Eksponat Numer - 1 (dział) - 27 (Numer Eksponatu)

 

„Zielone” Prawo Jazdy


Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę

Please click on the photo to enlarge

 

Wprowadzone ostatnio zmiany dotyczące uzyskiwania prawa jazdy wywołały dość ożywioną reakcję mediów oraz kierowców i kandydatów na kierowców.

Prawo jazdy uzyskałem na wio­snę 1939 roku (czyli przed 67 la­ty) i cała moja dalsza działalność zawodowa, a później i naukowa, była związana z motory­zacją. Może więc warto przy­pomnieć jak to dawniej bywało.

Początki

Od szczenięcych lat interesowałem się samochodami. Rozpoznawałem większość marek, znałem (przez szybę wystawową) chyba wszystkie salony samochodowe w Warszawie.
W szkole podstawowej wymieniłem z kolegami zbierane przez kilka lat książki Karola Maja na foldery reklamowe firm samochodowych. Niestety nikt z najbliższej rodziny, ani ze znajomych nie był posiadaczem samochodu. Tak więc z samochodami miałem kontakt bardzo rzadko i tylko jako pasażer taksówki.

Wakacje 1937 roku spędzałem w Kosowie (dziś Ukraina). Zaprzyjaźniłem się tam z dwoma chłopcami; starszy był w moim wieku; jego brat o 2 lata młodszy. W połowie wakacji przy­je­chał, nowiutkim  Polskim Fiatem 508, ich ojciec - mecenas Gintowtt-Dziewałtowski – „świeżo upieczony” kierowca. Moje zaintere­sowa­nie samochodem, którego wszystkie dane techni­cz­ne znalem na pamięć, zaowocowało za­proszeniem na wycieczkę wraz z jego synami Fiacikiem po najbliższej okolicy. 

Podczas postoju mecenas przypomniał sobie, że powinien sprawdzić poziom oleju w silniku. Podniósł maskę, wyciągnął miarkę i stwierdził „o jeszcze mam dość oleju”. Nieśmiało zauważyłem, że miarkę należało po wyjęciu wytrzeć, wsadzić do jej otworu w misce olejowej i ponownie wy­jąć. Po wyjęciu okazało się, że poziom oleju jest już nieco poniżej minimum. Moja interwen­cja uratowała silnik od zatarcia, a ja zostałem uznany za „wybitnego speca” samochodowego.

Na pytanie skąd mam tyle wiadomości o samochodach, gładko odpowiedziałem, że od wuj­ka, który ma starą Tatrę i pomagam mu nieraz przy jej obsłudze, a nawet czasami pozwala mi kawałek ją poprowadzić. Było to oczywiste łgarstwo. „No to może chcesz porównać Tatrę  z Polskim Fiatem” usłyszałem.

Oczywiście chciałem, choć jednocześnie byłem przerażony co z tej improwizacji wyjdzie. Teoretycznie doskonale wiedziałem co i jak należy zrobić, ale praktyki nie miałem ża­d­nej. Trzeba tu do­dać, że ruch samochodowy w tej okolicy praktycznie nie istniał, a policjanta na drodze nie wi­dzia­łem przez całe wakacje. Istotne niebezpieczeństwo stwarzały natomiast konie, płoszące się na widok samochodu.

Przesiadłem się za kierownicę, uruchomiłem silnik, włączyłem pierwszy bieg, z lekkim tylko szarpnięciem ruszyłem i z zabójczą prędkością 30 – 40 km/h przejechałem kilka kilometrów po kiepskiej szutrowej drodze.

Z dumą odebrałem pochwały na temat moich szoferskich umiejętności. A gdy chłopcy wysie­dli usłyszałem: „jak na pierwszy raz za kierownicą, to szło ci zupełnie nieźle”. Zbaraniałem zu­pełnie nie wiedziałem co odpowiedzieć.

„Jestem adwokatem od wielu lat i takie kłamstwo rozpoznaję bez trudu, ale nie martw się, obserwowałem jak prowadziłeś i jak interesujesz się motoryzacją; Myślę, że ja w twoim wieku i na twoim miej­­scu zrobiłbym to samo; nie bój się chłopcom nic nie powiem”.

 W następnych dniach byłem jeszcze na kilku podobnych wycieczkach i za każdym razem słyszałem propozycję: „może chcesz poprowadzić, ja chętnie chwilę odpocznę”.

Nauka Jazdy

Na jesieni 1938 roku byłem uczniem IV klasy[1]) gimnazjum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie. Uczniów klas IV i licealnych powiadomiono, że organi­zowane są w Warszawie płatne międzyszkolne kursy nauki jazdy i uczniowie, którzy ukoń­czyli 16 lat, bądź skończą je przed końcowym egzaminem na prawo jazdy, mogą w nich uczestniczyć. Kursy są w znacznym stopniu dofinansowane przez ministerstwo Spraw Wojskowych. (nie pamiętam ile kurs ten normalnie kosztował, ale była to suma dość znaczna).

Zajęcia dla nas prowadzili instruktorzy jednych ze znanych w Warszawie kursów nauki jazdy. Niestety nie pamiętam już których, choć zachowałem w pamięci reklamy kursów: inż. Tuszyń­­skiego i inż. Prylińskiego.

Wszyscy kandydaci musieli mieć pozwolenie rodziców i pozytywną opinię nauczyciela Przysposobienia Wojskowego; przecho­dzili też dość dokładne badania lekarskie i psychologiczne.

„Wykłady” budowy, działania i obsługi samochodu rozpoczęły się pod koniec października
i odbywały się popołudniami w gimnazjum Zamojskiego przy ulicy Smolnej. Instruktorzy prowadzili je bardzo dobrze pod względem dydaktycznym (mogę to dziś ocenić jako wieloletni belfer), dysponowali dobrymi plakatami i eksponatami. Dwa razy mieliśmy „zajęcia praktyczne” w stacji obsługi: gdzie m.in. zmienialiśmy koło, wymienialiśmy żarówki i spraw­dzaliśmy ustawienie reflektorów. Uczono nas nawet ... jak należy bezpiecznie trzymać korbę przy uruchamianiu nią silnika (wiele użytkowanych wówczas samo­cho­dów uruchamiano jeszcze korbą, względnie korba była w wyposażeniu samochodu  „na wszelki wypadek”).

Uczono nas także przepisów ruchu drogowego, które wówczas były znacznie prostsze od obecnych, oraz elementarnych zasad bezpieczeństwa: przy tankowaniu paliwa, unierucha­miania samochodu na pochyłości, oraz o zagrożeniu zatruciem spalinami silnika pracującego w zamkniętym lub źle przewietrzanym pomieszczeniu itp.

Na prośbę (polecenie ?) Ministerstwa Oświaty, (nie pamiętam czy dokładnie cytuję nazwę) zakres naszego szkolenia praktycznego był rozszerzony, w sto­sun­ku do zakresu dla kierow­ców amatorów, mimo, że mieliśmy po zdanym egzaminie koń­cowym uzyskać „normalne” ama­torskie prawo jazdy, tzw. „zielone” (karton koloru jasno-zielonego). Upoważniało ono do niezarobkowego prowadzenia samochodów osobowych (i ewentualnie motocykli – oddzielny egzamin) oraz samochodów dostawczych lub furgonów o ła­downości chyba do 1 tony (nie pamiętam dokładnie).

Do nauki jazdy mięliśmy dwa samochody: małego Forda Eifel’a (niemieckiego) oraz starego  wielkiego ka­brioleta Buick z 8-io cylindrowym rzędowym silnikiem, niesynchronizowanej skrzyn­ce biegów i kołach o grubych drewnianych szprychach. Początkowe jazdy odbywały się zawsze na małym Fordzie. Żaden z tych samochodów nie miał wspomagania hamulców ani kie­rownicy.

Pierwsza (ewentualnie dwie pierwsze) jazdy odbywały się na dużym, pustym placu, gdzieś na Pradze, na terenie kolejowym - obok były tory kolejowe, chyba już nieużywane, bo nigdy nie widziałem tam nawet pojedynczego wagonu.

Pierwsza lekcja: poznanie wszystkich wskaźników, wyłączników itd. zapoznanie się z oporem pedałów, uruchamianie silnika, włączanie świateł, kierunkowskazów, sygnału dźwiękowego itp. Następnie: „proszę ruszyć, jechać powoli na pierwszym biegu i powoli skręcać według własnego uznania kierow­­nicą w prawo i w lewo, aby zorientować się jak reaguje na to samochód. Po chwili zatrzymać się i ponownie to samo. I tak wielokrotnie, aż samochód rusza płynnie i polecenie ominięcia jednej kałuży z prawej strony, a drugiej – z lewej zostanie wykonane bezbłędnie. Później to samo, ale także jazda do ty­łu. I znów wie­lokrotnie na dużym pustym placu: tylko bieg pie­rwszy i wsteczny.

Następne jazdy znów na tym samym placu i sąsiednich ulicach (prawie bez ruchu) zmiana biegów oraz hamowanie stopniowe i gwałtowne; później zmiana biegów w górę i w dół.
W Buick’u trzeba było opanować zmianę wszystkich biegów z podwójnym użyciem sprzęgła. Ford Eifel tez miał niezsynchronizowany pierwszy bieg i przy redukcji biegów też wymagał podwójnego wyłączania sprzęgła i odpowiedniego operowania pedałem „gazu”  Bez tego włączenie biegu praktycznie było niemożliwe, a koła zębate zgrzytały tak, że „uszy bolały” – jak mawiał nasz instruktor.

Wreszcie jazdy po ulicach Warszawy, w dzień i wieczorem,  w normalnym ruchu, w tym na ulicach z szynami tram­wajowymi (bardzo śliskie !) i na ciasnych skrzyżowaniach. Pod koniec nauki: ślimak na ulicy Karowej (wjazd i zjazd z zatrzymaniem się na pochyłości) oraz strome ulice: Nowy Zjazd (do mostu Kierbedzia), Bednarska, Tamka, Agricola. Na zakończenie wy­jazd do Wilanowa lub za miasto, przeważnie na szosę Krakowską.

Nie pamiętam dokładnie ile godzin obejmowała praktyczna nauka jazdy; było ich sporo, chyba nie mniej niż 25.

Egzamin z jazdy większość kursantów zdawała na małym Fordzie. Mnie przydzielono do Buicka. Zdawałem pod koniec lutego lub w pierwszych dniach marca, późnym popołudniem, jako ostatni tego dnia. Paliły się już wszystkie latarnie, mżył deszcz. Wsiadłem na ulicy Smolnej pod gimnazjum Zamojskiego. Pokręciliśmy się po ciasnych uliczkach śródmieścia; później wjazd ty­łem do ślepego i ciemnego zaułka gdzieś koło ulicy Skorupki.

Buick nie miał tylnej lampy cofania. Cofając się trzeba było lekko naciskać pedał hamulca, aby świeciły się światła stop i było cokolwiek widać. Wreszcie wjeżdżamy w  Aleje Jerozolim­skie i jedzie­my w stronę mostu Poniatowskiego. „Proszę zatrzymać się przed Nowym Świa­tem. Dziękuję egzamin zdany bardzo dobrze”.

Prawo jazdy odebrałem pod koniec kwietnia 1939 roku. Byłem z niego niesłychanie dumny: jedyny w klasie miałem taki dokument!.

Nigdy z niego nie skorzystałem. Do wybuchu wojny nie miałem okazji. Później – to już zupełnie inna historia.

Instruktor Nauki Jazdy

W 1948 roku miałem już zawodowe prawo jazdy i przez kilka miesięcy pracowałem jako instruktor nauki jazdy w szko­­le kierowców inż. Prylińskiego, znanej w Warszawie jeszcze przed wojną. Byłem wówczas studentem Politechniki Warszawskiej i utrzymywałem się z ko­repetycji z matematyki, fizyki i chemii dla uczniów liceum. Amatorów korepetycji nie brakowało, ale większość uczniów miała wielkie zaległości i braki i było to zajęcie dość wyczerpujące. Nie pamiętam już jak dowiedziałem się, że inż Pryliński poszukuje instruktorów nauki jazdy. Spodziewałem się, że będzie to zajęcie przyjemniejsze i mniej absorbujące niż udzielanie korepetycji uczniom klasy maturalnej.

Wydawało mi się, że będzie to zajęcie stosun­kowo lekkie, urozmaicone i przyjemne. Byłem wielkim opty­mistą. Po kilku tygodniach stwierdziłem, że jednak się myliłem. Cały czas trzeba mieć napiętą uwagę, bo nigdy nie wiadomo co "orzeł kierownicy" zrobi za chwilę. Zna­komitą większość kursantów stanowili dorobkiewicze płci obojga z  tzw. prywatnej ini­cjatywy, którzy nie miel wcześniej do czynienia z urządzeniami technicznymi, mieli natomiast antytalent do kierowania czymkolwiek poza własnym interesem. Rusze­nie z miejsca bez szarpania lub zgaszenia silnika było dla wielu zadaniem niewykonalnym, nawet po kilku jazdach. Zapamiętanie układu biegów (uczyłem na trzybiegowej Dekawce) dla niektórych było też poważnym problemem, zaś skoordynowanie ruchów obu nóg i rąk i jeszcze do tego obserwowanie co się dzieje na jezdni - to już zadanie absolutnie nie­wykonalne. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że tak wielu ludzi może mieć absolutny antytalent do prowadzenia samochodu.

Trzymałem się tej roboty, bo dawała mi nieco swobody. Mogłem tak ułożyć sobie kolejne jazdy, aby mieć czas np. na wpadnięcie na Poli­tech­nikę, aby coś załatwić, czy zrobić zakupy dla domu. Zarabiałem stosunkowo dobrze. Do domu wracałem jednak kompletnie wykończony.

Któregoś dnia, gdy miałem w samochodzie trzech kursantów, spod mas­ki zaczął się wydo­bywać dym. Zatrzymałem samochód, kazałem wysiąść kur­santom, otworzyłem maskę. Z przerażeniem stwierdziłem, że pa­liła się (w wyniku zwarcia) izolacja na wiązce prze­wodów instalacji elektrycznej przechodzących do wnętrza samo­chodu pod zbiornikiem paliwa. Na szczęście w DKW pod maską znajdował się pojemnik na narzędzia. Chwyciłem klucz, czy śrubokręt, zerwałem przewód z aku­mu­latora i cza­p­ką - nie miałem nic innego pod ręką - ugasiłem płomień.

Szef nie bardzo uwierzył w moją relację, gdyż po usunięciu zwarcia dojechałem do bazy o własnych siłach. Dopiero, gdy obejrzał w obecności kilku innych instruktorów ślady pożaru pod zbiornikiem paliwa, zmienił zdanie. Wyciągnął portfel i położył na masce jakąś śmiesznie małą sumę "w nagrodę za uratowanie samochodu przed pożarem”. Wyjąłem z kie­­­szeni sumę trochę większą, położyłem obok i powie­dzia­łem: "więcej nie mam, ale jeżeli brak panu pieniędzy na zrobienie przy­zwoitego przeglądu starej Dekawki, to proszę bardzo, chętnie panu pożyczę". Zapadła chwila milczenia. Szef znalazł się jednak niekonwencjonalnie. Założył na nos bino­kle, przyjrzał się, leżącym na masce banknotom i powiedział: "Strasznie mi się wzrok popsuł, bez szkieł już nic nie widzę. Bardzo pana przepraszam, pomyliłem się; za pożyczkę bardzo dziękuję, ale tym razem nie jest to ko­nieczne" i wyciągnął z portfela sumę całkiem przy­zwoitą. Poszliśmy później do restauracji na kolację. Zjedliśmy ją w przyjemnym nastroju. Oczywiście szef płacił.

Nie sposób opisać wszystkie "niesamowite" zachowania kursantów, ale niektóre warto przytoczyć. Kursant nieźle już jeżdżący siada za kierownicą. Ja skoń­czyłem rozmowę, przez uchyloną boczną szybę, z kur­santem, który właśnie zakończył jazdę. Boczna, cicha uliczka. Nie widać żadnego pojazdu, ani przechodnia. "Proszę niech pan rusza". W tym mo­mencie mój dotychczasowy rozmówca jeszcze o coś mnie pyta. Odwracam głowę, "Mój" kursant włącza bieg wsteczny zamiast pierwszego, rusza i pakuje się na kupkę gruzu za samo­chodem, w taki sposób, że wszystkie koła wiszą w powietrzu (większość bocznych ulic nie była jeszcze całkowicie odgruzowana). Ściągnięcie samochodu opartego wyłącz­nie na podłodze nie było wcale proste. Przy "okazji" rozregulowały się mechaniczne hamulce (zawsze bardzo podle działające); wyciągnęły się ich linki prze­biegające pod podłogą.

Innym razem pani w wieku balzakowskim, biorąca dodatkowe lekcje, gdyż wciąż nie jest gotowa do egzaminu, pyta czy może jechać w kierunku swego domu, gdyż bardzo jej się spieszy. Była ostatnią kursantką tego dnia, więc zgadzam się, mnie to nie prze­szkadza. Jedziemy gdzieś na daleki Mokotów. Na miejscu dostaję za­proszenie do domu. Od­ma­wiam uprzej­mie, bo muszę jeszcze odsta­wić wóz do garażu. "Zależy panu na tej pracy ? U mnie­ będzie pan miał lepiej pod każdym wzglę­dem. Bardzo zapraszam". Nie skorzy­stałem. Następne dodatkowe lekcje brała już u innego in­struk­tora. Wkrótce zrezyg­nował z pracy w szkole jazdy.

Praca instruktora nauki jazdy męczyła mnie coraz bardziej. Miałem jej serdecznie dość
 i co­­raz trudniej godziłem naukę z pracą. Zaczynał się właśnie trze­ci rok studiów. Na wykłady mogłem nie chodzić, ale obec­ność na ćwiczeniach i laboratoriach była obowiąz­kowa. Zrezygnowałem z „lekkiej” pracy instruktora nauki jazdy i powróciłem do korepetycji.

W 1955 roku zdobyłem prawo jazdy na wszystkie cywilne samochody i motocykle. Było mi potrzebne w pacy zawodowej.


 

[1]) ówczesna organizacja szkół ogólnokształcących to: 6 klas szkoły powszechnej, 4 klasy gimnazjum i 2 liceum

 

M.B.

 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. 
 

 

 

Powrót