Eksponat Numer - 12 (dział) - 01 (Numer Eksponatu)

 

Otwarte drzwi


 

 

Henryk Janusz OLKIEWICZ vel Henryk Chęciński

 

 

Dziękuję wszystkim, których kocham

 

Niech prawda zawsze będzie prawdą.,

Kochajmy Tych wszystkich, którzy na miłość zasłużyli.

Szczególną miłością obdarzajmy Rodziców, nie patrząc na to czy są biologicznymi.

Człowiek dostrzega wszystkie wady i skazy - wszystkie prócz własnych.

Nie szukajmy więc wad, odnajdujmy zasługi i cieszmy się z życia codziennego, otrzymanego dzięki tym, którzy nas wychowali.

 

 

Ku prawdzie, pamięci i przestrodze!

 

Nie znam swoich korzeni do końca, staram się je odkryć, odzyskać i zrozumieć.

Zrozumieć, bo w tych korzeniach są łzy, cierpienie, bezsilność, bezdomność i żal zmieszana z goryczą nieodkrytej historii, przykrytej kilkudziesięcioletnią warstwą stalinowskiego błota.

W tej książce jest jednak nadzieja.

Nadzieja ,,otwartych drzwi’’, przez które uda się wejść prawdzie tamtych lat.

 

 

 

 

„Otwarte drzwi...” są dla tych wszystkich, którzy po przeczytaniu książki zechcą wnieść nowe wątki w życiorys jej autora.

Także dla tych, którzy mają lub mieli podobną sytuacje życiową, co autor tej historii i chcieliby się podzielić swoimi spostrzeżeniami dot. podobnych spraw.

Książka powstała dzięki sugestii Michała Mosze Chęcińskiego, któremu nigdy nie dorównam, ale to właśnie On mnie namówił do napisania tych materiałów.

 

 

 

 

Henryk Janusz Olkiewicz, vel Henryk Janusz Chęciński

 

Rozmowy (nie)zakończone

 

Lekarska ...

 

Jesienny deszczowy poranek 1999 roku. Pobudka z łamaniem kości i postanowieniem pójścia do lekarza.

Kolejka, oczekiwanie, wreszcie jestem twarzą w twarz z lekarzem, kiedyś przyjacielem rodziny.

Co Panu dolega, oprócz widocznej grypy, spytała lekarka, od której obok zapachu świeżo zgaszonego papierosa czułem woń niedawno wypitego alkoholu.

Zaczynam się martwić swoim zdrowiem, bo i reumatyzm i nieregularne bicie serca, a tak w ogóle, to przydałoby się zrobić kompleksowe badania mojego stanu zdrowia. Odpowiedziałem pełen niepewności oczekiwania na to co powie mi Pani doktor u której od kilku lat się leczyłem.

Pani doktor spojrzała najpierw na niedogaszonego papierosa, być może z żalem, że nie dano jej do końca go wypalić, a być może dlatego, że nie posłużył jej jako zagrycha, do niedawno przełkniętego kieliszka wódki. Następnie powoli spojrzała na mnie i beznamiętnym głosem odpowiedziała, że moich chorób powinienem poszukać w chorobach moich biologicznych rodziców.

Odjęło mi mowę. Nie wiedziałem co powiedzieć na taka lekarską poradę i myśląc nie wiadomo o czym patrzałem, jak lekarka wypisywała mi jakieś recepty na moje grypowe dolegliwości.

Z gabinetu wyszedłem bardzo szybko. Nie wiem czy powiedziałem dziękuję i do widzenia.

W głowie kłębiły mi się myśli, a mój stan duchowy był taki, jakbym nie wiedział o co chodzi i rżnął przysłowiowego głupka, który nie zrozumiał co się do niego mówi.

Była to pierwsza (nie)zakończona rozmowa. Była ona jednak, jak się okazało później najważniejsza w moim życiu.

Wbrew pozorom wizyta u podpitej lekarki, która ujawniła mi najgłębiej skrywaną tajemnicę mojej rodziny spowodowała, że moje życie nie było już takie samo jak przed lekarska wizytą, a mój stosunek do świata zmienił się diametralnie.

Nagle w jednej chwili stałem się poszukiwaczem rozmów (nie)zakończonych.

Do dzisiaj jednak nie rozumiem powodów dla których Pani doktor zasiała mi ziarno niepewności moich korzeni, a w konsekwencji zrodziło tak wiele pytań bez odpowiedzi, rozmów (nie)zakończonych. Przecież tę lekarkę znałem wiele lat wcześniej. Nigdy nie powiedziała mi wprost, tak jak to uczyniła jesienią 1999 roku o fakcie, że jestem dzieckiem adoptowanym.

 

Dziennikarskie ...

 

Być może tamta rozmowa, z Panią doktor stała się początkiem moich poszukiwań osób, które o swojej adopcji dowiadywały się późno, lub nie wiedziały o niej wcale.

Takie rozmowy publikowałem jako dziennikarz w jednej z lokalnych gazet w których pracowałem. Wówczas te rozmowy wydawały mi się pełne, zakończone. Dzisiaj, po latach wzbogaconych o doświadczenia własne wydają mi się inne – jednak (nie)zakończone.

Pytałem się wówczas moich rozmówców o ich reakcje na fakt, że były adoptowane, o czym dowiadywali się będąc w wieku dorosłym.

Okazją do takich rozmów był między innymi fakt, że do pobliskiej miejscowości ze wspaniałym pałacem książąt Radziwiłłów na zaproszenie i z inicjatywy Renaty Szynalskiej, posłanki na Sejm RP (SLD) przyjechało dwadzieścia wychowanek opuszczających domy dziecka. Na bolesne dla nich tematy pobytu w domach dziecka, nieudanych adopcji, jak i późnego okresu dowiedzenia się o swojej adopcji dziewczęta wypowiadały się szczerze i otwarcie, prosząc jedynie o zachowanie anonimowości. W wielu rozmowach z nimi przewijał się jednak temat niechęci przyznawania się przez nie do faktu, że były adoptowane czy też, że przebywały w domach dziecka. Uważały, że środowisko traktuje je inaczej, widziano w nich zło z domów dziecka, a bardzo często dopowiadano sobie w myślach, że dzieci z domów dziecka, to coś złego, niedobrego i innego. Ot taki polski rasizm w wydaniu małomiasteczkowym, twierdziły moje rozmówczynie.

 

Rozmowa 1 ...

 

Jesteśmy takie, jak inni

- Staramy się pokazać, że jesteśmy takie same jak inni, a naszym zachowaniem wykazujemy, że niczym się nie różnimy od innych, którzy wychowywali się w normalnych rodzinach, powiedziały mi uczestniczki spotkania w antonińskim pałacu.

- W jaki sposób ,,odbierają’’ Was Wasi rówieśnicy, w szkołach, do których Uczęszczacie?

- Bardzo różnie. Najczęściej jednak musimy ze smutkiem stwierdzić, że traktują nas jako, ..gorszych’’, bo my pochodzimy z domów dziecka. A przecież my się niczym nie różnimy od innej młodzież. Tak samo chcemy żyć w normalnym społeczeństwie, mamy swoje marzenia, które są pewnie takie same jak naszych rówieśników, mamy także podobne plany i oczekiwania od życia w świecie dorosłych, do którego już niebawem wejdziemy. Są jednak i takie reakcje jak litość. Jest to chyba najgorsze uczucie, jakiego możemy doznawać.

- W jaki sposób na tego typu reakcje Odpowiadacie?

- Po prostu staramy się pokazać, że jesteśmy takie same jak inni, a naszym zachowaniem wykazujemy, że niczym się nie różnimy od innych, którzy wychowywali się w normalnych rodzinach. W ten sposób udowadniamy, że nie jest naszą winą, że musiałyśmy wychowywać się domach dziecka.

 

Rozmowa 2 ...

 

Nie mam żalu

Podczas jednej, z wielu godzin rozmów z dziewczętami opuszczającymi domy dziecka, poruszałem z nimi problem informowania dzieci adopcyjnych o ich adopcji, przez ich rodziców adopcyjnych. Dowiedziałem się, że jedna z nich zbyt późno dowiedziała się od swojej rodziny adopcyjnej o tym fakcie. Przeżyła szok, czego efektem był jej powrót do domu dziecka.

- Kiedy dowiedziałaś się o fakcie, że jesteś dzieckiem adoptowanym?

- Dowiedziałam się o tym, będąc w siódmej klasie szkoły podstawowej. Był to przypadek. Otrzymałam w szkole jakąś ankietę do wypełnienia przez moich adopcyjnych rodziców, których uważałam do tamtej chwili, jako rodzonych. Było tam między innymi pytanie o ilość dzieci w rodzinie. Moi rodzice wpisali dwie córki. Zdziwiło mnie to, gdyż byłyśmy wychowywane w trójkę. Spytałam się wówczas, dlaczego moi rodzice w ten sposób wpisali te dane? Wówczas powiedzieli mi, że jestem dzieckiem adoptowanym.

- Jak to przeżyłaś?

- Całą noc płakałam, gdyż było to dla mnie szokiem. Efektem tego, było mój bunt, przeciwko temu i związanie się z nieodpowiednim środowiskiem, gdzie alkohol, papierosy, wagary i narkotyki były na porządku dziennym. Na całe szczęście, nie spróbowałam narkotyków. Niestety, problemy, jakie zaczęłam stwarzać, przerosły moich adopcyjnych rodziców i musiałam wrócić do domu dziecka.

- Czy obecnie, będąc już pełnoletnią, Masz żal do swoich adopcyjnych rodziców, że tak późno i przypadkiem dowiedziałaś się o fakcie?

- Nie, nie mam żalu, choć szokiem dla mnie był także fakt inny. Do chwili poznania prawdy, sądziłam, że wychowałam się w dobrej i prawej rodzinie. Tymczasem, gdy zaczęłam się pytać o moją biologiczną rodzinę, okazało się, że pochodzę z rodziny z tzw. ,,marginesu społecznego’’.

- Czy znasz swoich biologicznych rodziców?

- Ojca, nie, matkę tak. Gdy nawiązałam z nią kontakt, dzwoni do mnie sporadycznie, od czasu do czasu.

- Czy możesz na nią liczyć w przyszłości?

- Nie, jedynie mogę liczyć na moich rodziców adopcyjnych.

 

Rozmowa 3 ...

 

Z Renatą Szynalską, organizatorka spotkania z dziewczętami z domów dziecka, posłem na Sejm RP (SLD)

- W telewizji ,,Polsat’’ przedstawiany jest program zatytułowany ,,Zerwane więzi’’. Jedna z uczestniczek szkolenia, jak sama Pani wcześniej powiedziała, po zbyt późnym dowiedzeniu się o tym, że jest dzieckiem adoptowanym, załamała się i w wyniku problemów wychowawczych musiała odejść z rodziny adopcyjne i ponownie powrócić do domu dziecka. Czy Pani zdaniem powinno tak być, że wiele osób, wywodzących się z domów dziecka i adoptowanych przez rodziny adopcyjne, nie są przez nie informowane o fakcie, że są dziećmi adoptowanymi?

- Rzeczywiście jedna z uczestniczek szkolenia przeżyła tego typu załamanie. Nie chciałabym jednak tego komentować, w formule, kiedy należy dziecko adopcyjne informować o fakcie jego adoptowania. Powiem jedynie, że Konwencja Praw dziecka mówi o tym, że jeśli osoba dorosła, wcześniej adoptowana dowie się o fakcie, że była w przeszłości adoptowana, wówczas domy dziecka są zobowiązane udzielić informacje zainteresowanemu o jego biologicznej rodzinie. To mówię w świetle programu telewizyjnego, o którym pan wspomniał, a w którym bardzo często widzowie dowiadują się, że domy dziecka utrudniają dostęp do tego typu danych osobom poszukującym swoich biologicznych krewnych.

 

Potwierdzeniem tego ostatniego zdania jest nie tylko historia młodych kilkunastoletnich dziewczyn z domów dziecka, ale także moja historia, jak i podobne do mojej - osób, które będąc urodzonymi na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych nie mogą z przyczyn na pewno nie obiektywnych dotrzeć do swoich rodzinnych korzeni. Świadczą o tym listy, jakie dotarły do mnie po wyemitowaniu programu ,,ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...’’ 16 grudnia 2003 r. i powtórzonego 7 stycznia 2004 r. na Telewizji Polonia.

 

 

... z samym sobą

 

Kiedy prowadziłem wielogodzinne rozmowy z dziewczętami z domów dziecka, jak i z Panią Poseł na Sejm RP Renatą Szynalską nie wiedziałem jeszcze, że utrudnianie dostępu do własnych rodzinnych korzeni dotknie także mnie osobiście. Nie wiedziałem, że jedynie dobra ludzka wola może mi pomóc, bo urzędnicze przepisy są po prostu martwymi nieczułymi pisanymi słowami, pokrytymi wielocentymetrową warstwą archiwalnego kurzu.

Ten fakt dotarł do mnie o wiele później. A jego efektem była i jest złość na pokrywanie historii bojaźnią odkrywania prawdy przez ludzi z nią związanych. Ludzi, którzy żyjąc, z niechęci bądź z obawy przed odpowiedzialnością wolą milczeć, lub udawać, że o niczym nie wiedzą, choć stali się sprawcami żalu zmieszanego z goryczą nie odkrytej historii.

 

Pierwsze reakcje

 

 

W przeszłości często odwiedzałem gmach wrocławskiego Urzędu Stanu Cywilnego przy Pl. 1 Maja. Dla różnych potrzeb odbierałem swoje skrócone akty urodzenia. Nigdy przez 45 lat nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pobrać zupełny odpis aktu urodzenia. Bo i po co... nawet nie myślałem, że oprócz dotychczas otrzymywanego dokumentu w formie skróconego odpisu istnieje zupełny odpis aktu urodzenia. Po prostu, w żadnym z urzędów, do których musiałem je zanosić nie wymagano pełnego odpisu.

Tym razem sympatyczną panią siedzącą za urzędniczym okienkiem poprosiłem o zupełny odpis mojego aktu urodzenia. Jak się okazało mogę go otrzymać, ale dopiero po kilku godzinach i opłaceniu stosownej opłaty w znaczkach skarbowych.

Miałem więc kilka godzin oczekiwania na poznanie prawdy o sobie, choć, co dziwne w dalszym ciągu nie dopuszczałem do siebie myśli o tym, że byłem w przeszłości adoptowany, co zasugerowała mi kilkanaście dni wcześniej lekarka.

Były to dla mnie godziny niepewności. Przez głowę przelatywały niekończące się pytania, co będzie jeśli faktycznie lekarka miała rację, jak się zachowam w takiej sytuacji i co dalej zrobię? Czy będę się starał dociec prawdy o sobie?

Po głowie przelatywały także inne retoryczne myśli.

Jeśli to prawda, że byłem w przeszłości adoptowany, to jak to się udało, że do dzisiaj nie wiedziałem o tym?

Dlaczego, jeśli byłem adoptowany, nie powiedzieli mi o tym moi rodzice, których zawsze uznawałem za jedynych? Mając także w pamięci szereg programów telewizyjnych z udziałem osób adoptowanych zadających sobie pytanie o swoje rodzinne korzenie i późniejsze ich spotkania po wielu latach z biologicznymi członkami ich rodzin zastanawiałem się jak ja się zachowam, jeśli do takich sytuacji w moim życiu dojdzie?

Wiele pytań przetaczało się przez moją głowę.

Niestety na żadne z nich nie potrafiłem odpowiedzieć, bo cały czas łudziłem się, że lekarka, która zasiała w mojej głowie ziarno niepewności, w swoim bredzeniu pomyliła adresata do którego skierowała swoje złośliwości.

Po kilku godzinach bezmyślnego jeżdżenia samochodem po Wrocławiu i wypiciu kilku kaw ponownie stanąłem w kolejce do okienka USC.

Podałem swój dowód osobisty, w zamian otrzymując zupełny odpis mojego aktu urodzenia.

Mając już w ręku dokument szybkim i niepewnym wzrokiem spojrzałem na nazwisko wpisane w dokumencie. Chęciński . W pierwszym momencie poczułem się jak uderzony obuchem w głowę. Usiadłem na jedno z wolnych krzeseł w poczekalni, przeczytałem jeszcze raz nazwisko Chęciński, mając uczucie, że mam w ręku dokument innej osoby. Czułem się tak, jakbym przelatywał wzrokiem dokument, który nie dotyczył mojej osoby.

Niestety prawda była tylko jedna i to wypisana na zielonym  tle odpisu zupełnego aktu urodzenia, który dotyczył tylko i wyłącznie mojej osoby, nikogo innego.

Dziś wiem, że się myliłem.

Odpis zupełny aktu urodzenia Chęcińskiego Henryka Janusza, ur. 3 marca 1954 r. we Wrocławiu, syna Juliana i Eugenii Chęcińskiej ur. 19 maja 1925 r. w Łodzi dotyczył nie tylko Henryka Janusza Olkiewicza ur. 3 marca 1954 r. we Wrocławiu.

O tym jednak miałem się przekonać później i to nie jednorazowo, ale każdorazowo, gdy sięgałem po kolejne karty mojej historii z okresu krótko przed moim urodzeniem, aż do dnia mojej adopcji 10 października 1955 roku.

 

 

 

Tajna koperta

 

Kolejna moja wizyta we wrocławskim USC nastąpiła po około tygodniu. Przedtem jednak umówiłem się telefonicznie z kierownikiem tej instytucji. Zapowiedziana wizyta łączyła się z niepohamowaną chęcią spojrzenia w moje dokumenty, które opisano w odpisie zupełnym mojego aktu urodzenia. W szczególności zależało mi na odpisach tych świadectw mojego pochodzenia, z których w sposób jasny wynikałoby dlaczego zostałem oddany do Domu Dziecka, kim była moja biologiczna rodzina i czy w jakiś sposób znajdę jej ślad w urzędowych zapisach znajdujących się w USC, lub w innym wrocławskim urzędzie. Ciekawiły mnie szczegóły zapisu w odpisie zupełnym akcie urodzenia: ... w akcie niniejszym wpisano na żądanie matki imię ojca Julian. Wpisu tego dokonano, co wynikało z dokumentu 22 marca 1954 r. Dalej z zapisów aktu urodzenia wynikało, że adoptowany zostałem Postanowieniem Sądu Powiatowego dla miasta Wrocławia 10 października 1955 roku. Miałem więc wówczas rok, siedem miesięcy i siedem dni.

Gdzie wówczas przebywałem, jakie okoliczności sprawiły, że moja biologiczna matka zdecydowała się mnie oddać do adopcji?

Poznawanie odpowiedzi na te i inne pytania zajęło mi kilka lat. Niestety coraz to nowe fakty dokumentacyjne, odkrywane przeze mnie w okresie kolejnych miesięcy nie tyko nie przyniosły odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, ale powstawały pytania kolejne. Najprawdopodobniej były i są one pytaniami retorycznymi...

W dokumentach USC we Wrocławiu, w moich aktach bok pełnego aktu urodzenia znajdowała się zalakowana szara koperta. Pieczęcie na niej były Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Zdziwiło i zaintrygowała mnie ona bardzo.

Spytałem się kierowniczki USC czy mogę zobaczyć zawartość koperty. W pierwszym momencie otrzymałem odpowiedź negatywną z tłumaczeniem, że aby zobaczyć zawartość tej koperty musi być odrębne zezwolenie. Ja jednak nie miałem ani czasu, ani ochotę na pisanie kolejnego podania i oczekiwanie aż ktoś moją prośbę rozpatrzy,

W chwili nieuwagi pani kierownik USC po prostu wziąłem kopertę w ręce, przełamałem zalakowane pieczęcie i dobrałem się do zawartości koperty.

Oczywiście, kiedy pani kierownik zobaczyła co zrobiłem, postraszyła mnie odpowiedzialnością karną za ten czyn. Po chwili jednak ,,zmiękła’’ i pozwoliła na mój pisemny wniosek wykonać kserokopie zawartości koperty, które zostały przez Nią osobiście potwierdzone urzędowymi pieczęciami.

Zdobyte w ten sposób dokumenty stały się początkiem moich intensywnych poszukiwań biologicznych korzeni oraz ujawnianiem zagmatwanej historii Eugenii Chęcińskiej oraz mojej.

 

Zgłoszenie urodzenia

Urodziłem się 3 marca 1954 roku o godzinie 20.-tej, a mój poród był drugim porodem donoszonym Eugenii Chęcińskiej, która tego szczególnego dnia, choć był to drugi taki dzień w jej życiu zapomnieć nie mogła. W dniu moich urodzin moja biologiczna matka miała 29 lat, była według danych zgłoszenia urodzenia panną urodzoną 29 maja 1925 roku w Łodzi, wykonującą zawód pracownika umysłowego, a moim ojcem według danych z tego dokumentu miał być Julian Suszyński, ur. 26 lipca (roku brak) w Krakowie. Oboje, jak wynikało z mojego zgłoszenia urodzenia mieszkali 3 marca 1954 roku bez ślubu we Wrocławiu przy ul. Nasypowej 24 m 27.

Przedmiotowy dokument podpisała położna Kunecka z Miejskiego Szpitala Ginekologiczno - Położniczego we Wrocławiu przy ówczesnym Pl. Prostokątnym 8. Moje narodziny były 21. zgłoszeniem opisanym na zgłoszeniu urodzenia symbolem Ch. 52/54 nr 3451/54/I.

Już przy analizie tego dokumentu pojawiają się pierwsze pytania...

Dlaczego, Eugenia Chęcińska 22 marca 1954 roku, przy podawaniu danych w USC we Wrocławiu nie podaje nazwiska ojca jej syna którym jest Julian Suszyński, o czym znajdowała się informacja w jednym z trzech dokumentów w tajnej kopercie UBP?

To jednak nie wszystko.

Kilka tygodni po przeczytaniu przeze mnie mojego zgłoszenia urodzenia przeprowadziłem bardzo ciekawą rozmową z jedną z najstarszych lokatorek ul. Nasypowej 24 we Wrocławiu.

Pani ta mieszkała w tym budynku od dnia jego postawienia. Była wdową po jednym z urzędników wrocławskiego magistratu.

Panie, tutaj nigdy nie było numeru mieszkania 27, bo i gdzie. Wie pan w tamtych latach myśmy mieli same kłopoty, bo urzędnicy ówczesnej władzy przybili drzwi do ścian korytarza i farbą namalowali na nich numery mieszkań. Oczywiście, że tych mieszkań nigdy nie było. Podobnie zresztą było z garażami mieszczącymi się naprzeciwko tej kamienicy. Były na nich także numery mieszkań przypisanych fikcyjnie do naszego bloku. Nigdy tu nie mieszkali ani Eugenia Chęcińska, ani Julian Suszyński zakończyła swoją wypowiedź starsza pani, której stan umysłu nie wskazywał na jakiekolwiek kłopoty z pamięcią. Wie pan, mój mąż był pracownikiem magistratu i mówił mi, że tutaj były fikcyjne numery mieszkań wpisane na życzenie bezpieki – odpowiedziała lokatorka zapytana przeze mnie skąd o tym wie?.

Niestety, jak się okazało, w oparciu o notatkę urzędową sporządzoną przez dział Ewidencji ludności wrocławskiego Urzędu Miejskiego dla dzielnicy Wrocław – Krzyki, jak i załączone do notatki kserokopie ksiąg ewidencyjnych tego budynku Eugenia Chęcińska nie mogła mieszkać pod numerem mieszkania 27, jak podano w zgłoszeniu mojego urodzenia, bo zameldowana była pod numerem 29 i to samodzielnie, bez Juliana Suszyńskiego.

W zdobytych dzięki uprzejmości ludzkiej dokumentach znalazłem potwierdzenie, że moja biologiczna matka zameldowana była pod tym adresem od 27 lipca 1953 roku. W notatce służbowej z 27 grudnia 1999 roku podano, że daty wymeldowania Eugenii Chęcińskiej z tego adresu – brak. Jedyną informacją dodatkową było podanie przez sporządzającą notatkę, że do mieszkania przy ul. Nasypowej 24 Eugenia Chęcińska przybyła z Pl. Staszica we Wrocławiu. Numeru domu i mieszkania brak – tymi słowami kończyła się notatka służbowa.

Idąc śladem zdobytego dokumentu dot. zameldowania przy ul. Nasypowej 24 uzyskałem kolejny dokument. Tym razem z Działu Ewidencji Ludności Urzędu Miejskiego Wrocławia dla dzielnicy Wrocław – Śródmieście.

Ślad mieszkania przy Pl. Staszica 20/6 doprowadził mnie do bardzo ciekawych odkryć.

Po pierwsze według zapisów księgi Eugenia Chęcińska miała przybyć 15 maja 1953 roku z miejscowości Radków w ówczesnym powiecie ząbkowickim.

Sprawdziłem te informację. Jak się okazało Eugenia Chęcińska mieszkała pod podanym adresem, ale w ... żydowskim mieszkaniu konspiracyjnym. Jak wynikało z moich ustaleń mieszkała tam z jedno, może dwuletnim synem.

Czyżbym więc natrafił na swojego brata? Było to prawdopodobne, jeśli wziąć pod uwagę zapis w moim zgłoszeniu urodzenia, że mój poród był drugim porodem donoszonym.

Niestety moja radość wówczas z odnalezienia pierwszego realnego śladu mojej biologicznej matki i jak się okazało brata była przedwczesna. Po pierwsze w ewidencji ludności z tamtych lat nie było zameldowania innych osób o nazwisku Chęciński, lub Chęcińska, tym bardziej dziecka. Także potwierdzenie informacji, że Eugenia Chęcińska przybyła z miejscowości Radków okazało się niemożliwe. Owszem w tej miejscowości odnalazłem rodzinę Chęcińskich, ale żadna z nich nie potwierdziła, że osoba o nazwisku Eugenia Chęcińska kiedykolwiek mieszkała w tej miejscowości.

Czyżby więc był to kolejny ,,ślepy’’ ślad?

Niestety tak było, choć nie do końca.

Dzięki pomocy wrocławskiego historyka Krzysztofa Szwagrzyka uzyskałem najważniejszą w swoich poszukiwaniach informację.

Eugenia Chęcińska c. Józefa i  i Stanisławy zd. Nowacka ur. 19 maja 1925 r. w Łodzi 12 sierpnia 1953 roku została osadzona we wrocławskim więzieniu przy ul. Kleczkowskiej. Potwierdzały to odpisy księgi przyjęć do więzienia znajdujące się we wrocławskim Oddziale Instytutu Pamięci Narodowej. Niestety w księgach więziennych więzienia przy ul. Kleczkowskiej brak było zapisów dot. jej zwolnienia.

Jeśli tę rewelacyjną informację połączyć z fikcyjnym adresem jej zameldowania we Wrocławiu przy ul. Nasypowej 24/29 oraz z rozmową z jedną z obecnych lokatorek tego budynku, która mieszkała w nim w tamtych latach, jak i rozmowami z najstarszymi mieszkańcami budynku przy Pl. Staszica 20, z których wynikało, że Eugenia Chęcińska z małym dzieckiem mieszkała w mieszkaniu konspiracyjnym u żydowskiej rodziny, to historia zaczyna się układać w spójną całość opisującą dramatyczne losy Eugenii Chęcińskiej i jej dzieci.

W dniu aresztowania E. Chęcińskiej była ona w pierwszym miesiącu ciąży ze mną, a zainteresowanie jej osobą ze strony UBP nie zostało nigdy wyjaśnione. W aktach sądowych wrocławskich sądów nie odnaleziono żadnych procesowych śladów, które wyjaśniałyby przyczynę jej zatrzymania w więzieniu czy też tego efekt w postaci jakiejkolwiek sprawy sądowej zakończonej prawomocnym wyrokiem sądowym.

Zatrzymana Eugenia Chęcińska swojego drugiego syna czyli mnie urodziła w więzieniu, a nie jak wskazują dokumenty w szpitalu przy Pl. Prostokątnym 8.

W więzieniu przy ul. Kleczkowskiej był nie tylko oddział dla kobiet, ale także przywięzienny oddział szpitalny w którym spreparowano zgłoszenie mojego urodzenia, jakobym miał przyjść na świat w szpitalu wolnościowym.

Można tego się domyślać porównując dwa podpisy znajdujące się na dwóch różnych dokumentach oraz charakter pisma na moim zgłoszeniu urodzenia. Jednym z nich jest podpis położnej Kuneckiej, drugim podpis osoby podpisującej się Leśniowska na piśmie z dnia 5 września 1955 roku skierowanym do Państwowego Domu Matki i Dziecka we Wrocławiu z Państwowego Szpitala Gruźlicy Płuc im. Teodora Dunina w Kamieńcu Ząbkowickim. Z treścią obu dokumentów zapoznam czytelników w dalszej części książki.

Co działo się z Eugenią Chęcińską za więziennymi murami od 12 sierpnia 1953 roku nie wiadomo. Wiadomo jedynie, że w myśl odnalezionego w zalakowanej szarej kopercie UBP w aktach wrocławskiego USC dokumentu pochodzącego z 5 listopada 1955 roku, podpisanego przez panią Leśniowską, Eugenia Chęcińska od 30 maja 1954 roku miała przebywać w państwowym Szpitalu Gruźlicy Płuc im. Teodora Dunina w Kamieńcu Ząbkowickim, ówczesnym powiecie Ząbkowice Śląskie.

Pismo zostało napisane na wniosek Państwowego Domu Matki i Dziecka we Wrocławiu z dnia 31 sierpnia 1955 roku (L.dz. 446/55) w związku z najprawdopodobniej rozpoczętą procedurą adopcji małoletniego Henryka Chęcińskiego przez Henryka i Danielę zd. Szwiling Olkiewiczów, moich adopcyjnych rodziców, co jest udokumentowane kserokopią wniosku moich rodziców złożonego 20 września 1955 roku w Sądzie Powiatowym dla m. Wrocławia.

W rozpatrywanych dokumentach istnieje jednak sprzeczność.

Mianowicie pracownik Państwowego Szpitala Gruźlicy Płuc z Kamieńca Ząbkowickiego – Leśniowska odpowiada 5 września 1955 roku na pismo skierowane 31 sierpnia 1955 r. (Ldz. 446/55) do jej szpitala przez dyrekcję Państwowego Domu Matki i Dziecka we Wrocławiu przy ul. Krakowskiej  29. Oba pisma zostały więc wysłane przed terminem wpływu wniosku o moją adopcję do Sądu Powiatowego dla m. Wrocławia (termin wpływu 20 września 1955 roku). Wniosek do sądu skierował pełnomocnik wnioskodawców, adwokat Aleksander Terej.  Jednocześnie na wniosku o adopcję znajduje się drugi wniosek o ustanowienie kuratora dla małoletniego H. Chęcińskiego. Uzasadnia się to faktem śmierci matki małoletniego E. Chęcińskiej oraz faktem, że ojciec Henryka jest nieznany.

Jest tu więc kolejna sprzeczność lub ukrywanie prawdy. W dotychczas przedstawionych dokumentach dot. urodzenia H. Chęcińskiego nazwisko ojca było podawane, nawet jego adres. Ponieważ jednak dane adresowe były fikcyjne, więc być może nazwisko ojca także fikcyjne. Choć nie do końca można zaufać tej teorii i dokumentom.

W piśmie podpisanym przez Leśniowską z 5 września 1955 roku czytamy na pismo Wasze z dnia 31.VIII.55 r. L.dz.4346/55 dyrekcja tut. Szpitala zawiadamia, że Ob. Chęcińska Eugenia przebywała w tut. Szpitalu od dnia 30.V.54 r. Zmarła dnia 23.XI.54 .

Przy przyjęciu do szpitala, podała, że rodziny nie ma. Książeczkę ubezpieczeniową wysłał tut. Szpital do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej we Wrocławiu.

Czyżby 29 letnia Eugenia Chęcińska w dwa miesiące po urodzenia syna Henryka, którego urodzenie osobiście zgłosiła 22 marca 1954 r. w Urzędzie Stanu Cywilnego  we Wrocławiu, posiadając wcześniej urodzonego drugiego syna, z którym mieszkała we Wrocławiu przy Pl. Staszica miała tak daleko zaawansowany chorobowy stan umysłu, że zapomniała o swoich dzieciach. Przecież według dokumentów miała od 30 maja 1954 r. przebywać w Szpitalu Gruźlicy Płuc, a nie psychiatrycznym...

Najprawdopodobniej więc wszystkie te dokumenty były sfabrykowane dla potrzeb sądu. Dlaczego? Odpowiedzi są tylko dwie.

Jedna, to jej śmierć we więzieniu po urodzeniu Henryka, a druga, to za pozwoleniem władz PRL-owskich możliwość opuszczenia przez E. Chęcińską więzienia i Polski z jej pierwszym synem. Warunkiem było pozostawienie najmłodszego syna w kraju, do adopcji.

Tak mogło być w świetle rozkazu marszałka Rokossowskiego z tamtych lat, w którym wyraźnie określa się, aby rozdzielać dzieci od rodzin politycznie i pochodzeniowo podejrzanych i przekazywać je do adopcji w rodzinach politycznie poprawnych.

I dlatego też była potrzebna mistyfikacja dokumentacyjna dot. Eugenii Chęcińskiej i jej syna Henryka Janusza Chęcińskiego.

Bardzo ważnym śladem potwierdzającym tę teorię była moja rozmowa z proboszczem w kamieńcu Ząbkowickim, który tę funkcję piastował po zmarłym w końcu lat dziewięćdziesiątych jego poprzedniku, a będącym proboszczem jedynej w Kamieńcu Ząbkowickim parafii katolickiej.

 

,,Czerwone miasto’’

 

Mój poprzednik, proboszcz parafii w Kamieńcu Ząbkowickim nazywał tę miejscowość ,,czerwonym miastem’’, a szpital im. Dunina ,,pralnią papierów śmierci’’. Opowiadał mi, że dawny dyrektor tego szpitala miał układ z władzami UBP i na ich życzenie wypisywał akty zgonu osobom, które wcześniej były mordowane w więzieniach Wrocławia i okolic. Dowodem na to były i są wpisy w księgę zgonów parafialnych Kamieńca Ząbkowickiego. Mój poprzednik, niezależnie od wyznania osoby, która umierała w tym szpitalu udzielał ostatniego namaszczenia, a następnie każdy zgon wpisywał w ewidencję zgonów parafii. Poprzedni proboszcz był w tym względzie bardzo dokładny. Tym bardziej, że opisywał, jakoby władze szpitala usuwały niektóre zwłoki w znajdującej się na podwórzu szpitala głębinowej studni. Dzięki siostrom zakonnym, tam zatrudnionym i do tych danych mój poprzednik miał dostęp. Stąd jego zapisy w księdze zmarłych z terenu tej parafii są na pewno szczegółowe i pewne. Jeśli brak jest w tej ewidencji zapisu o śmierci danej osoby, to oznacza, że ówczesna dyrekcja szpitala po prostu wypisywała druki zgonów osobom, które zostały zamordowane gdzie indziej i trzeba było jedynie fikcyjnie potwierdzić lekarski powód ich śmierci.

Podczas tej rozmowy przez głowę przelatywały mi pytania. Czyżbym natrafił na miejsce zbrodni stalinowskich? Czyżby dyrekcja szpitala im. Dunina miała brudne ręce i jeszcze bardziej brudnymi palcami likwidowała ślady stalinowskich politycznych mordów?

Potwierdzenie słów mojego rozmówcy, obecnego proboszcza kamienieckiej parafii przyszło bardzo szybko. W parafialnych zapisach dot. zmarłych w latach od 1954 do 1955 nie było śladu zapisu o zgonie Eugenii Chęcińskiej. To potwierdził mi także Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Kamieńcu Ząbkowickim, stwierdzając w skierowanym do mnie piśmie, że nie mogą odnaleźć grobu Eugenii Chęcińskiej.

Nie dziwiłem się treści tego pisma.

Grobu nie można było znaleźć, gdyż ówczesne władze zadbały o to, aby tego grobu nie było.

Sposób był prosty, choć jak się okazuje nie do ukrycia – nawet po prawie pięćdziesięciu latach.

Na podstawie Zaświadczenia śmierci z dnia 23 listopada 1954 roku wystawionego przez pracownika Szpitala im. Dunina  panią Leśniowską znalazłem dwa odpisy aktów zgonu mojej biologicznej matki. Jeden wystawiony 8 października 1955 roku w Ząbkowicach Śląskich, a drugi w odległym o 15 km Kamieńcu Ząbkowickim, siedzibie szpitala im. Dunina. Ten ostatni akt zgonu datowany był 24 listopada 1954 roku. Oba, choć mają ten sam numer  70/1954 są wystawione przez dwa różne urzędy: Urząd Stanu Cywilnego w Ząbkowicach Śląskich oraz przez Urząd Stanu Cywilnego Kamieniec Ząbkowicki. Nie tylko numer aktów zgonu jest taki sam, ale także godzina śmierci E. Chęcińskiej. Także w obu aktach wpisano te samą miejscowość śmierci – Kamieniec Ząbkowicki.

Te dokumenty potwierdzają jak ,,misterne’’ zatarcie stalinowskich zbrodni szykowali funkcjonariusze UBP i ich poplecznicy - urzędnicy państwowi, w tym pracownicy szpitali mających wypełniając swoimi czynami treść przysięgi Hipokratesa Wszyscy oni chcieli zataić prawdę o śmierci Eugenii Chęcińskiej oraz jej dwóch synach.

Eugenii Chęcińskich było w tamtych czasach dużo więcej. Dużo więcej było Henryków Chęcińskich. I tylko nielicznym udało się dotrzeć do tego typu dokumentów, jak opisano w książce. Niewiele także dzieci lat pięćdziesiątych mogło pochwalić się takim szczęściem jak Henryk Chęciński, z nowym nazwiskiem Henryk Olkiewicz, mając wspaniałych rodziców, którzy chyba nie do końca spełnili oczekiwania Rokossowskiego, gdyż wpoili swojemu synowi dążenie do poznawania prawdy.

Prawda wyszła na jaw. Późno, bo w końcu XX wieku, ale jeszcze przed czasem, który uniemożliwiałby ściganie sprawców czynów, które dzisiaj wzbudzają uczucie nie tylko obrzydzenia ale także przerażenia.

Jak można było wówczas żyć, jeśli ówcześni politycy wytykali Amerykanom, że stosowali metody rasistowskie, działali w Klukluxklanie czy indianom odbierali bezprawnie ziemie?

Jak można było być tak przewrotnym, jeśli ci ,,złotouści’’ komunistyczni mówcy w Polsce jednocześnie stosowali rasizm ,,pod przykrywką’’?

Jak inaczej nazwać działania w latach pięćdziesiątych nazwane ,,Akcją Wisła’’, jak nazwać rozkaz marszałka Rokossowskiego o odbieraniu dzieci ich prawowitym biologicznym rodzicom, po to tylko, aby ich rodziców ze spokojem eksterminować w kazamatach UB-ecji, czy w najlepszym wypadku zmuszać do emigracji poza granice Polski?

 

  

Są zdjęcia, ale mnie tam nie było...

 

 

 

Posiadam swoje zdjęcia z Państwowego Domu Matki i dziecka we Wrocławiu przy ul. Krakowskiej 28, a jednak według oficjalnych pism mnie tam nie było. Mój pobyt w tym Domu Dziecka potwierdzają także dokumenty sądowe.

 

Niestety co innego mówią oficjalne pisma.

Dyrektor obecnego Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matka i Dzieckiem we Wrocławiu, w którym w przeszłości mieścił się Państwowy Dom Matki i Dziecka napisał 3 grudnia 1999 roku .. w posiadanych archiwach ewidencji wychowanków Państwowego Domu Dziecka przy Krakowskiej 28 brak jakichkolwiek dokumentów potwierdzających Pana pobyt w wyżej wymienionej placówce. Ten stan prawny, w wyniku mojego monitu dyrektor tej placówki podtrzymał 15 grudnia 1999 r. Niestety w ty samym piśmie dyrektor placówki odmówił odpowiedzi na moje szczegółowe pytania dot. ujawnienia danych pielęgniarek uwidocznionych na zdjęciach właśnie z tego Domu Dziecka, uzasadniając to ochroną danych osobowych. Choć przepisy prawa na które powołał się dyrektor placówki są bez serca, to dzięki ludziom dobrej woli dotarłem za ich pośrednictwem do jednej z osób znajdujących się na zdjęciu. Niestety ówczesna pielęgniarka nie chciała się ze mną spotkać i rozmawiać o adopcjach w tamtych czasach.

Dlaczego?

Być może dlatego, że adopcje w ówczesnym Domu Matki i Dziecka nie były tak całkiem zgodne z prawem...

Jeśli bowiem, według dokumentacji oficjalnej mnie tam nie było, choć zachowały się zdjęcia, to odpowiedź jest jedna. Dom Matki i Dziecka we Wrocławiu przy ul. Krakowskiej 28 był w latach pięćdziesiątych jedynie ,,przechowalnią’’ dzieci odebranych rodzicom zamykanych i wykańczanych w więziennych celach UBP.

W tym także celu preparowano dokumentacje dzieci, o ich pobycie, ale tylko dla potrzeb sądów, bo w dokumentacjach domu dziecka nie było informacji o pobycie dzieci, a były one jedynie przechowywane tam nielegalnie dla uprawdopodobnienia prawnego działania ówczesnych władz. I to zostało nieświadomie uprawdopodobnione przez dyrektora tej placówki. W piśmie z dnia 20 grudnia 1999 roku napisano, że ...W tut. Archiwum nie ma też dokumentacji – korespondencji z lat 50-tych.

Teoria preparowania dokumentacji przez ówczesny UBP oraz faktu, że ówczesny Państwowy Dom Matki i dziecka był przechowalnią dzieci odebranych prawowitym rodzicom i ich krótkotrwałym pobycie w tej placówce jest bardzo prawdopodobna, jeśli wziąć pod uwagę posiadane przeze mnie dwie informacje. Pierwsza, że w tym samym domu dziecka był także mój brat, który był czasowo u moich obecnych rodziców przed moja adopcją. Dlaczego powrócił do domu dziecka, a ja zostałem adoptowany – tego pewnie się nigdy nie dowiem.

 

 

 

Ilu rodziców, którzy adoptowali dzieci z wrocławskiego Państwowego Domu Matki i Dziecka w latach 50. wiedzieli, że ich najkochańsze pociechy pochodzą z eksterminowanych rodzin niewygodnych ówczesnej władzy? Ilu z nich wiedziało, że placówka mająca służyć dobru dzieci najprawdopodobniej była jedną z wielu  instytucji kamuflujących zbrodnie stalinowskie?

 

IPN – czemu służy?

 

Przedstawiłem w formie pisemnej sprawę Eugenii Chęcińskiej i jej dwóch synów Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie.

Efektem było przekazanie sprawy do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu.

24 października 2000 roku otrzymałem pismo od jednego z wrocławskich prokuratorów Oddziału IPN-u z którego wynikało, że jedynie odnaleziono wpis w księdze więźniów z Więzienia Nr 1 we Wrocławiu przy ul. Kleczkowskiej i wpisy w repertorium byłego Sądu Powiatowego we Wrocławiu z 1954 roku o postępowaniu adopcyjnym.

W dalszej części pisma zostałem poinformowany, że Po sprawdzeniu wszelkich dostępnych materiałów archiwalnych we Wrocławiu uprzejmie informuję, że brak jest podstaw do przyjęcia, że śmierć Eugenii Chęcińskiej mogła mieć związek z represjami o charakterze politycznym czy też zbrodniami okresu stalinowskiego.... I dalej w zakończeniu pisma pan prokurator IPN napisał W sprawie szeregu pozostałych wątków poruszonych w Pana piśmie nie możemy się wypowiedzieć z braku jakichkolwiek materiałów archiwalnych, a ich zakres wykracza poza zadania, którymi zajmuje się Instytut Pamięci Narodowej – komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Na tak sformułowane stwierdzenia pozostaje jedynie zastanowić się nad celowością wydawanych pieniędzy polskich podatników...

Powstaje jednak drugie, najważniejsze stwierdzenie. Na co mogą liczyć Polacy, szczególnie młodzi, aby poznać prawdę o latach stalinowsko – bierutowskich, ich zbrodniach, ofiarach i katach?

Poszukiwania i nowe kontakty oraz fakty

 

Przyznam szczerze, kiedy po raz pierwszy postanowiłem rozpocząć poszukiwania moich korzeni byłem wielkim optymistą. Wypływał on między innymi z szeregu publikacji, jakie wpadały mi w ręce dotyczące wzajemnych spotkań po latach rodzin, które w przeszłości były rozłączone.

Mój optymizm wynikał także z szeregu programów telewizyjnych i radiowych.

Jednocześnie byłem świadomy, że posiadam niezbyt wiele danych o biologicznej rodzinie Chęcińskich, a jedynymi danymi były te, które zdobyłem w Urzędzie Stanu Cywilnego we Wrocławiu oraz tamtejszych archiwach sądowych.

Nie było więc tego wiele, a jednak byłem optymistą. Jednocześnie w miarę upływu kolejnych lat poszukiwań przybierałem pozę ,,cierpliwego Chińczyka’’, który wyznaje zasadę, że prawda sama wpada w ręce i to w najmniej oczekiwanym momencie. Wystarczy tylko w nią wierzyć.

Czy tak jest faktycznie, trudno mi dziś osądzać. Dalej jestem cierpliwy i wierzę w prawdę oraz w przysłowie, że dopóki nie ma grobu, należy nie tracić nadziei na odnalezienie poszukiwanych osób.

Pierwsze kroki, które skierowałem według mnie do najważniejszej instytucji, to Instytut Pamięci Narodowej. Niestety, bezowocnie. Eugenia Chęcińska nie widniała także na listach osób skazanych na karę śmierci przez Wojskowe Sądy rejonowe w latach 1946 – 1955.

Drugą instytucją, która w mojej sprawie rozłożyła ręce, był Polski Czerwony Krzyż. Owszem pierwsza korespondencja była optymistyczna, ale kolejne już mniej.

W 2000 roku rozpocząłem intensywne poszukiwania wykorzystując największa, jak się wydaje medialna możliwość – internet. Zamieściłem swoją stronę w pierwszych dniach listopada 2000 roku.

Pierwsze dni listopada są dniami szczególnymi. Odwiedzając groby naszych najbliższych, znajomych i przyjaciół przystańmy czasami nad grobami opuszczonymi, powleczonych pożółkłą trawą i zwiędłymi liśćmi. Pochylmy się nad grobami pokrytymi rdzą niepamięci. Zapalmy tam świeczkę Pomyślmy, że dzięki tym, którzy odeszli, my zawdzięczamy życie. Szacunek i pamięć należą się wszystkim: tym znanym, jak i zapomnianym. Ktoś chciałby wiedzieć, gdzie zapalić znicz i odnaleźć brata – napisałem na specjalnie założonej stronie internetowej, dalej opisując krótką historię Eugenii Chęcińskiej i poszukiwanego brata, o którym wiem, że się urodził i przebywał w tym samym Domu Dziecka, co ja.

Niestety ani jeden e-mail na podaną przeze mnie skrzynkę pocztową nie przyszedł.

Także nic nie przyniosło zamieszczenie tego samego miesiąca i roku obszernego materiału na stronie internetowej Magazynu Internetowego Web Express zatytułowanego ,,Pamięć i nadzieja’’.

Bezskuteczne okazały się także moje prośby z prośbą o pomoc w poszukiwaniach skierowane do redakcji ,,Zerwanych więzi’’ emitowanych przez Telewizję ,,Polsat’’. Redakcja programu nie raczyła nawet odpowiedzieć na kilkakrotnie wysyłane przeze mnie prośby w mojej sprawie.

Dopiero redaktor Andrzej Minko i redakcja programu 1. Programu TVP ,,Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...’’ zareagowała na moja prośbę, którą skierowałem do tego programu 6 sierpnia 2003 r.

Emisja programu opisująca moją historię miała miejsce 16 grudnia 2003 roku w TVP 1 i została powtórzona w Telewizji ,,Polonia’’ 7 stycznia 2004 r.

Ten program wywołał pierwsze reakcje oglądających go widzów.

Pierwszy, który zareagował był Michał Mosze Chęciński.

Jego korespondencję do mnie pragnę przytoczyć.

Wszystko jest możliwe.  Powojenne lata były w Polsce tak poplątane a ludzkie losy na tyle
zagmatwane, że według dzisiejszych standardów trudne do zrozumienia.

Niedawno w Izraelu odnaleźli się bliscy sobie kuzyn i kuzynka po 60 latach, a mieszkali nie bardzo daleko od siebie. Pomógł czysty przypadek.  Więc żywi niech nie tracą nadziei. Ja z kolei poszukuję brata, który na pewno przeżył okres zagłady, widziano go w Łodzi, w 1945 roku, ale przepadł bez  śladu.  Szukając w internecie znalazłem ogromną listę Chęcinskich zarówno w Polsce i na całym świecie. Według danych Pana, nie wygląda na to, żeby nasze rodzinne korzenie ze sobą gdzieś tam był splecione.  Ale... nic nie jest do końca jasne.

Żeby rzucić jeszcze jeden kamyczek do Pana niewiadomych, a może właśnie ślad dla poszukiwań, Czy nie jest wiec możliwe, że Matka Pana nie umarła w szpitalu, ale została zesłana wraz z bratem do jednego z gułagów. Ja nie wykluczam, że także mój brat Salek (ur. 1922 r.) tam mógł trafić.  Władza sowiecka lubiła zsyłać i zsyłała z Polski (nie tylko) tysiące, czasem całkiem przypadkowo aresztowanych ludzi. Pan wie, ze istnieją archiwa UB i milicji, i wydaje się niemożliwe, żeby tam nie można było znaleźć ślad po matce Pana.  Może właśnie Rosjanie ją zesłali i to razem z bratem Pana, a on zaś trafił do Magadanu – napisał Michał Mosze Chęciński, który od 1939 roku mieszkał w Łodzi, a wojnę przeżył w łódzkim getcie, w którym był jednym ze współorganizatorów ruchu oporu. W roku 1944 został wysłany do Oświęcimia. W czasie „marszu śmierci", w styczniu 1945 roku, zbiegł. Po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną zgłosił się, jako ochotnik, do wojska i brał udział w walkach frontowych przeciw Niemcom. Do Polski powrócił w grudniu 1946 roku. Do 1959 roku był oficerem Informacji Wojskowej, a od 1953 roku wykładowca w Szkole Informacji WP. W latach 1959-1967 był pracownikiem naukowym i wykładowcą ekonomiki obrony Wojskowej Akademii Politycznej. Po polskich „wydarzeniach marcowych” w latach 1967-1969 wyemigrował wraz z rodziną do Izraela. Dr Chęciński opublikował w Polsce i na Zachodzie 7 książek i około 200 artykułów w językach: polskim, angielskim, niemieckim i hebrajskim. Jego książka „Poland:Communism, Nationalism, Antisemitism", która ukazała się w 1980 roku, jest w Polsce często cytowana. Michał Mosze Chęciński, który namówił mnie do napisania książki opisującej moją historię jest także autorem książki zatytułowanej ,,Zegarek mojego ojca’’, w której, w pierwszym rozdziale opisuje pochodzenie Chęcińskich, czyli z dwóch rodów wywodzących się: jeden z pnia polskiej szlachty wywodzącej się z Chęcin oraz z kilkupokoleniowego pnia chęcińskich rabinów.

Powracając do listu Michała M. Chęcińskiego w swoich poszukiwaniach natrafiłem na fakt wskazujący na deportację Polaków narodowości i pochodzenia niezgodnej z polityką rządów Stalina i Bieruta nie tylko na Syberię, ale także na tereny północno-zachodniej Polski, w ramach Akcji ,,Wisła’’. W jej wyniku w okresie od 27 kwietnia do 27 lipca 1947 roku przymusowo deportowano około 150 tysięcy Polaków pochodzenia ukraińskiego, a Centralny Obóz Przejściowy w Jaworznie oraz rozsiane wokół tej miejscowości podobozy, w tym dla dzieci był hańbą dla Polaków.

Opowiedział mi telefonicznie o tych faktach pan Zbigniew Felicki, którego pierwotne nazwisko także brzmiało Chęciński. Pan Felicki urodził się w Legnicy w 1947 roku i jak twierdził do swojego adoptowania przebywał w jednym z jaworzyńskich podobozów, a następnie w Domu Dziecka w Legnicy do listopada 1951 roku. O fakcie swojej adopcji dowiedział się również w wieku dojrzałym.

Niestety podane przez niego informacje nie wskazywały na rodzinne powiązania ze mną, choć także on poszukuje brata. Dzisiaj jestem pewny, ze historia mojej biologicznej rodziny Chęcińskich związana była z Akcją ,,Wisła’’ i to przez nią zostałem osieroconym oraz przekazany do Domu Dziecka. Wychowywany byłem w bardzo dobrej rodzinie, bo lekarzy i jestem im wdzięczny za moje wychowanie. Obdarzałem ich i obdarzam moją miłością, ale w mojej podświadomości istnieje obok chęci poszukiwań rodzinnych korzeni, żal do powojennych władz PRL-u, że być może bezpowrotnie rozdzieliła moją biologiczną rodzinę – stwierdził Pan Zbigniew w rozmowie ze mną.

Dzięki panu Michałowi M. Chęcińskiemu uzyskałem także kilka innych adresów osób wywodzących się z rodów Chęcińskich. Niestety, po nawiązaniu z nimi kontaktów nie przybliżyłem się ani na krok w swoich poszukiwaniach moich rodzinnych korzeni.

Muszę jednak przyznać, że w moim dążeniu poznania przeszłości przydał się wykonywany przeze mnie zawód dziennikarza.

W styczniu 2003 roku na adres e-mailowy redakcji tygodnika, w którym pracowałem przyszedł list od pana Ryszarda Marcelego Chęcińskiego z Warszawy, współorganizatora warszawskich Giełd Szlacheckich, który na moje nazwisko natknął się na stronach internetowych (nazwisko Janusz Chęciński używałem i używam, jako drugie, obok Olkiewicz, podpisując niektóre z moich materiałów).

Pan Ryszard zajmując się heraldyka i genealogią, zbiera dane dot. między innymi, albo przede wszystkim rodzin występujących pod nazwiskiem Chęcińscy.

Nadesłał mi kilkadziesiąt nazwisk wywodzących się bezpośrednio z linii Chęcińskich, z których najstarszy przedstawiciel rodu Chęciński, wywodzący się z Chęcin w sandomierskim i podolskim był nobilitowany według danych pana Ryszarda w 1460 roku. Kolejnym przedstawicielem rodu Chęcińskich jest według tych danych kanonik Kujawski (ok. 1763 r.) Marcin Chęciński, nobilitowany za zasługi w 1768 roku.

Dalej wśród najstarszych znanych Chęcińskich znani są: Jan Chęciński (1796 – 1873), prawnik – adwokat – publicysta, krytyk literacki. Jan Konstanty Chęciński, syn Jana (1826 – 1874) – wybitny tłumacz, propagator Stanisława Moniuszki, reżyser w warszawskich teatrach, mieszkał w Warszawie przy ul. Długiej 32. Tomasz Chęciński (1825 –1906), mieszkał w Krakowie, Kasper Chęciński – podoficer 2 Pułku Strzelców Pieszych, odznaczony 17 września 1831 r. srebrnym Krzyżem Wojska Polskiego, Wincenty Chęciński – założyciel w połowie lat pięćdziesiątych XVIII wieku wypożyczalni książek w Płońsku.

Pan Ryszard wymienia w swoim wykazie wielu Chęcińskich obojga płci będącymi przedstawicielami najprzedniejszych Polaków od 1763 roku. Niestety wśród wykazu nazwisk nie znalazłem żadnego, które w jakikolwiek sposób przybliżyłyby mnie do rodzinnych korzeni.

Czy kiedykolwiek uda mi się do nich dotrzeć – nie wiem?

Jestem jednak dumny z dwóch faktów: pierwszy, że moje drugie nazwisko i pochodzenie rodziny Olkiewiczów (po mieczu) i Szwilingów (po matce) oraz Adamczaków (po babce ze strony matki) było równie patriotyczne i związane z losami Polski i walkę o jej niepodleglość.

Drugi fakt, z którego jestem dumny jest taki, że dzisiaj, kiedy choć trochę poznałem prawdę o losach Chęcińskich, jestem świadomy, że władze lat pięćdziesiątych XX wieku odbierając mnie mojej biologicznej matce, dla być może celów politycznych ponieśli całkowitą klęskę w swoich zamierzeniach.

Nie tylko bowiem trafiłem do równie patriotycznej rodziny, ale właśnie rodzina, która być może miała nauczyć mnie socjalistycznej pokory i wiary we wszystko co mówi władza, wpoiła we mnie silną wiarę w poznawanie historii oraz prawdy, niezależnie od tego, jaka ona mogłaby być czy jest.

 

 

Nie dokończona opowieść

 

W lutym 2004 r. we Wrocławiu w wieku 88 lat zmarł  mój Ojciec Chrzestny.

Człowiek,  dzięki  Któremu miałem  szczęśliwe  dzieciństwo,  Kochających Rodziców  i ogromną  opiekę z Jego strony.

Zmarł Człowiek wielkiego serca, który  jako  jedyny  mógł  wiedzieć o losach mojej biologicznej Matki i mojego brata, bo to dzięki Niemu z Domu Matki i Dziecka we Wrocławiu przy ul. Krakowskiej 28 trafiłem do Danieli i Henryka Olkiewiczów w Ostrowie Wielkopolskim.

25 lutego 2004 r. wraz  z  popiołami  Tadeusza P.  spalono  moją  przeszłość,  której  najprawdopodobniej  nie  uda  się   już  odtworzyć.

Ja jednak z uporem maniaka będę powtarzał:

Dopóki nie znalazłem grobu – będę wierzył w odnalezienie choć części swoich rodzinnych korzeni.

 

 

 

Prośba

 

 

 

Każde pierwsze dni listopada są dniami szczególnymi.

Odwiedzając groby naszych najbliższych, znajomych i przyjaciół, przystańmy czasami nad grobami opuszczonymi, powleczonych pożółkłą trawą i zwiędłymi liśćmi.

Pochylmy się nad grobami pokrytymi rdzą niepamięci. Zapalmy tam świeczkę, pomyślmy, że dzięki tym, którzy odeszli, my zawdzięczamy życie.

Szacunek i pamięć należą się wszystkim: tym znanym jak i zapomnianym.

 

Ktoś chciałby wiedzieć gdzie zapalić znicz i odnaleźć brata!

 

23 listopada 1954.r., według posiadanych dokumentów zmarła w Szpitalu Gruźliczym im. Teodora Dunina w Kamieńcu Ząbkowickim:

Eugenia Chęcińska c. Józefa i Stanisławy zd. Nowacka

ur. 19 maja 1925.r. w Łodzi.

 

Również wg. posiadanych danych była ona od 12 sierpnia 1953.r. osadzona we wrocławskim więzieniu przy ul. Kleczkowskiej.

Najprawdopodobniej właśnie w tym więzieniu 3 marca 1954.r. urodziła syna Henryka, mając już wcześniej pierwszego syna, urodzonego najprawdopodobniej w 1952 lub 1953 roku. Obaj byli oddani do Państwowego Domu Matki i Dziecka we Wrocławiu przy ulicy Krakowskiej 28.

Ktokolwiek wie o losie Eugenii Chęcińskiej, lub jej pierwszego syna, proszony jest o przekazanie informacji pocztą elektroniczną: hol14@wp.pl

________________________________________________________________

Dziękuję Wszystkim Tym, Którzy pomogą mi w rozpropagowaniu tekstu.

Dziękuję Tym, Którzy będą Mieli cierpliwość ten tekst przeczytać.

Dziękuję Tym, Którzy Posiadając jakąkolwiek wiedzę przybliżającą mnie do poznania mojej i mojej rodziny przeszłości, podzielą się nią wysyłając na mój e-mail list drogą elektroniczną.

 

Z poważaniem:

Henryk Janusz OLKIEWICZ vel. Henryk CHĘCIŃSKI

KORESPONDENCJA - do i od osób zainteresowanych dho@dho.com.pl lub Pocztą Polską:

CHAT

1. -

----- Original Message -----

Sent: Monday, August 20, 2007 8:34 PM

Subject: Rodzina Chęcińskich


 

Witam Pana,

 

Szukając danych w internecie nt. Jana Chęcińskiego, dotarłam na Pana stronę www.

Otóż od niedawna zajmuję się poszukiwaniami i badaniami genealogicznymi, dotyczącymi m.in. rodziny Chęcińskich.  Jestem osobiscie praprawnuczką Konrada Chęcińskiego s. Antoniego Chęcińskiego i Katarzyny z Teresinskich. Konrad rodził się w Warszawie w 1857 r.

Zapraszam do mojej małej wycieczki genealogicznej na http://albumrodzinny.fm.interia.pl/

 

Skłonił mnie do napisania tego mail`u pewien szczegółowy opis Pana Ryszarda Chęcinskiego, który dostarczył wielu ciekawych informacji. Mianowicie u nas w rodzinie mówiono o naszych związkach z wymienianymi " Jan Chęciński (1796 – 1873), prawnik – adwokat – publicysta, krytyk literacki. Jan Konstanty Chęciński, syn Jana (1826 – 1874) – wybitny tłumacz, propagator Stanisława Moniuszki, reżyser w warszawskich teatrach, mieszkał w Warszawie przy ul. Długiej 32. "

 

O ile postać librecisty Jana Ch. jest b. dobrze znana, to myslelismy, że jego ojciec miał na imię Karol i był bratem Antoniego. Może to trzeci brat z rodu Chęcinskich. W każdym razie, zona Chęcińskiego Jana  - Franciszka pochowana jest na warszawski Bródnie i grób do dnia dzisiejszego istnieje.

 

Bardzo chciałabym skonfrontowac moje informacje i mam ogromna prośbe o wszelkie wiadomosci dotyczące tego pnia Chęcińskich. Czy mógłby Pan sie nimi podzielic? Czy może jest Pan w kontakcie z P. Ryszardem Chęcińskim?

 

Pozdrawiam i z niecierpliwoscia oczekuje odpowiedzi.

 

Beata Kuźmińska, wnuczka Sabiny z d. Chęcińskiej.

 

 

2. -

-- Treść oryginalnej wiadomości --
Data: Tue, 15 Jan 2013 14:56:32 +0100
Nadawca: ewamajdan <ewamajdan@op.pl>
Adresat: narodowa@narodowa.pl

 

Witam,

Dziś na onet.pl jest archiwalny odcinek z Pańską historią. Ciekawi mnie czy próbował Pan szukać śladu biologicznego ojca, jak podaje Pan na stronie narodowa.pl Juliana Suszyńskiego. Znalazłam w archiwalnym Monitorze Polskim, Nr 14 z 18 grudnia 1996 roku informację o Postanowieniu Prezydenta o nadaniu odznaczeń dla osób które pozostają w związku małżeńskim 50 lat. Pod pozycją 1077 jest Julian Suszyński syn Władysława i Suszyńskiej Bronisławy córki Franciszka. Ślub musieli więc brać w 1946 roku. Odznaczenie było na wniosek jeszcze Wojewody Toruńskiego.

Pozdrawiam I będę śledzić dalsze wpisy na narodowa.pl

Ewa Majdan

 

 

Powrót