Eksponat Numer - 09 (dział) - 05 (Numer Eksponatu)

 

LISTY HARCERSKIEJ POWSTAŃCZEJ POCZTY POLSKIEJ


(Aby powiększyć proszę kliknąć na miniaturę)

 

W sprawie kradzieży listów Powstańczej Poczty Harcerskiej
znalezionych przy poległym harcerzu.


Pewnego dnia we wrześniu 1973 roku w Środowisku Żołnierzy "Żywiciela" jeden z ko­legów w rozmowie poinformował mnie, że w poczekalni u dentysty prze­czytał w ty­godniku "Za Wolność i Lud", organie milicji i służby bezpieczeństwa, arty­kuł o Harcerskiej Powstań­czej Poczcie Polowej, w którym jest wzmianka o mnie. Zdziwiło mnie to bardzo, bo nie by­łem żołnierzem Szarych Szeregów i nie miałem też kontaktów i znajomości w sferach, któ­rych organem był wspomniany tygodnik.

Zaintrygowany dotarłem do numeru 31 (516) z dnia 04.08.1973 r. tego pisma. Zna­lazłem w nim wzmianką o Harcerskiej Powstańczej Poczcie Polowej, okolicznościach znalezienia listów oraz m.in. fotografię listu adresowanego do mnie, którego nigdy nie otrzymałem.

Był to list prof. Bronisława Krupińskiego, ojca mego kolegi i serdecznego przy­ja­ciela i towarzysza broni - Andrzeja Krupińskiego (pseudo. "Jacek"), żołnierza 237 plutonu AK, II-ej kom­panii, batal­ionu "Serb" (później przemianowanego na "Żubr"), Obwodu "Żywi­ciel". Andrzej zginął 2-go sierpnia w masakrze pod Boernerowem podczas przej­ścia naszej kompanii z Żoliborza do Pusz­czy Kampinoskiej.

List ten znaleziony został wraz z wielu innymi przy zwłokach harcerza listonosza podczas odgruzowania ulicy Szpitalnej. Autor wspomnianego artykułu pisze m.in.:
 

"Po latach stały się bowiem (odnalezione listy - przyp. MB) swego rodzaju do­ku­­men­tem historycznym, oddającym choćby w części, realia i atmosferę dni Pow­stania War­szaw­skiego. A równocześnie - może odnajdą kogoś z żyjących, może staną się dla adresatów, nadawców, krewnych czy kolegów jakimś cennym śladem, może pamiątką ostat­nią ..."

 

Po przeczytaniu tego tekstu natychmiast zatelefonowałem do redakcji pisma. Rozma­wiający ze mną młody (sądząc po głosie) redaktor był bardzo miły i zachwy­cony, że jest odzew na artykuł. Podobno byłem pierwszym i jedynym, który odezwał się do redakcji, a minęło już co najmniej 4 tygodnie od ukazania się wspomnianego numeru. Zaprosił mnie do redakcji na spotkanie z autorem artykułu.

Atmosfera spotkania z autorem (?) artykułu była jednak już całkowicie inna. Przy­jął mnie osobnik w średnim wieku o klasycznej fizjonomii ubeka. Po grzecznym przywitaniu, przy którym nie był uprzejmy przedstawić się, nie omieszkał podkreślić, że: wie wszystko o mojej działalności akowskiej oraz o moim bracie stryjecznym lotniku RAF, który trzy­krotnie latał ze zrzutami dla Powstania, a po strąceniu był w partyzantce AK i podając się fałszywie za strąconego pilota Kanadyjczyka wrócił przez ZSRR na Zachód.

Po tym wstępie zauważył, że listy z poczty powstańczej mają dziś dużą wartość filate­listyczną i nie radzi mi dalej zajmować się dalej tą sprawą. "Myślę, że się zrozu­mieliśmy? No to żegnam pana."

Nie pamiętam kiedy odgruzowywano ulicę Szpitalną. W każdym razie wiele lat przed opisaną rozmową. Nikt ze znalazców, ani posiadaczy (czy raczej złodziei) listów nie zadał sobie trudu, aby odnaleźć ich adresata lub nadawcę.

Tu mały komentarz:

Moje nazwisko nie należy do rozpowszechnionych w Polsce i o ile mi wiadomo nie ma (a w opisywanym czasie na pewno nie było) drugiego Bernhardta o imieniu Maciej.

Od jesieni 1946 roku mieszkam ponownie w Warszawie, od 1955 mam telefon i wystar­czyło sięgnąć do książki telefonicznej, aby mnie znaleźć.

Nadawcą listu był światowej sławy specjalista górnictwa węglowego, profesor zwyczajny Akademii Górniczo-Hutniczej, członek PAN, Przewodniczący Rady Górniczej w randze ministra – prof. Bolesław Krupiński. Mieszkał po wojnie pod tym sa­mym adresem, który podany jest we wspomnianym liście!.

Trzeba było bardzo dużo złej woli, aby dysponując możliwościami milicji i służby bez­pieczeństwa nie trafić ani do nadawcy, ani do adresata listu.

Na koniec jeszcze jedna uwaga: Prof. Bolesław Krupiński umarł w 1972. Artykuł został opublikowany w rok później. Przypadek, czy też „Autor” czekał na jego śmierć, aby nie mógł dochodzić prawdy? A możliwości w tym względzie miał duże.

Powyższą sprawą usiłowałem w latach 70-tych, a następnie w 50-tą rocznicę Powstania zainteresować redakcje różnych pism. Żadna nie tyl­ko nie zamieściła mego listu, ale nawet nie uznała za stosowne odpowiedzieć, że temat ich nie interesuje.

Przed kilku laty moją krótką wzmiankę zamieścił dziennik (niestety o niewielkim nakładzie) "Głos". Myślę, że sprawa ta warta jest przypomnienia; chodzi tu nie tylko o przywłaszczenie cudzej własności, ale i o skrajny cynizm, obłudę i hipokryzję...

Współczesnym czytelnikom warto tu przypomnieć, że wszystkie akcje odgruzowywania odbywały się zawsze pod czujną opieką „właściwych” władz, które skrzętnie „zabezpieczały” wszel­kie znalezione materiały. Wiele z nich dzięki takiej „opiece” zginęło na zawsze, a niektóre przedstawiające oprócz wartości historycznej także wartość rynkową znalazły się np. w zbiorach odpowiednich "filatelistów".
 

M.B., Warszawa, Sierpień 2003


 

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. - data - do:

Treść:

 

Powrót