więc przytoczyć wspomnienia mojej mamy, które zdają się rzucać na sprawę całkiem nowe światło.
W chwili śmierci ojca, babcia Basia miała zaledwie czternaście lat. Nic też dziwnego, że prababcia Izabella nie wtajemniczyła jej wówczas w szczegóły rodzinnej tragedii. O wiele bardziej zastanawiający jest fakt, że nie zrobiła tego nigdy, wskutek czego, wszelkie zdobyte przez moją mamę wiadomości pochodzą wyłącznie od znajomych, czyli z drugiej, trzeciej, czy któreś tam z kolei ręki.
Według tej wersji wydarzeń, tak aresztowanie, jak i śmierć Władysława, były oczywistym poniekąd skutkiem realizacji powierzonego mu zlecenia, które dotyczyło sporządzenia projektu połączeń sieci telefonicznej dla Komitetu Centralnego PZPR. W rezultacie, znalazł się pradziadek na liście tych mało wygodnych osób, które posiadały, jak na owe czasy, zbyt rozległą wiedzę, by można je było pozostawić przy życiu. W przypadku Władysława, MBP miało ułatwioną sytuację, bo pradziadek do osób pokornych nie należał, swoje zdanie zwykł wyrażać na głos, co samo przez się czyniło zeń potencjalną ofiarę. W aktach aż gęsto od informacji, jakich to rzeczy Władysław nie powiedział, publicznie i w rozmowach prywatnych, które zdecydowanie nie mogły mu zjednać sympatii otoczenia, próbującego jako tako urządzić się w ludowym państwie. Między innymi, w 1951 roku spowodował spore zamieszanie na założycielskim spotkaniu związków zawodowych, oświadczając, że ani pomysł, ani osoby uczestniczące w jego realizacji, w najmniejszym stopniu nie wzbudzają jego zaufania. Był widać rzadkim już w owych czasach człowiekiem, co myślał, mówił i w naturalny jakiś sposób nie poczytywał sobie tego za grzech. Tyle, jeśli chodzi o przyczyny pradziadkowej tragedii. Co do jej przebiegu, wersja mojej mamy wnosi do tego, co już powiedziano jeden tylko fakt, a mianowicie, że Władysław został zamordowany w szpitalu więziennym, przy pomocy jakiegoś zastrzyku. Opis wydaje się być wiarygodny, bo pochodzi od pielęgniarki, pracującej wówczas w szpitalu przy ulicy Anielewicza. Dzięki tej pielęgniarce również, prababcia Izabella dowiedziała się o śmierci męża.
To wszystko, czego na temat pradziadkowej sprawy udało mi się dowiedzieć i wcale nie zanosi się na to, by rzecz kiedykolwiek miała zostać wyjaśniona do końca. Fakt faktem, przedstawiona przez moją mamę wersja wydarzeń wydaje się bardzo prawdopodobna, jednak i w niej można doszukać się znaczących niejasności.. Przede wszystkim niezrozumiały jest fakt, że zamiast najzwyczajniej uśmiercić Władysława, co o ile wiem było w tamtych czasach rzeczą zwykłą, MBP zadało sobie trud stworzenia dwóch tomów akt, pełnych zeznań i szczegółowych ekspertyz technicznych. Gdyby Władysław rzeczywiście należał do kategorii osób, które należało usunąć, słuch by po nim zaginął i tyle. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że w jakimś decydującym momencie, o przebiegu wydarzeń zdecydował nie tyle człowiek, co przypadek. Nie będziemy się jednak nad tym zastanawiać i pozostawiając rzecz w takim stanie, do jakiegośmy doszli, przejdziemy do żony Władysława, Izabelli.

Izabella Kucińska z domu Kicman (prababcia) - Barbara Markowska z domu Kucińska (babcia)- Adrian Markowski (tata)

Całkiem pozorny to paradoks, że o pradziadku Władysławie, którego ani widziałem na oczy, wiem nieskończenie wprost więcej niż o jego żonie, czyli mojej babci, z którą dzieliłem mieszkanie aż do roku 1979. Tyle właśnie znaczy rzecz zapisana na papierze. Gdybyż po Waszej prababci zostało coś więcej niż jeden, pół stronicy liczący życiorys i kilka szkolnych świadectw...
Izabella Kucińska, z domu Kicman dziwnym zrządzeniem losu to miała między innymi z mężem wspólnego, że przyszła na świat w Rosji. Co prawda, droga z leżącego ledwie za Dnieprem Charkowa do Warszawy i porównać się nie da z ogromem przestrzeni dzielącej Charków od Irkucka. Jednak jak by nie patrzył to i to pod panowaniem cara, więc analogia wydaje się uzasadniona. Jak już wspomniałem, Bóg jeden raczy wiedzieć, skąd Józef i Sabina Kicmanowie wzięli się na wschodnich kresach Ukrainy i jakimi drogami wrócili nad Wisłę. Pewne jest natomiast, że powrót ich miał miejsce w roku 1920, czyli na dwa mniej więcej lata przed osiedleniem się w Warszawie rodziny Władysława Kucińskiego.
Rodzice Izabelli ludźmi najbiedniejszymi zdaje się nie byli, czego nie ważyłem się wnioskować, dociekając sprawy istniejącego, czy też nie istniejącego być może majątku. Trudno w tej sprawie o pewność, założenie jednak wydaje się słuszne, skoro stać ich było na kształcenie prababci w Gimnazjum im. Klementyny z Tańskich Hoffmanowej i Praskiej Szkole Muzycznej Natalii Zarodzińskiej.


W życiorysie datowanym na rok 1950 prababcia wymienia jedynie Szkołę Handlową im. Zuzanny Rabskiej. Nie mam jednak do tej wiadomości zbytniego zaufania, jako, że ze szkoły tej nie zachowało się żadne świadectwo, przeciwnie całkiem do świadectw z przemilczanego w tym samym życiorysie gimnazjum. Podobny to zdaje się przypadek do wspomnianego wcześniej życiorysu Władysława Kucińskiego, który - pisany rok wcześniej - także pozostawiał wiele niejasności. Dziś tak daleko posunięta ostrożność może wydawać się przesadną, lecz wówczas inaczej to widziano. Co do stanu majątkowego Kicmanów dodać warto, że prababcia miała kilka nie gorzej wcale wykształconych sióstr. O kamienicy nie wspomnę.
W 1934 roku, jako panna licząca sobie dwadzieścia jeden lat, Izabella rozpoczęła pracę w Urzędzie Telekomunikacyjnym - tym samym, w którym od siedmiu już bodaj lat pracował Władysław Kuciński. Swobodnie można zaryzykować twierdzenie, że tam właśnie doszło do spotkania pradziadków. W dwa lata później, już jako małżeństwo, Izabella i Władysław wynajęli mieszkanie przy ulicy Parkowej 3 (dziś ulica Cietrzewia), we Włochach, w którym do dziś odwiedzać możecie babcię i dziadka, i w którym sam spędziłem pierwszych trzydzieści prawie lat życia.
Przed wojną wiodło się pradziadkom bardzo dobrze. Prababcia mogła zrezygnować z pracy i poświęcić się prowadzeniu domu. Niezwykłym już dziś wydawać się może zwrot, który ręka jakiegoś urzędnika wpisała w jej dowodzie osobistym, w rubryce określającej zawód: „przy mężu”. Wojnę też jakoś przeżyli, choć nie obeszło się bez sprzedaży obrączek ślubnych, a w jednym przynajmniej momencie niewiele brakowało, by moja mama i jej dwie siostry zostały sierotami. Jedno z mieszkań w domu przy Parkowej 3 zostało wyznaczone na kwaterę dla oficerów SS z Alei Szucha. Wiadomość ta dotarła do pradziadków z tak niewielkim wyprzedzeniem, że Władysław ledwie zdążył wynieść z mieszkania granaty, słynne później powstańcze „Sidolówki”, w których produkcji i dystrybucji brała udział Izabella. W pośpiechu zakopał je w ogrodzie; ich zardzewiałe zapalniki odnalazł mój Tata podczas przekopywania grządek, gdzieś w latach osiemdziesiątych.
O mocnych nerwach prababci, w każdym bądź razie jeśli chodzi o granaty, świadczyć może następująca anegdota z czasów okupacji: jest wieczór, prababcia kąpie dzieci przed snem. Do mieszkania wtacza się znajoma z ogromną walizką (co za znajoma, nie wiadomo, w każdym bądź razie mieszkała przez pewien czas u pradziadków). Znajoma siada wygodnie, zaczyna grzebać w zawartości walizki (skąd przyniosła rzeczy, też się nie zachowało) i w pewnej chwili zwraca się do prababci, pokazując jakiś niewielki przedmiot:
- Niech pani popatrzy, pani Kucińska, jaki dziwny flakonik perfum - po czym zaczyna mocować się z zakrętką.
Prababcia unosi głowę znad balii, w której pluszczą się jej córki i odzywa się zdecydowanym tonem:
- Bardzo proszę to odłożyć. Proszę to postawić na stole.
Nieco zdziwiona kobieta odkłada rzecz.
Dopiero teraz prababcia bierze głęboki oddech.
- To jest granat - informuje, sprawdzając, czy zawleczka pozostała na swoim miejscu i powraca do kąpania dzieci.
Prababcia nie zajmowała się tylko granatami. Pracując na zlecenie komendanta Armii Krajowej Warszawa-Wola podejmowała się również akcji wywiadowczych i sabotażowych. W każdym bądź razie, w przeciwieństwie do Władysława, który skupiał się na trosce o dom i dzieci, Izabella była człowiekiem o nerwach nie do zdarcia i szaleńczej ponoć odwadze. Powyższe informacje pochodzą od osoby, z którą Wasi dziadkowie pozostają w stosunkach rodzinnych i którą sam przywykłem uważać za ciotkę, choć żadne między nami pokrewieństwo. Mowa o cioci Meli Wolskiej, która w czasie okupacji mieszkała w domu przy Parkowej 3. Jest to siostra wspomnianego komendanta Armii Krajowej i wykładowcy konspiracyjnej podchorążówki. Podczas okupacji znany był pod różnymi pseudonimami. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Dziubiński. Nie przeżył wojny. Nie wiadomo jednak ani gdzie i kiedy ani w jakich okolicznościach zginął.
Czy znajoma dostała zawału serca, nie wiadomo, jeżeli zaś chodzi o prababcię, to ciśnie się na usta powtarzane już wielokrotnie spostrzeżenie - przedwojenny był format człowieka!
Powojenny bieg rzeczy nietrudno przewidzieć, znając historię Władysława. Mając lat czterdzieści, prababcia została sama z trzema córkami. Zabrakło męża, ojca i jedynej osoby której praca zapewniała dotychczas Izabelli i dzieciom w miarę dostatnie życie. Co prawda, domniemywać wolno, że już w początkach lat pięćdziesiątych przedwojenny dobrobyt był w domu prababci tylko wspomnieniem, lecz samotne utrzymanie trzech córek, z których najstarsza miała lat nieco więcej niż dziesięć, oznaczać musiało biedę. Jeszcze nie tak dawno wcale, babcia Basia pokazywała mi wyciągnięte gdzieś z dna szafy resztki jedynej lalki, jaką miała w dzieciństwie do zabawy wspólnie z siostrami. W 1961 roku, Izabella przeżyła jeszcze jedną tragedię. Podczas wycieczki na Mazury utopiła się jej najmłodsza córka, siedemnastoletnia Małgorzata.
To z grubsza wszystko, co mi na temat prababci Izabelli wiadomo. W moich wspomnieniach jawi się jako osoba o surowych obyczajach, zasadniczych poglądach i twardym charakterze. Zapamiętałem ją także jako żarliwą katoliczkę; to ona właśnie, gdy byłem ledwie kilkuletnim dzieckiem, zabierała mnie na niedzielne msze święte do kościoła Matki Boskiej Saletyńskiej. Żyła skromnie z emerytury, jaka została jej po latach pracy w Urzędzie Telekomunikacyjnym, do którego powróciła po nieszczęsnym roku 1953. O Władysławie i jego śmierci nie mówiła nigdy, o okupacji rzadko, a jeśli wymknęło się jej jakieś słowo na temat Armii Krajowej, zawsze przestrzegała, bym broń Boże nie wspominał o tym poza domem. Obawy jej nie wynikały wyłącznie z tragicznych przeżyć, w tamtych czasach były jak najbardziej uzasadnione. Zmarła 14 czerwca 1979 roku i podobnie jak Władysław i Małgorzata została pochowana na cmentarzu we Włochach. W 1984 roku spoczęła tam jeszcze jedna z jej córek, Alicja, która była moją matką chrzestną.
Warto w tym miejscu poświęcić nieco uwagi pewnym, charakterystycznym dla rodziny babci Basi, zbiegom okoliczności. Siostry babci - Małgorzata i Alicja, przyszły na świat w czerwcu: Alicja - 15 czerwca 1941 roku, a Małgorzata 25 czerwca 1943. Władysław zmarł 9 czerwca 1953, Małgorzata 1 czerwca 1961 w Boże Ciało, Izabella - 14 czerwca 1979 roku, również w Boże Ciało. Z całej czwórki jedynie Alicja zmarła w innym miesiącu - 14 października 1984, czyli w dzień po urodzinach swojego ojca. Warto tu przypomnieć że ojciec prababci Izabelli, Józef Kicman, zmarł 24 czerwca 1942, a więc na rok i jeden dzień przed narodzinami swojej wnuczki - Małgorzaty. Dla mnie są to jedynie daty, dla babci Basi jednak owe zbiegi okoliczności miały ongiś głębsze znaczenie, wskutek czego przez wiele lat z niepokojem oczekiwała każdego kolejnego czerwca. Nawiasem mówiąc, ślady tych dziwnych prawidłowości widać i w najmłodszym pokoleniu: Twoje urodziny, Bianko wypadają na trzy dni przed urodzinami babci Basi, Ty Kubusiu natomiast przyszedłeś na świat dokładnie w rocznicę śmierci swojego pradziadka.
Na tym rzecz przyjdzie zakończyć. Przyznać muszę ze skruchą, że w rzeczy samej niezbyt wiele potrafię opowiedzieć o prababci Izabelli, z którą bardziej niż z rodzicami wiązały się moje najwcześniejsze lata. Do dziś jeszcze, gdy wspominam ulicę ocienioną przez rozłożyste kasztanowce, widzę wysoką postać mojej babci, w płaszczu, z chustką na głowie, widzę ją taką, jaką była, gdy w ciepłe jesienne poranki odprowadzała mnie na pierwsze lekcje do szkoły.

 

 Adrian M.

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. 
----- Original Message -----
From: Maciej Bernhardt
To: narodowa@narodowa.p l
Sent: Sunday, March 20, 2005 11:49 AM
Subject: Zamach na policmajstra


W kronice pewnej rodziny (najnowsza - i bardzo ciekawa - pozycja we wspomnieniach) jest mowa o Janie Markowskim i jego udziale w zamachu na polcmajstra w 1905 roku.
W moich wspomnieniach "Dzieciństwo - ulica Miodowa Warszawa ..." jest wzmianka o odsłonięciu na budynku Miodowa 6 tablicy upamiętniającej zamach na policmajstra w maju 1905 roku. Jest tam także kopia pocztówki z fotografią miejsca zamachu. Być może te bardzo skąpe informacje zainteresują autora "Kroniki pewnej rodziny".
Z poważaniem
M.B.

 

 

Powrót